środa, 12 lutego 2020

Wiem, że nic nie wiem.

"Głupia - to rozumiem. Brzydka, niezdarna i niezgrabna, płaczliwa albo leniwa. To wszystko rozumiem. Ale co znaczy >>dziwna<<? Co się robi, kiedy się jest dziwnym? [...] Z głupoty można wyrosnąć, lenistwo pokonać, wstając z łóżka, a płacz połyka się w zaciszu szkolnych toalet. A co się robi z dziwnością?" 


Cześć!

Co ciekawego słychać w biednym studenckim świecie mej jakże nic nieznaczącej osoby? 

Z dzisiejszym egzaminem, który miał być w formie pisemnej, ale ostatecznie i tak skończył się na odpytywaniu ustnym, zakończyłam oficjalnie zdawanie wszystkich przedmiotów. 

Zaskoczyło mnie wiele kwestii związanych z tym cholerstwem zwanym sesją. Przede wszystkim moje samozaparcie do nauki, do której nigdy wcześniej tak autentycznie się nie przykładałam. Oczywiście, jak zwykle, największy paradoks: uczę się całymi dniami i dostaję jedną z niższych ocen, a kiedy mam już totalnie gdzieś to co się stanie, wpada do dziennika jedna z najwyższych w grupie.


Studia na pewno nie mają znaku równości ze sprawiedliwością. I ma to oczywiście swoje plusy jak i minusy. Bywało źle, gdy człowiek poświęcał cały swój czas na naukę, a okazywało się w ostatecznym rozrachunku, że to i tak za mało, a z drugiej strony pojawiała się kilkukrotnie ogromna radość z lekką niepewnością czy aby na pewno posiadana wiedza to było wszystko co zaważyło na wyższej ocenie... Jest to jednak temat dość nieoficjalny i nieco kontrowersyjny, ale takie są uroki studiów, więc nie mam też zamiaru się szczególnie nad tym rozwodzić, bo kto jest lub był studentem doskonale wie, co mam na myśli.
Kiedy uświadomiliśmy sobie z koleżankami i kolegami z roku, jak wiele czasu podczas tych tygodni spędzamy na wydziale filozofii, a nie filologii polskiej i klasycznej, to zaczęliśmy mówić, że jednak studiujemy filozofię, co zawsze spotyka się z ogromnym zdziwieniem i sama dotychczas śmiałam się, że po takim kierunku to co najwyżej można smażyć burgery w McDonaldzie, ale jeden z cudownych profesorów powiedział nam przy okazji któregoś z wykładów, że filozofia to jest poświęcenie całego życia na naukę, a precyzyjniej mówiąc: na naukę tej nauki, na poszukiwanie tego czego do tej pory jeszcze nie odkryliśmy.
Idąc za najsłynniejszymi słowami Sokratesa, tj. "Wiem, że nic nie wiem" doszło do mnie (dzięki pomocy naszych wykładowców), że samowiedza własnej niewiedzy i ciągła chęć dążenia do tego, by ją posiąść jest czymś niesamowicie budującym. I przede wszystkim nie o jakiejś cyferki tu chodzi, ale o uświadomienie sobie, że jest się w dobrym miejscu, które wreszcie zostało wybrane z własnej nieprzymuszonej woli.

Te tygodnie dały mi takie poczucie. Były łzy, pojawiały się momenty zwątpienia w sens czytania notatek i zapamiętania takiej ilości materiału, dopadała mnie wielokrotnie przeogromna niemoc, której jednak wyszłam na przeciw, spięłam się, wyłączyłam wszelkie komunikatory, które mogłyby przeszkodzić w nauce, włączałam spokojną klasyczną muzykę i zrobiłam co w mojej mocy. A owoce tej pracy satysfakcjonują mnie, bo niczego nie musiałam poprawiać, wszystko udało się zaliczyć w pierwszych terminach, mimo iż wiara w wygraną była bardzo mała. 

A teraz czas na upragniony reset przed drugim semestrem, który wydaje się, że będzie o wiele cięższy, ale jeśli przeżyłam taki umysłowy wycisk, mimo iż nigdy wcześniej nie miałam okazji tak wytężać swojego mózgu, to naprawdę jestem dobrej myśli, że wszystko da się w życiu przejść. 

Do miłego.

Zbuntowany Anioł

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza