sobota, 23 września 2017

Obłęd.

"I to jest samotność: że wszystkich chuj interesuje, co się z tobą tak naprawdę dzieje. Jesteś, jest w porządku, nie ma cię, też jest w porządku. Samotność jest wtedy, jak wychodzisz z roboty, bo w końcu musisz wyjść i zastanawiasz się, w którym kierunku iść. (…) nie wiesz gdzie, wszędzie tak samo dobry kierunek. Bo wszędzie tak samo chuj cię czeka."

Cześć.

Jestem już, jestem. Nie działo się nic, o czym chciałabym wam napisać, stąd ta dłuższa przerwa. Poza tym... Autentycznie skupiam się teraz na szkole, nawet jeśli mam wobec tego całego systemu edukacji zupełnie swoje zdanie.

Omówiliśmy wszystkie dziewiętnaście Trenów Jana Kochanowskiego i muszę przyznać, ze jego twórczość naprawdę mnie zaintrygowała. O ile w gimnazjum jakoś szczególnie mocno nie poruszyły mnie te wiersze, tak teraz, gdy każdy wers był przez nas ściśle omawiany i analizowany, niezwykle mnie poruszyła historia tego człowieka. Niektórzy powtarzali, że ciągle mowa jest jedynie o cierpiącym ojcu, który - ujmując to delikatnie - zaczyna świrować. Ale w tym szaleństwie było coś niepowtarzalnego i niezwykłego. Każdy Tren to była walka Kochanowskiego z Kochanowskim i to mnie tak bardzo dotknęło. Niesamowity obraz człowieka niepotrafiącego poradzić sobie z utratą tak bliskiej osóbki.

Teraz nasze rozważania skierowaliśmy wokół Lady Makbet, która wydawała się silną i niezależną kobietą, żądną krwi, a jak się okazało miała głęboko w sobie zakorzenione poczucie winy i bardzo wrażliwe sumienie, co również - jak w przypadku Jana - doprowadziło ją do obłędu, z którego nie mogła się otrząsnąć.
Wisienką na torcie tych lekcji jest prowadząca je nasza polonistka, której sposób mówienia, podejście do tematów i do nas jest przecudowne. Autentycznie się rozpływam, gdy siedzę w klasie i się w nią wpatruję oraz wsłuchuję. Zaraża pasją do swojego zawodu. Tzn. pokazuje mi, że można kochać to za co dostajemy miesięczne wynagrodzenie. Niebywała sprawa!

Niedawno trafiłam na pewien konkurs literacki. Wzięłam udział. Miałam wizję
i zrealizowałam ją, przelewając na papier wszystko co najlepsze. Wyszło naprawdę dobrze. Nie nastawiam się na nic, bo wiem, że nie jest to konkurs dla amatorów i prawdopodobnie nie mam najmniejszych szans, ale to nic! Trzeba działać. Jestem bardzo dumna, dlatego że to mój pierwszy raz, gdy wysłałam gdziekolwiek te bazgroły. Co ma być, to będzie. 

Jako szkoła z profilem wojskowym zakwalifikowaliśmy się do pewnego programu, który przewiduje raz w miesiącu wyjazdy szkoleniowe do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu i muszę przyznać, że to ogromna dawka nauki dla tych, którzy chcieliby faktycznie wiązać przyszłość z mundurem. Dla mnie to niesamowita przygoda, bo mogę od wewnątrz zobaczyć, czym tak naprawdę jest wojsko - konkretne zasady, czasem krzyk, pełna powaga, niemarudzenie nawet, gdy jest ciężko. Te zajęcia uczą mnie pokory. Robię swoje. Jest nad czym myśleć po takich dniach.


"(...) Zakochujesz się w jakimś miejscu, tak na zabój.
I musisz z niego odejść. Potem już boisz się kochać na zabój, bo boli."

Och, o. Kramer jak zwykle w punkt... Może jutro odnośnie tych słów wyskrobię jakieś dłuższe refleksje.

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 5 września 2017

Za żadne skarby.

"But seriously, when someone says: "Hey, you should listen to this song,
I think you'll really like it!" You totally should. Because even if you don't like it, the song means something to them, and they care enough to share it with you."

Cześć i czołem!

Znowu powrót do starego laptopa i to niezręczne uczucie, gdy nie możesz połapać się w sposobie ułożenia klawiszy, bo jest o pół mniejszy niż ten, który był twoim zastępczym. Wiem, problemy trzeciego świata tak bardzo. 

Ta pustka podczas kończenia - i przy zakończeniu - książki jest nie do opisania. Boże! Jak to boli... Chciałbyś móc zostać w tamtym świecie na wieki wieków.
Chcę stworzyć swoją historię na niekoniecznie kilkuset kartkach, niech będzie ich choćby sto, ale jeśli ktoś dzięki temu, co przelałam na papier mógłby nabrać nadziei, że życie ma sens.... No wiecie, poprzez pisanie, śpiew, malowanie, cokolwiek innego, można wyrazić wszystkie swoje najgłębiej skrywane emocje.
To są formy przekazu tego, co tkwi nam w umyśle, które niesamowicie mnie poruszają. To jest coś tak niewyobrażalnie pięknego! I mogę mieć w tym swój udział. W tym, że ktoś kiedyś po przeczytaniu moich bazgrołów - do których wyjątkowo mocno się przyłożę - także poczuje tę chwilową, nieprzyjemną pustkę po czymś, co wydawało się takie trwałe i tak doskonałe. To jednak nie lada wyzwanie, więc się nie śpieszę. Wielokrotnie słyszę: zacznij już, pisz, no dalej!
A ja zawsze spokojnie odpowiadam: okej, okej, wszystko w swoim czasie. I wierzę, że ten czas nadejdzie. Naprawdę. Nie muszę robić niczego na siłę. Na już. Tu i teraz. Bo to mogłoby być, po prostu, byle jakie. A byle jakie rzeczy nie poruszają. Po czymś, co zrobione zostało pod presją ludzi czy czasu, bez pasji, zapału i radości nie pozostawi w odbiorcy tej myśli, że chciałby więcej, że to było takie dobre, że mógłby w tej wspaniałości utonąć. Teraz wiele osób pisze dla samego pisania. Bo to modne. Bo ludziom można wetknąć pod nos niemal wszystko, co zostanie w idealny sposób nagłośnione. Nie chcę w tym uczestniczyć. Niech moja książka... Niech te przelane myśli, ta niepewność wobec słuszności pisania, wszystkie emocje towarzyszące tworzeniu trwają pół mojego życia, ale ostatecznie będę dzięki temu rzeczywiście szczerze spełniona i szczęśliwa, niż bym miała to robić, bo ktoś powiedział, że tak należało postąpić zważając przy tym na fakt posiadania przeze mnie "talentu". Jednak ten "talent" to nie wszystko. Uwierzcie.
Wróciłam ze szkoły i już wyczuwam te wszystkie nieprzyjemności, jakie będą towarzyszyły mi w tym roku. Wstawanie po piątej, nieprzerwane "ogarnianie tematów" przez osiem godzin, powrót o szesnastej. I tak codziennie. C o d z i e n n i e. Piątek nam odpuścili. Chwała Panu i dyrektorowi! Mogę pospać nawet do dziewiątej i wrócić o piętnastej. Wychowawcza i dwie godziny przysposobienia wojskowego. Czyli zaczyna się życie... byle do piątku. Chyba że jakimś cudem odnajdę w sobie pasję do nauki tego, co póki co - w samej teorii - wydaje się nie do pojęcia, gdy pomyślę, że chciałabym mieć także chwilę dla siebie czy dla was - na tej stronie. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Obym nie wykitowała za szybko. Będę nad tą kruchą siłą woli do życia pracowała. Z profesjonalistą w dziedzinie składania ludzi do przysłowiowej "kupy". Muszę przetrwać.

"Głębia Challengera" - polecam wam, bo skończyłam ją w trzy/cztery dni. Ponad trzysta stron walki bohatera z samym sobą. Z jego umysłem. W głównej mierze toczył bój na pograniczu rzeczywistości i marzeń, a raczej urojeń, bo wszystko powoli zaczęło mieszać mu się na tyle mocno, że nie mógł nad tym zapanować, bliscy go nie poznawali i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Coś niesamowitego. Bo autor zaczerpnął pomysł na książkę od własnego dziecka. Znał z autopsji to, co dla nas - podczas czytania - wydawało się w wielu momentach fenomenalną fikcją literacką. To książka dzięki której poznajemy świat - najprawdopodobniej schizofrenii - od najbardziej szczerej i wewnętrznej strony.

Och, ile bym dała, by móc zanurzyć się w jeszcze jednej podobnej lekturze, a nie tych książkach, które czekają mnie w roku szkolnym... Bardzo nad tym ubolewam.

Trzymajcie się! I... nie dajcie innym. Za żadne skarby.

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 1 września 2017

Życie ma plan.

"Życie ma dla ciebie plan. Życie chce dla ciebie dobrze. Więc nawet jeśli jesteś teraz w depresji, to jest to coś dobrego. Weź ten czas, wykorzystaj go. Życie na ciebie zaczeka. I kiedy będziesz gotowy na życie, życie będzie gotowe na ciebie."

Hej!

No i mamy go - wrzesień... Nie, jeszcze nie do końca dociera do mnie ten fakt. Że to już. Naprawdę już. Nie ma zatrzymania się w czasie. Odwrotu. Jest tylko tu i teraz. I byle do przodu.

Wczoraj minęły dokładnie dwa lata od spotkania z osobą poznaną w czeluściach internetowego świata. Kontakt co prawda nie jest aż tak silny jak na początku, ale chyba tak jest z każdą znajomością. Coś po drodze się zadzieje i wszystko, co było przez jakiś czas nieskazitelnym pięknem, dziś jest tylko dobre. I nie mam za złe Bogu, że akurat w taki sposób pokierował tą relacją. Jestem za nią niezmiernie wdzięczna i duma mnie rozpiera, bo to wspomnienia na całe życie. Niepojęte uczucia tobą szargają, gdy masz świadomość, że się udało. Po takim czasie. Już wtedy mogło się "zepsuć", ale mimo kryzysów - przetrwałyśmy. Ja się w tym człowieku zakochałam. W tym poświęceniu. W tej jej chęci pokonania tak wielu kilometrów wyłącznie dla mnie. Wtedy naprawdę poczułam się ważna. To mnie w tym wszystkim najbardziej wzrusza. Zrobić tak wiele dla jednej osoby. Zawsze miło wrócić pamięcią do tamtych chwil. Było wspaniale.

W niedzielę przejechałam z moimi zajebiście dobrymi koleżankami dziewiętnaście kilometrów, a w środę podbiłyśmy ten wynik i ukochana aplikacja, co się zwie Endomondo pokazała, uwaga, uwaga... Czterdzieści pięknych kilometrów. Rzeczywiście owa trasa miała w sobie urok. To nie to samo, co trzykrotne wrócenie się do sklepu oddalonego o pięćset metrów, bo mama zwróciła ci uwagę, żeś zapomniał tego i tamtego. Rozumiecie? Ból czterech liter niemiłosiernie dawał o sobie znać. Nogi nie bolały. Moje pewnie były przyzwyczajone dzięki górskim wędrówkom. I chwała im za to! Co prawda dopiero pod koniec wakacji porządnie ruszyłam się ze znajomymi, by spędzić z nimi więcej czasu, ale lepiej późno niż... sami wiecie.

Co by nie było, że jestem szalonym i rządnym przygód człowiekiem...
Od dłuższego czasu interesowałam się osobą pana Roberta Rutkowskiego - psychoterapeuty, dla którego temat narkotyków jest szczególnie bliski. Po wywiadach u Łukasza Jakóbiaka postanowiłam wreszcie zakupić jego książkę "Oswoić narkomana", która również jest wywiadem (tym razem z Ireną A. Stanisławską), tyle że spisanym i takim - w moim przypadku - na dwa dni, a nie dwie godziny.
Nienawidzę tego uczucia pustki, które towarzyszy mi, gdy skończę coś, co dogłębnie mnie pochłonęło. Książka ta jest fenomenalnym świadectwem człowieka - w tym przypadku - pochłoniętego przez świat zakazanych, przebrzydle chytrych i przebiegłych substancji. Bagno o jakim się nam nie śniło. I którego nawet ta książka, to świadectwo, ten człowiek... nie są w stanie stuprocentowo prawdziwie przekazać. Po prostu się nie da. Można sobie wiele wyobrażać, ale to nigdy nie będzie tym samym uczuciem, co autentyczne przeżycie danej sytuacji. Ale wolałabym, by nikt z nas nie musiał tego doświadczać. Tego, co na początku wydawało się idealnym przysmakiem na głód akceptacji, poczucia bezpieczeństwa, pełnego wyluzowania, a po miesiącach, a wręcz dopiero latach... okazało się otchłanią, w którą wpatrywaliśmy się na tyle długo, że sama zaczęła na nas spoglądać (nawiązując do pełnego cytatu Fryderyka Nietzschego - "Jeżeli długo patrzysz się w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć się na ciebie".).
Dołączyłam niedawno do pewnej grupy na Facebooku, na której akurat wczoraj pojawił się post odnośnie książek, których bohaterowie mają problemy z psychiką. I trafiłam na kilka komentarzy z tytułem "Głębia Challengera" - Neal Shuterman. Zachęcił mnie opis, opinie, fakt jak wiele osób ją polecało. A że miałam w planach wybranie się do centrum, wstąpiłam do Empiku i... wykupiłam ostatnią sztukę. Fart, nie?! Dobrze się ją czyta, choć jest dość, powiedziałabym "zagmatwana". Ma w sobie wiele z gatunku fantastyki, trzeba wszystko dokładnie analizować i wyobrażać w głowie. Twardo stąpam po ziemi, ale od czasu do czasu nie zaszkodzi sięgnąć myślami do świata marzeń i wyobrażeń autora. Więc czytam. Dam znać, co i jak, gdy skończę.
Luźny wpis dziś, mam nadzieję, że choćby jednej osobie zechciało się przeczytać te bazgroły do końca. Dzięki!

