wtorek, 29 maja 2018

Depresja - historia prawdziwa.

"Don’t forget: that you’re human. It’s okay to have a melt down. Just don’t unpack and live there. Cry it out and then refocus on where you are headed."

Czołem!

https://www.youtube.com/watch?v=V1Pl8CzNzCw - włączcie podczas czytania. Wszystko co poniżej wam przedstawiłam, powstało przy tym pięknym utworze.

Ostatnimi czasy z pomocą psychologa łapię się na tym, że wiele rzeczy wykonuję tylko po to, by uszczęśliwić innych, a nie siebie i to samo ma się do tego, czego nie robię, bo "cóż pomyślą inni!?", jeszcze przypadkiem sprawię im zawód i zostanę sama... A może wreszcie spróbowałabym zrobić coś, co dałoby satysfakcję wyłącznie mi? Ale to trudne, bo za wszelką cenę nie chcesz wyjść na pieprzonego egoistę. Nie tylko w oczach innych, lecz przede wszystkim w momencie patrzenia w swe odbicie w lustrze.

Dopadły mnie takowe przemyślenia, bo podczas wczorajszego spotkania kilkukrotnie ktoś próbował dodzwonić się do pana, aż w końcu zasugerowałam,
że jak najbardziej może przecież odebrać, ale on stanowczo zaprzeczył i nie zrobił tego. Bo nie ustaliliśmy tego podczas pierwszej sesji i on nie ma zamiaru łamać tej zasady. Poza tym, za każdym razem powtarza, że te wszystkie minuty poświęca tylko mi i nie ma w tym absolutnie nic, co powinno mnie dziwić czy krępować. Cholernie szanuję taką postawę. Wiem, że po części to jego praca,
ale są ludzie i ludziska, doskonale rozumiecie. Cieszę się, że jego osoba zalicza się zdecydowanie do ludzi. I to ludzi z ogromną klasą. Imponuje mi tym jak mało kto.
Dobrze mieć obok siebie dorosłego, doświadczonego człowieka, który nie wybierze za ciebie drogi, ale wesprze w tej, którą sam obierzesz i ewentualnie pomoże w trudnościach, jakie napotkasz podczas tej podróży. 
Poważnie, decyzja o przekroczeniu progu gabinetu psychologa była jedną z lepszych w moim życiu. Najtrudniej samemu przed sobą uznać, że coś jest nie tak, że doszło się do momentu, w którym bezradnie stoimy patrząc przed siebie bez jakiejkolwiek nadziei w sercu, bez żadnego celu, z pustką, która w późniejszej fazie depresji zaczyna wręcz fizycznie nam dokuczać. 
Kiedyś trafiłam na świetny cytat, który w dość prosty, ale trafny sposób obrazuje moje osobiste spojrzenie na tę chorobę: "Depresja nie jest wtedy gdy chcesz tylko palić i pić. Depresja jest wtedy, kiedy nawet tego Ci się nie chce."
Wiecie, bo słowo depresja jest słowem niezwykle powszechnym, którym wielu ludzi rzeczywiście próbuje ukryć swój chwilowy smutek, tylko że w tej chorobie (!) nie chodzi wyłącznie o smutek czy rozdrażnienie najmniejszymi sytuacjami czy słowami bliskich.

To jest taki stan, kiedy jesteś bardzo śpiący, ale cały kumulujący się przez dzień lęk pod wieczór nasila się i natłok myśli wręcz wysadza ci mózg, i poprzez sen chciałbyś, by to wszystko ucichło, odeszło choćby na moment, ale tak się nie dzieje. A jeśli już jakimś cudem uda ci się zamknąć oczy i myślisz, że na pewno obudzisz się za siedem godzin i może w końcu będziesz gotów na to życie... budzisz się jednak o czwartej nad ranem i nie jesteś w stanie ponownie pogrążyć się w marzeniach sennych, wyciszyć tego, co drzemie w twym umyśle, a nie są to miłe rzeczy. Więc czekasz na wschód słońca, mimo iż nawet on nie daje ci jakiejkolwiek, nawet najmniejszej satysfakcji czy sensu, by za trzy godziny ubrać się i wstać do szkoły czy pracy. Słońce powoli wyłania się jakby spod otchłani ziemi, w której ty tak bardzo chciałbyś już być. Przygotowujesz szybką kawę, coby nie obudzić pozostałych członków rodziny o tej godzinie. Otwierasz okno, wdychasz poranne, świeże powietrze, zapalasz papierosa i spoglądasz w dal.
Z całą tą pustką drzemiącą w głębi ciebie. Patrzysz na świat, który budzi się do życia, bo taka jego rola, a ty czujesz się wypalony swoją i wiele dałbyś, by móc już zejść ze sceny. Często przy tym wczesnym rytuale prosisz Reżysera tego przebrzydłego ziemskiego padołu, by wreszcie usunął cię ze scenariusza i pozwolił grać tym, którzy naprawdę pragną tej roli. Ale On milczy i po raz kolejny wiesz, że musisz wziąć sprawy w swoje ręce. Lecz jeszcze nie dziś... nie dziś.

Depresja objawia się totalną niemocą wobec najprostszych codziennych czynności i wyborów z nimi związanych. Nie chodzi o to, że nie wiesz czy wybrać dziś buty od Gucciego czy może od Louis Vuitton. Ta niemoc objawia się podczas na przykład porannej toalety. Tak naprawdę wcale nie chcesz umyć zębów, ale wiesz, że musisz, "bo wypada", jeśli już przyszło ci wyjść do ludzi i udawać, że masz w sobie ostatki sił, by jako tako funkcjonować. Patrzysz więc na dwie pasty - jedna kupiona w Lidlu, druga w Biedronce. Trudność w wyborze nie polega na tym, że preferujesz Kaufland i dlatego jest ci przykro, bo akurat mama nie była w tym konkretnym sklepie. Wszystko, co potrzebne do życia jest ci obojętne, bo go nie lubisz, znudziło ci się zakładanie masek, nie czujesz się tu dobrze. Znowu ogarnia cię natłok natrętnych myśli. One są z tobą zawsze. Jesteś takim beznadziejnym człowiekiem. I stoisz nad umywalką już półtorej godziny, dochodząc do wniosku, że faktycznie nie ma sensu myć tych zębów, przecież i tak nie zależy ci na interakcji z innymi.

Nie móc zdecydować się na pastę w czterech ścianach swojego mieszkania nie sprawia ci aż tak wielkich wyrzutów sumienia. Prawdziwy dramat rozgrywa się, gdy idziesz do sklepu, widzisz te wszystkie sprawnie funkcjonujące istoty ludzkie
i wiesz, że mierzą cię wzrokiem. Wiedzą, że coś jest na rzeczy, ale nie potrafią tego zrozumieć. I nie zrozumieją. A ty przechodzi między regałami i kiedy po raz kolejny dochodzi do sytuacji, kiedy musisz wybrać między truskawkami a malinami, ponownie rozgrywa się w tobie wewnętrzna walka z demonami, które sprawiają, że z bezsilności zaczynają płynąć łzy. Nie kontrolujesz tego. Nie jesteś w stanie podjąć tak prostej decyzji, bo masz wrażenie, jakby od tego, które owoce wybierzesz zależało twoje dalsze istnienie. Więc koniec końców kupujesz jedynie kolejną paczkę papierosów i wychodzisz wypruty ze wszystkich sił, jakie jeszcze gdzieś w tobie tkwią.

Często pojawia się w tej chorobie problem samookaleczeń.
I oczywiście każde sprawienie sobie bólu jest niekonstruktywną metodą poradzenia sobie z ciążącymi w umyśle emocjami i zawsze... zawsze trzeba reagować. Jednak samookaleczenia, które człowiek pogrążony w depresji robi to nie tylko jedno czy dwa lekkie cięcia na rączce. Autoagresja to wyjście do lasu i tak głośny krzyk bezsilności, że na drugi dzień nie jesteś w stanie wydobyć z siebie słowa przez zdarte struny głosowe. Wyrywanie włosów. Drapanie się aż do krwi. Uderzanie głową czy pięściami w ścianę czy nawet bicie siebie samego. I wreszcie cięcie do tego stopnia, że rana musi być zaszyta w szpitalu. Bo tu chodzi o wyciszenie psychicznego bólu. Za wszelką cenę. Nawet blizn, które pozostaną już na zawsze. Ale w momencie bycia na samym dnie myśl o przyszłości jest najmniejszym problemem. Chcesz się tylko wyciszyć. Zapomnieć. Choćby na chwilę... na chwilę.