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jak się kocha góry?

"Życie potrafi być skąpe: mijają dni, tygodnie, miesiące, lata i nic się nie wydarza. A potem uchylamy jakieś drzwi (...) i nagle przez szczelinę wdziera się istna lawa. W jednej chwili nie mamy nic,
a już w następnej aż tyle, że trudno sobie z tym poradzić."

"Wstałem i uczyniłem pierwszy pieprzony krok, a później jeszcze jeden. Mówią, że pierwszy krok jest najtrudniejszy, ale ja miałem wrażenie, że wciąż zaczynam od nowa. Same pieprzone pierwsze kroki."

Dzień dobry.

Mam nieodparte wrażenie, że swoją pierwszą książkę przynajmniej w jakiejś (zapewne znacznej) części napiszę... pod prysznicem. Serio! Podczas porannej toalety naszły mnie same pozytywne refleksje na temat wyjazdu w góry. Zrobiłam co zrobić miałam i natychmiast zasiadłam przy telefonie, by te kumulujące się myśli zanotować.
I w następnej części wpisu właśnie postaram się w niezbyt długiej, aczkolwiek treściwej formie opisać to, cośmy przeżyli. 


Najbardziej zapadł mi w pamięci piątek, więc zacznę od końca...
Wiecie, że do każdego konkretnego wydarzenia daję małą aluzję do życia codziennego. 
Co to oznacza wobec wyjazdu w góry? Chodzi o to, że wielokrotnie spora część z nas zastanawiała się nad sensem tego wszystkiego.
Czy to, że szliśmy w burzy i ulewie miało sens. Zastanawialiśmy się, dlaczego wyruszyliśmy na podbój gór ze świadomością takiej pogody. Nierzadko przystawaliśmy – były łzy w oczach, gula w gardle, niepewność, lęk, zmęczenie, chęć powrotu. A co ostatecznie zrobiliśmy? Weszliśmy na tę, wydawać by się mogło, cholernie odległą górę. Naszym celem była Śnieżka, ale warunki atmosferyczne były naprawdę niesprzyjające, więc woleliśmy zachować resztki rozsądku i na razie jej nie "atakować". Jednakże podjęliśmy trud, który chociaż zdecydowanie wiele nas kosztował… przyniósł oczekiwane owoce, a były nimi widoki momentalnie zapierające dech w piersiach. Wtedy mogły pojawić się co najwyżej łzy wzruszenia wobec tych cudów natury. I czy nie ma tak samo w codziennym życiu? No wiecie, napotykamy góry pokroju Śnieżki, Giewontu, Rys… a czasami nawet trafimy na Mount Everest czy K2, ale czy mimo wszystko nie zaczniemy się wspinać po niejednokrotnie niebezpiecznych skałach? Czy nie chwycimy jednak za łańcuchy? Będziemy płakać i chcieć zawrócić. Będziemy pytać o sens. Będziemy zmagali się z naszymi największymi słabościami. Ale czy ostatecznie się poddamy? Czy zrobimy to, co do nas należy? To na co sami się pisaliśmy? Czego mieliśmy malutką świadomość?… Ufam, że każdy z nas do samego końca będzie walczył o upragniony cel. Myśmy zawalczyli i osiągnęliśmy spory sukces. I jestem za tę przygodę niezmiernie wdzięczna.
Wtorek poświęciliśmy na podziwianie prac rąk ludzkich w Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska i byłam pełna podziwu wobec tych dzieł sztuki, które każdy detal miały perfekcyjnie wykończony. Ten punkt wycieczki udowodnił także, jak wiele niesamowitych miejsc jest w samym Dolnym Śląsku. Proszę Państwa! Wyobrażacie to sobie? Półtorej godziny zwiedzania tylko skraweczka Polski. Nie do pomyślenia, ile dobroci skrywa nasz kraj pod względem widoków czy miejsc podobnych do tego.
Na tym dnia nie skończyliśmy. Zamek Chojnik był kolejnym punktem.
Nie będę analizowała każdej fotografii. Sami potraficie dostrzec, jak fenomenalne to były widoki.
W środę wjechaliśmy na Szrenicę, a później kierowaliśmy się ku Śnieżnym Kotłom, które były czymś tak fantastycznym, że spoglądając na zdjęcia nie mogę uwierzyć, iż miałam możliwość patrzenia na coś tak niewiarygodnie pięknego. Serce szybciej biło. Oczy prawie z orbit wyleciały. Człowiek miał ochotę się położyć i rozpłynąć. Świat natury to najwspanialszy narkotyk. Endorfiny wytwarzane są natychmiast i radość bycia jest niepohamowana! Dla takich chwil żyję.
Nie było mowy o nudzie. Codziennie gdzieś byliśmy. Coś widzieliśmy. W czwartek Czechy - Skalne Miasto. Źle się tam czułam. Było bardzo upalnie, a wokół same skały. Ale robiły ogromne wrażenie. "Matka natura jest piękna, tylko hołota do dupy". Niestety takie wnioski wysuwam z tego krótkiego pobytu u sąsiadów. Nieprzyjemni ludzie, ale mniejsza z tym. Proszę, popodziwiajcie wraz ze mną...
No i powoli zbliżamy się do końca... O piątku pisałam od razu, więc podrzucę wam jeszcze zdjęcie ze Świdnicy - Kościół Pokoju:
Wybaczcie tę znaczną różnicę pomiędzy niektórymi zdjęciami, ale jedno robione było iPhone'm, a kolejne Canonem, więc błagam o wyrozumiałość. *śmiech*

Wynoszę z tego wyjazdu przede wszystkim jedno słowo – sens. Nasze działania naprawdę miały sens. Wiem, że często o niego pytamy, ciągle go gdzieś szukamy i może się ta kwestia wydawać dosyć nudna. Ale uważam, że nie ma w szukaniu sensu absolutnie nic złego. Bo ja go właśnie w górach za każdym razem odnajduję. W tym wysiłku, bólu, płaczu, szukaniu wymówek, ale w ostatecznym wejściu na górę i zobaczeniu, co oferuje nam Bóg poprzez tę drogę, którą przed chwilą musieliśmy przebyć i która nie była przyjemna. I poza górami tak właśnie jest… Wiele dróg jest dla nas absolutnie nieprzyjemnych. Ale to co jest na końcu tych ścieżek pełnych kamieni, skał, gruzu, piachu, deszczu i burzy… zawsze jest pięknem samym w sobie. Jego kwintesencją. I to jest właśnie to w czym szukam sensu i w czym go ostatecznie odnajduję. W tej drodze, która nierzadko uwiera, ale jednak prowadzi do autentycznej radości.

Z racji tego, że przebywałam w tym roku i nad morzem, i w górach, wysunę skromne, osobiste wnioski:

Morze jest tym, czym chcielibyśmy, by życie było.
Góry są tym, czym życie jest naprawdę.

Nie schowasz się za parawanem, nie tak łatwo jest obmyć twarz z piasku i potu, ale ujawnia się bliskość z ludźmi na szlaku i w samym sobie odkrywasz, jaki ogrom determinacji potrafisz ze swojego umysłu wydobyć, by dojść do wymarzonego celu.

To chyba wszystko. Bazgroły niemiłosierne. Chcę jeszcze podziękować proboszczowi za to, że nie straszne jest mu zabranie siedemnastu osób w - dla nich - nieznane i pokazanie im, że ból oraz niepewność można pokochać. Wielkie dzięki należy się także mojemu byłemu katechecie, bo bardzo podziwiam go, że znalazł czas na wspólne pokonywanie barier i odkrywanie cudów, jakie ma do zaoferowania Polska. I za ten wszechobecny luz w naszych kontaktach. To jest świetne. Bardzo takie podejście doceniam. Oby do następnego...

~~Zbuntowany Anioł

środa, 23 sierpnia 2017

Być albo nie być.

"Zatęskniłem bardzo do takiego spokoju, chciałem, aby już wszystko się we mnie ostatecznie uspokoiło. Aby nie szastał się we mnie gniew, wściekłość, sprzeciwy losowi i inne ciężkie do znoszenia namiętności."

"Bóg może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w Jego kierunku musimy zrobić sami."