Jeśli zauważycie u kogoś ślady... porozmawiajcie. Nie podnoście głosu, nie dawajcie mu kolejnego powodu do poczucia winy i być może do tego, by znów sięgnął po żyletkę. Zapytajcie, jak możecie pomóc, czy ta osoba jest pod okiem specjalisty, czy to tylko jednorazowy incydent, itp. Takie podejście do człowieka będącego w swoim osobistym piekle, da mu malutki przebłysk nadziei. Na pewno. 

Depresja to także dręczące człowieka myśli o zakończeniu życia, które mogą urzeczywistnić się i przerodzić w konkretny plan działania nawet przy najmniejszym impulsie z zewnątrz. Dlatego tak ważne jest uczyć społeczeństwo, jak "obchodzić się" z człowiekiem będącym na autentycznie niebezpiecznej granicy pomiędzy życiem a śmiercią. To nie jest pisane nad wyraz. Nie są to literackie przemyślenia po przeczytaniu kilku artykułów w Internecie. Depresja to nie żarty. Bo czy może być coś gorszego od chęci zniknięcia z tego świata?
A także od powolnego dążenia do autodestrukcji? 
"Jak można odebrać sobie najcenniejszy dar, jaki się ma? Jak można zrobić sobie to i zrobić to najbliższym ludziom?" - słowa głównego bohatera Sali Samobójców.
Widzicie, bo problem polega na tym, że nie każdy dar jest błogosławieństwem,
a już szczególnie w naszym subiektywnym spojrzeniu na życie.
Dlatego gdybyście spotkali się ze słowami: "Dobrze byłoby, gdybym już odszedł", "Poradzicie sobie beze mnie", "Ciekawe jak to będzie po śmierci", itp. to nie zastanawiajcie się nad powiadomieniem o tym dorosłego. Rodzica, nauczyciela, pedagoga, psychologa. Kogokolwiek, kto byłby w stanie spojrzeć na to mądrym, dojrzałym okiem.
I proszę, nie myślcie, że on na pewno sobie nic nie zrobi, bo przecież jest taki uśmiechnięty. Coś tam wspominał, że przyjmuje leki, że interesuje się samobójstwem, ale to tylko żarty. Jak o tym mówi, to na pewno nic się nie stanie...
Stanie. Może się stać. Prędzej czy później. Mówienie znajomym o myślach samobójczych (właśnie w żartach i bardzo niedosłownie) to najprawdpopodobniej ostatnie wołanie o ratunek. A co jeśli ten człowiek naprawdę zrobiłby to jutro, a ty uznałeś to za takie zabawne teksty i śmiałeś się wraz z nim?
Trzeba być czujnym. Wręcz przewrażliwionym. Śmierć to nie zabawny temacik. Myśli o niej coraz częściej u młodych ludzi przeradzają się w czyny. Nieodwracalne czyny pozostawiające ogromne poczucie winy i żal u bliskich.
Czy ty, jako bliski, zniósłbyś to cierpienie?

Jest taka kampania: "Zobacz... znikam". Proszę, nie pozwólmy nikomu zniknąć z własnej ręki.

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 8 kwietnia 2018

Jak wygląda miłość?

„Czym dłużej idę za Panem, choć kulawo, tym bardziej chcę stąd odejść. Bóg ciągle nasyca moje serce głodem, choć karmi mnie codziennie Sobą,
 to ja i tak będę coraz bardziej głodny. Aż do śmierci."

Cześć!

Dziś Niedziela Miłosierdzia... i to Bożego Miłosierdzia. 

Byłam na Mszy akurat nie w swojej parafii i widząc, kto będzie ją odprawiał i słysząc początkowe słowa, które zdawały się być wręcz jakimś wprowadzeniem do kazania byłam pozytywnie nastawiona na to, co prawdopodobnie usłyszę. Niestety niczego osobistego nie usłyszałam, bo był czytany list. List, który nic nie wniósł do mojego życia i sprawił, że totalnie się wyłączyłam. Szkoda. Bo to jest takie piękne święto. Są takie cudowne czytania, a Ewangelia jest kwintesencją chrześcijaństwa. No nic, pozostało mi samej spróbować przybliżyć wam, jak w moim życiu objawia się Miłosierdzie Ojca.

Podczas wizyty u lekarza zostałam zapytana, czy Bóg mi nie wystarcza... To nie jest tak, że On mi nie wystarcza albo że Jego Miłosierdzie ma jakiekolwiek granice. Skądże. Staram się jednak dostrzegać, że Boża Miłość objawia się w podsuwaniu mi pod nos ludzi, którzy chcą mi pomóc. Czy to psycholog, czy lekarz, ksiądz, koleżanka, rodzice... Ktokolwiek. To są Boże narzędzia tu na ziemi.
Któregoś razu, kiedy rozmawiałam z dobrą koleżanką, usilnie trzymałam się zdania, że za żadne skarby nie stanę twarzą w twarz z moim katechetą podczas spowiedzi. Ale odbyłam już tak wiele odklepanych, formułkowych i wcale nie zmieniających mnie duchowych spotkań, że jednak pragnęłam czegoś więcej, czegoś głębszego, bardziej szczerego i od serca. I, o dziwo, to właśnie nasz obecny katecheta ofiarował mi całego siebie i pozwolił jeszcze bardziej zbliżyć się do Pana.

Totalnie mnie zadziwia, że są księża, którzy jak Jezus wychodzą przed szereg, łamią jakieś odgórnie przyjęte normy, przekraczają granice.

Wiecie gdzie odbyła się moja ostatnia spowiedź? W klasie w której odbywają się lekcje religii. Po zakończonych zajęciach. Usiedliśmy na przeciwko siebie na ławkach i rozmawialiśmy (chociaż więcej jednak mówił ksiądz, bo tego oczekiwałam) o tym, jak piękna jest ta nasza wiara. Jak piękny i niewyobrażalnie dobry jest nasz Ojciec. I jak cholernie wdzięczna jestem, że oto siedzi przede mną mężczyzna, który wcale nie musiał poświęcać mi tych czterdziestu minut, a jednak to zrobił. Pomimo, kurczę, wszystko! 

Chciałabym po prostu... Naprawdę bardzo mocno pragnę, byście się nie bali chrześcijaństwa. Byście byli odważni i uparcie, do skutku szukali tego zapalnika, dzięki któremu samemu będziecie w stanie wyjść do ludzi i głosić Słowo Boże, nieść ludziom Dobrą Nowinę: o Zmartwychwstaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa, a co za tym idzie także o tym, jak wielka jest Boża Miłość. Jest ogromna, najwspanialsza, nie do ogarnięcia naszym ludzkim umysłem, ale zdecydowanie do przyjęcia. Choćby nie wiem co się działo - Bóg żyje i potrafi czynić cuda, a już szczególnie w takich prozaicznych, codziennych sprawach.
On jest. Zawsze. Amen.

Do miłego.

~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 5 kwietnia 2018

Rozgrzewka.

 "I need a life that isn’t just about needing to escape my life."

Dzień dobry!

Człowiek jest taką istotą, która lubi się taplać jak świnka w bagnie. Czy to w tym brązowym, obślizgłym, śmierdzącym, pełnym smutku, czy wręcz przeciwnie w różowiutkim bagienku swoich sukcesów i radości, co na dłuższą metę wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.
(fot. Ian Espinosa)
Kupiłam kilka dni temu dwie części serii "Młody bóg z pętlą na szyi".
I - Psychiatryk, II - Terapia u Doktorka. Anka Mrówczyńska - to pseudonim artystyczny świetnej pisarki i na pewno cudownej osoby, ale to tylko moje domysły po tym, co daje czytelnikowi na tacy w swoich publikacjach - czy to na blogu, czy właśnie w książkach, które swoją drogą są do kupienia jedynie w wersji elektronicznej, ale to zawsze piękny sukces, bo jest ogrom ludzi, którzy po nie sięgnęli. 

Chyba się boję je wam polecić. Przez Terapię u Doktorka przebrnęłam w godzinę? Może trochę więcej. Wciągnęłam się totalnie. W Psychiatryk również, ale utknęłam na końcówce, bo po wczorajszej wizycie u właśnie doktorka nabrałam chęci na wydostanie się z depresyjnego bagienka. Co nie jest łatwą sprawą, aczkolwiek myślę sobie, że skończenie tej książki, wyciągnięcie pewnych wniosków, lekcji i nie branie tych wszystkich opisów aż tak do siebie jest pierwszym, bardzo dobrym krokiem ku lepszej przyszłości. 