Cześć i czołem!

Odkąd wstałam i zajrzałam do dwóch źródeł Dobrego Słowa (http://grzegorzkramer.pl/jaki-on-jest/https://www.youtube.com/watch?v=tegakSqkAJo), wiedziałam, że to nie będzie najlepszy dzień.
W poniedziałek zdałam fizykę śpiewająco. Idealne pytania, niewiele stresu, miła atmosfera. Dzisiaj, choć nie byłam sama, skumulowały się we mnie same negatywne emocje. Gdzieś w głębi siebie czułam, że to chyba byłoby zbyt piękne, by osiągnąć dwa sukcesy w ciągu tygodnia. Dość pesymistyczne podejście... wiem, przepraszam. Z tego wszystkiego cieszy mnie jednak fakt, że mam pewność co do bycia w drugiej klasie, tylko jeszcze będzie trzeba trochę popracować. Ale dam radę. Nie ma innej opcji. Mimo wszystko jestem bardzo dumna ze zdania fizyki, bo to moja pięta achillesowa i mając dwa miesiące na spojrzenie do notatek... zrobiłam to w jeden dzień. Dzień przed egzaminem. I się udało. A na historię, bądź co bądź, poświęciłam znaczną część wakacji, pomoc zaoferował nawet nauczyciel z poprzedniej szkoły i nie wyszło. Ale czy to koniec świata? Skądże! Byle do przodu. Cały czas, spokojnymi krokami przed siebie. Jest w porządku. Co by się nie działo.

Co do drugiego cytatu i całego tekstu o. Grzegorza... Bóg jest i działa. Nie mam co do tego wątpliwości, ale to co się dziś wydarzyło pokazało i uświadomiło mi, że modlitwa to nie wszystko. Trzeba do Boga przyjść, upaść na twarz, zapłakać, prosić i... pomóc Mu w działaniu. Nie wystarczy z całych sił trzymać różaniec w dłoni. Grunt to schować go w kieszeni, w pełni zaufać i robić swoje. Z leżenia na kanapie albo narzekania nic nie wynika. Nigdy nie wyniknie. To jest dosłownie BYĆ albo NIE BYĆ. Nie zawsze warto upierać się przy swoich racjach i obarczać winą Najwyższego, bo On jest najsprawiedliwszym z najsprawiedliwszych i wie, co robi. No i wie na co nas stać, więc nic do czego nas posyła nie będzie ponad nasze możliwości. Uwierzcie. Ja z każdym podobnym doświadczeniem jak to dziś utwierdzam się w przekonaniu, że Bóg jest najlepszy. Jest przy nas. Czy tego chcemy, czy nie. Czy to czujemy, czy nie. Robi dla nas tysiąc kroków, a tysiąc pierwszy wciąż nie należy do nas. Do nas należy ten JEDEN... najmniejszy, najszczerszy. Otwórzcie drzwi Chrystusowi. Już dziś. 
Nie obiecałam relacji z wyjazdu w góry i póki co nie ciągnie mnie do jego opisania, jednak postanowiłam, że podzielę się z wami choćby samymi widokami wobec których czasami nie potrzeba żadnych słów. Aczkolwiek szczerze i dłużej pomyślę nad tym wszystkim w weekend, bo ostatnie dni były wyczerpujące. Szczególnie psychicznie, a uwierzcie, że żeby dawać autentyczną nadzieję i w jak najlepszy sposób przekazać radość... chyba trzeba samemu czuć te emocje i to nie powinno prawdopodobnie dziwić. Więc ufam, że nikt niczego na siłę ode mnie nie oczekuje, bo muszę odpocząć. Ale przyjdę z czymś dobrym. Bo na tym mi w głównej mierze zależy.
Dwudziesty trzeci sierpnia... ulga jak cholera. To były bardzo udane
i dobre wakacje, ale niesmak świadomości o egzaminach poprawkowych zawsze siedział z tyłu głowy. Przetrwałam. 

To chyba tyle... Krótko i na temat. Jeszcze nie raz się dla was rozpiszę. 

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wpatrzeć się do oślepnięcia.

"Bądź normalna, niezaprzeczalnie normalna. Bądź miła, bardzo miła. Bądź sobą, tylko sobą. Pragnij wolnego i tylko wolnego, bo to co zajęte, nie powinno być tknięte."

"Świat jest pełen wielkich, przedziwnych rzeczy, czekających na tych, którzy są na nie przygotowani."

Hej!