Psycholog podczas ostatniej wizyty zaproponował, bym te dni pomiędzy spotkaniami poświęciła na zapisywanie minimum trzech pozytywnych sytuacji, które w danym dniu miały miejsce. Sama bym na to nie wpadła, a to przecież takie proste... Dzisiaj będzie już jedenasty.
Ten "eksperyment" daje mi przede wszystkim poczucie, że muszę się wieczorem zatrzymać i faktycznie zastanowić nad tym, co się wydarzyło. A dzieje się wiele. Nie poszukuję tych momentów, ja się uczę je zauważać, bo one od zawsze były  
i będą aż do usranej śmierci, tylko od nas zależy, czy chcemy wyćwiczyć w sobie umiejętność dostrzeganiach ich.

Dokładnie miesiąc temu, tj. 5 marca skończyłam zdawanie wszystkich sprawdzianów z historii z pierwszej klasy. Kiedy nasza nauczycielka na forum klasy podała mi dłoń i szczerze pogratulowała, byłam dogłębnie wzruszona, bo naprawdę walczyłam o ten sukces. I choć wciąż uczęszczam do tej samej klasy z tym samym rozszerzonym przedmiotem, to po takich przygodach już nic nie jest w stanie mnie złamać.
Było milion prób, trzaskanie drzwiami, łzy, gorzki smak porażki i słodka radość z małych zwycięstw, gdy udawało mi się zdać kolejny test. To pół roku dało mi ogromną lekcję pokory i samozaparcia. Toczyłam zaciętą walkę z samą sobą.
To doświadczenie pokazało mi także, jak wielkie serce potrafią mieć nauczyciele wobec takich osłów jakim byłam ja. I czasami nadal jestem. Moja wdzięczność wobec cierpliwości naszej historyczki i tych wszystkich szans, które mi dała jest nieoceniona.
A wspominam o tym, bo nieustannie trzymam się zasady, że jestem tu, by wam dawać choćby odrobinę nadziei. Więc taką nadzieją na dziś jest fakt, że po takich sytuacjach człowiek naprawdę uświadamia sobie, jak wiele w życiu jest możliwe. Przez jak wiele jesteśmy w stanie przebrnąć. A choćby z ranami i bliznami, jednak w ostatecznym rozrachunku z dumą i uśmiechem. 

Nie wiem, czy po takiej przerwie powinnam mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję,
że ktoś będzie miał ochotę tu zajrzeć... Niemniej, jeśli jednak jest choćby jedna osoba, która wciąż pamięta o tych bazgrołach, to jestem szczęśliwa. Chociaż...
i bez tego jestem.

Tęskniłam.

Pozdro!

~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 15 lutego 2018

Po co to wszystko?

"Zamknęli mnie w nawiasach
Mam kłaść akcenty według zasad
Być ładnie uśmiechniętym, bo podobno się opłaca"

Czołem!

https://www.youtube.com/watch?v=3yh2InVsFag - to jeden z tych utworów, przy których lubię pisać, łatwo mi się skupić, więc może wam będzie się miło czytało z nim w tle. 

No właśnie... "podobno się opłaca", ale przychodzą w życiu takie chwile (w moim przypadku nieco dłuższe chwile...), kiedy wszystko nagle staje się człowiekowi przebrzydle obojętne. Nie zliczę, ile razy włączałam komputer i próbowałam coś dla was wystukać. Po kilku zdaniach nie miałam już siły i zaczynałam robić coś innego. Wyobrażacie to sobie? Ludzie mówili: dawno nic nie pisałaś. Albo pytali, kiedy coś się wreszcie pojawi. Czekali. Ale ja czułam, że nie podołam, że nie będę wystarczająco dobra, przekonująca, że nie dam tyle nadziei, ile bym chciała. Dlatego czasami przerywam na tak długo, bo dopada mnie jakaś nieokreślona i wszechogarniająca niemoc, której nie potrafię zrozumieć i z którą muszę się zmierzyć, a nie chcę, byście to w jakikolwiek sposób odczuli, gdybym tu wylała wszystkie swoje żale. Nie od tego jestem. 
Właśnie nadszedł szalony rok miliona imprez z okazji osiemnastych urodzin. 
Zawsze byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego typu zabaw... do jakichkolwiek zabaw. Nie lubię nosić sukienek, malować się, być tym, kim inni oczekują, że będę. Ale mam za sobą już trzy (nie zliczę, ile jeszcze przede mną)
i sprawia mi to ogrom radości. Totalne odcięcie się od rzeczywistości. Dobre jedzenie, wódka i taniec do białego rana. Coś niesamowitego. Tym bardziej, kiedy tydzień szkolny daje ci tak mocno po pysku, że już nie wiesz, jak odreagować.
Te sobotnie przyjęcia są doskonałym sposobem.

Wczoraj były Walentynki, które idealnie zgrały się ze Środą Popielcową
i rozpoczęciem Wielkiego Postu.
Na ten moment jedyną miłością mojego życia jest Jezus Chrystus. Mój Zbawiciel. Mój przede wszystkim najlepszy Przyjaciel. I kiedy wczoraj w pokorze klęczałam na ołtarzu czekając aż ksiądz powie, że jestem prochem i w niego także się obrócę, to poczułam się niesamowicie dobrze i nad wyraz spokojnie... Bo wiem, że śmierć nie jest końcem, a te słowa nie są bożym karceniem czy straszeniem nas przed tym, co nieuchronne. To Prawda od której nie uciekniemy i nie ma się czego bać. Naprawdę... Odwagi!

Co jeszcze mnie ujęło? Wszyscy tym prochem są. Wszyscy w oczach Boga jesteśmy równi. Równie piękni. On nas nazywa prochem, ale nie widzi nas jako szarą masę, lecz jako swoje najdroższe, najcudowniejsze i najważniejsze DZIECI. Jesteśmy dziećmi Króla Wszechświata. Jesteśmy Jego najcenniejszym darem danym Matce Ziemi. Powinniśmy być z tego powodu cholernie dumni.

"Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię." - to kolejne słowa, które wczoraj kapłan wypowiadał podczas obrzędu posypania głów popiołem. I tak sobie myślę, że te czterdzieści dni to taki ciekawy czas w ciągu roku. Nagle uświadamiamy sobie, ile chcemy w naszym życiu zmienić. Ile pragnęlibyśmy postawić swemu ciału wyrzeczeń, byle tylko stać się lepszymi, byle się zbliżyć do Pana Boga. Tyle planów... Po co to wszystko? Jasne, można ograniczyć, a wręcz spróbować wyeliminować z życia fajki, alkohol, pornografię, słodycze, bezsensowne leniuchowanie. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym dochodzi do mnie taka myśl, że Bogu na tym nie zależy. Naprawdę nie zależy. Wiecie, po prostu uważam, że nie ma sensu się na siłę umartwiać i pokazywać innym, jakiej to my nie mamy silnej woli walki. To złudna droga. To jest idealny czas, by robić to, co dotychczas z jednoczesnym zbliżeniem się do naszego Taty poprzez czytanie Pisma Świętego, ale nie wybiórczo, "bo wypada", ale w pełnym skupieniu, z ogromną wolą zrozumienia tego, co On chce właśnie tobie i tylko tobie przekazać. Kościoły są zawsze otwarte. Msze odbywają się codziennie. Przecież Eucharystia to chyba najdoskonalszy aspekt, który jest w stanie dać nam do zrozumienia, jak fenomenalne i niekończące się jest Miłosierdzie naszego Ojca. 

Zastanówcie się na co stawiacie w tych dniach. Ja z wielką chęcią na Jezusa Chrystusa, na Jego słowo, na Jego Ciało i Krew dane mi prosto przed nos pod postacią chleba i wina. Celem tego wszystkiego jest Zmartwychwstanie... Chcę dokonać tego tak autentycznie jak zrobił to Chrystus, ale chciałabym też w końcu powstać z tych moich martwych dni, kiedy czułam niechęć do siebie, do życia, a nawet do Boga Ojca. Ten wpis jest dobrym początkiem.

Trzymajcie się! 

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 12 stycznia 2018

Ty też MOŻESZ.

"Jak będziemy wielcy w małych sprawach, to nad wieloma nas postawią. Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa. Warto przegrać na krótką metę, ale wygrać moralnie."


Dzień dobry.

Chyba nadal ciężko otrząsnąć mi się z tego wszystkiego, co miało miejsce podczas przerwy świątecznej. Ja. Za granicą. W Szwajcarii. We Francji. Niemożliwe. A jednak.