Niedawno proboszcz wspomniał o ludziach, którzy podczas przeistoczenia, w trakcie pełnego ukazania się nam Jezusa Chrystusa, w ogóle na Niego nie patrzą. Może ze wstydu, może to lęk, może nieufność. Myślę sobie jednak (bo także mnie ten temat intryguje), że warto za każdym razem oderwać wzrok od ściany, człowieka klęczącego naprzeciwko nas, czy podłogi i skierować go ku naszemu Panu, bo choć dotychczas dwa tysiące razy nie poczułeś absolutnie NIC, to może właśnie dziś Duch Święty tchnie twoje serce i będziesz chciał, by ta chwila trwała wiecznie.
Pamiętam lednicką Adorację Najświętszego Sakramentu. To było niezwykle wyniosłe wydarzenie. Kiedy kilkanaście tysięcy ludzi spogląda na Jezusa skromnie ukrytego w monstrancji, to serce zdecydowanie szybciej bije.
Biskup Ryś powiedział podczas homilii: "Księga Liczb i Księga Wyjścia mówi, że kiedy Mojżesz uderzył laską w skałę, to "wytrysnęła woda tak, że cały lud mógł się napić". Naprawdę chcecie pić sami Ducha Świętego? Naprawdę chcecie doświadczenia miłości od Boga w pojedynkę? Nie chcecie tego, żeby Duch Święty tej nocy uczynił nas wszystkich Kościołem? Żeby nas uczynił Ciałem? Żeby nas uczynił dla siebie wzajemnie członkami?" Czy zdajecie sobie sprawę z tego, jaką wspólnie mamy moc? R a z e m. Dlatego tak ważne jest, by mieć ufność wobec tego,
że w Kościele naprawdę dzieją się cuda. Bo choćby szczerze do Boga wołała tylko połowa zgromadzonych na Mszy, to lepsza owa połowa niżeli my sami. Wspólna modlitwa jest potęgą. Miłością. Pełnią naszej wiary. Cholernie istotne jest bycie razem. Na dobre i złe. Jako rodzina Chrystusa. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami w wierze. W ufności w Jego łaskę i otwartość na nasze "widzimisię", naszą niepewność, nasze wszelakie grzechy przeciwko Najwyższemu oraz bliźnim. A najlepsze jest to, że Pan zna nas także od strony naszych dobrych uczynków, uśmiechu skierowanego wobec własnego odbicia w lustrze i wobec drugiego człowieka. Zna nas na wylot. Zna nasze myśli zanim w ogóle pojawiają się w naszych głowach. Pomyślcie, jaki jest wasz obraz Boga; tego co ma miejsce podczas Eucharystii; gdy klęczycie w konfesjonale; kiedy patrzycie (lub właśnie nie!) na Ciało i Krew Chrystusa, który chce się całym sobą z nami podzielić. Co czujecie podając sąsiadom z pobliskich ławek rękę lub kiwając głową. Czy jest w was wtedy pokój? Pozytywna energia? Miłość?
Wiem, że jakość tego zdjęcia nie jest powalająca (efekty zabawy aparatem bez statywu), ale gdy na nie patrzę, myślę o Duchu Świętym, który jest w stanie rozpalić w nas ogień najcudowniejszych uczuć. I w gruncie rzeczy bardzo niewiele potrzeba, by Mu w tym pomóc. Wystarczy, że szczerze zaufasz i w pełni poddasz się temu, co dla ciebie przygotował. Nikt nie musi kłaść swych dłoni na twej głowie. Nie ma potrzeby, byś tarzał się po ziemi, nie mogąc opanować śmiechu (to nawiązanie do "spoczynku w Duchu Świętym"). Po prostu usiądź i zaufaj. Pomódl się w spokoju. W zaciszu czterech ścian albo na plaży, w górach, w lesie, podczas przejażdżki rowerem czy niedzielnego spaceru. Zaufaj! I proszę, nie czekaj na żadne spektakularne wydarzenie. Duch Święty nie stanie przed tobą i nie da ci w gębę, byś się opamiętał. Bóg w Trójcy jest cichy i pokornego serca. Pierwsza Księga Królewska mówi o tym, że Pana nie było w wichurze, ani w trzęsieniu ziemi, nawet w ogniu Go nie było. Natomiast po ogniu nastał szmer łagodnego powiewu. I to właśnie w tej delikatności i łagodności Eliasz odnalazł Pana.
Myślę, że Bóg nie chce, byśmy podczas wichury, trzęsienia ziemi, pożaru czy innego kataklizmu Go obwiniali. I naprawdę nie powinniśmy tego robić. Raczej czeka na to Piotrowe "Panie, ratuj mnie!" i nie ma w tym nic złego. "Jak trwoga, to do Boga" - owszem! To mega ludzki odruch. Kiedy jest źle, to się człowiek łapie czegokolwiek lub kogokolwiek. Ważne, by w ciężkich momentach nie zapomniał prosić o pomoc i nie przegrał.
To chyba na tyle. Póki co nie potrafię zabrać się do opisania wyjazdu w góry. Czekam na przypływ weny. Są to jednak dość stresujące dla mnie dni i raczej mam w głowie myśli związane właśnie z ufnością Bogu. Dużo się modlę i działam w kierunku unormowania pewnych niedokończonych spraw.

PS: Pamiętajcie, żeby po każdej wyciągniętej dłoni czy to Pana Jezusa, czy drugiego człowieka... podziękować za ratunek. Wiecie jak to jest. Czasem się w tych prośbach potrafimy zatracić i zapominamy, że dziękczynienie jest z nimi ściśle związane.

Do następnego! 

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ratunku!

"Obraziłam się na świat
bo mnie kiedyś obraził
nie odzywałam się
czas jakiś
nawet
nie zauważył"

"Może nie chodziło o sklejanie złamanych serc. Może chodziło
o kochanie pokruszonych kawałków takimi, jakie one były."

Czołem.

Wracam... Po prawie miesięcznej przerwie. Byłam w ciągłych rozjazdach. A właściwie smażyłam się dwa tygodnie na plaży, a w sobotę wróciłam z sześciodniowego wyjazdu w góry. Trzęsło mną niemiłosiernie. Tak bardzo chciałam coś dla was napisać, bo mam wrażenie, że już każdy zapomniał o tej stronie. W pewnym momencie nawet z mojej głowy uciekł fakt, że prowadzę bloga. I teraz nie mogę się połapać. Systematyczność w życiu jest cholernie ważna. Po tak długiej przerwie naprawdę trzeba na nowo uczyć się pisać coś dłuższego. Byłam aktywna na Facebooku, ale to nie to samo. Najśmieszniejsze, że w dodatku bazgrolę teraz z zupełnie innego laptopa i nie ukrywam, że przelewanie myśli jest jeszcze bardziej utrudnione. Ale staram się jak mogę i oby wyszło z tego coś sensownego.
Do wyjazdów odniosę się może jutro. Natomiast teraz chcę poruszyć kwestię piątkowej nawałnicy
Będąc w Karpaczu starałam się zachować względny spokój. Wiedziałam, że dom stoi, drzewa na ogrodzie także, rodzice cali i zdrowi. Jednak w drodze powrotnej, już w miejscowości oddalonej o ponad sześćdziesiąt kilometrów zauważalne były skutki tego cholerstwa, które nas zaatakowało. I niestety, im bliżej domu byliśmy tym straszniejsze widoki ukazywały się naszym oczom. Nie do wiary, co się stało przez te kilkadziesiąt minut. Miałam wczoraj ciarki na całym ciele, gdy jechałam do kościoła i widziałam lasy (a raczej ich pozostałości) po obu stronach ulicy. Nie wspomnę o tym, co zastałam na cmentarzach. Ledwo przełykałam ślinę, a łzy momentalnie cisnęły się do oczu. Tak naprawdę to, co się wydarzyło jest nie do opisania. Przysięgam. Widziałam podobne obrazy w telewizji i czułam się bezpiecznie, myśląc, że naszych okolic nigdy coś podobnego nie spotka. A jednak. Życie jest tak nieprzewidywalne. Tak szalone. I tak niesamowicie przykre momentami.
Nie było prądu. Płakałam i prosiłam dobrego Boga, by przywrócił nam dostęp do świata. Na Mszy także modliłam się w tej intencji. Wczoraj przed dwudziestą pierwszą mama przybiegła do pokoju i oznajmiła, że wszystko wróciło do normy. Aczkolwiek wciąż proszę, a wręcz błagam Pana, by miał w swej opiece ludzi, którzy nadal naprawiają skutki tej feralnej burzy. Bardzo Mu ufam.
Bóg wie, że któregoś dnia krzykniemy z całych sił: "Panie, ratuj!" i On wyciągnie do nas dłoń, zapewniając, że nie ma czego się bać.

Na razie chyba tyle. Muszę porządnie zebrać myśli i napisać dla was coś bardziej rzetelnego. Jeśli jeszcze jest dla kogo pisać.

Do jutra.

~~Zbuntowany Anioł