Odwiedziłam wczoraj poprzednią szkołę. Po prawie półrocznej przerwie. Tym razem wrzuciłam totalnie na luz i zachowałam ogromny dystans emocjonalny. Przywitałam nauczyciela od historii, przedstawiłam mu moją coraz lepszą sytuację w związku z owym przedmiotem, pożegnałam się i... po prostu wyszłam. Nie szukałam żadnego innego kontaktu. Przez chwilę, ale bardzo krótką, było mi z tym niezbyt dobrze, jednak szybko powróciłam na ziemię i skierowałam swe stopy ku mej miejscowości. Ale żeby uświadomić sobie błędy, które popełniałam w ubiegłym roku musiałam zaczerpnąć rady profesjonalisty w dziedzinie ludzkiej psychiki. I chwała Panu, że obdarzył mnie łaską odwagi i pozwolił poukładać w głowie to, co zostało rozsypane i stało się jedną, wielką niepewną układanką.
Dziś natomiast wracałam ze szkoły z taką myślą, że życie jest dobre. Życie NAPRAWDĘ jest dobre. I cieszę się, że są wokół mnie osoby, które pozwalają mi to zauważyć i docenić.

W przedostatnim wpisie bardzo szczerze i jak najdokładniej chciałam wam zobrazować naszego nauczyciela od przysposobienia wojskowego. I chyba się udało, zważywszy na to, co powiedział mi po lekcji, w lekko zaczerwienionych ze wzruszenia białkach oczu, a mianowicie, że... pojawiły się łzy, gdy czytał te wychodzące z najgłębszych, najbardziej emocjonalnych szufladek mojego umysłu bazgroły.
Wyobrażacie to sobie? Dorosły mężczyzna, były policjant, mój nauczyciel mówi, że "ryczał pół nocy" przez to, co o nim napisałam. Nie mogłam więc zrobić nic innego, jak sama dać upust emocjom i popłakać ze wzruszenia dłuższą chwilę w czterech ścianach mego pokoju.
Wychodząc z klasy na do widzenia jeszcze raz rzekł: Dziękuję i uśmiechnęliśmy się do siebie.
Nigdy nie wiem, co w takich sytuacjach robić, bo bardzo przeżywam takie akty dobroci skierowane w stronę mej osoby. Poza tym... dawno nikt mi z takim wzruszeniem nie dziękował za to, co robię. A robię to, bo...


Odkąd pamiętam głównym założeniem, które pchnęło mnie, by rozpocząć przygodę z blogiem, była chęć dawania ludziom nadziei. Nadziei na to, że w życiu wszystko jest możliwe, jeżeli naprawę bardzo mocno się o to postaramy. I kiedy piszę wam o moich wspaniałych nauczycielach, o tym, co przeżywam poprzez różne wyjazdy, jakieś ciekawe sytuacje, to nie robię tego po to, byście mi zazdrościli albo siedzieli i myśleli: Ech, ale ona ma fajne życie… Skądże! Piszę, żebyście uświadomili sobie, że wy też macie szansę. Macie ją! Życie stoi przed wami otworem. Te wszystkie wspaniałości także. One aż proszą się, by zostały wchłonięte w wasze ciała, wasze umysły, we wszystko, co jest w was najlepsze. Oto isota tego, dlaczego wciąż tu jestem. Byście, czytając to, pomyśleli: Wow,
da się. I ja też tak mogę!... Bo taka jest prawda. Ty też MOŻESZ.
Miałam ostatnio znowu jakąś zapaść, ale pomimo tego cieszyłam się wszystkim, co mnie spotykało, dużo się modliłam, (wczoraj nawet Bóg w kryzysowym momencie podsunął mi pod nos ten przecudowny, krótki, ale niezwykle treściwy filmik o. Adama: https://www.youtube.com/watch?v=2F6kZ3LJzrw) poczytałam trochę Pismo Święte i wreszcie udało się dopiąć na ostatni guzik to, co kłębiło się w mojej głowie, a czego nie potrafiłam dla was wyklikać. Na szczęście z Bogiem wszystko jest możliwe! 

Trzymajcie się! 

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 26 grudnia 2017

Podsumowanie roku - uratowana.

"Antidotum na uzależnienie jest znalezienie innego uzależnienia."

Dzień dobry.

To był rok pełen wrażeń. Niestety znaczną jego część spędziłam w łóżku zastanawiając się nad sensem życia i chcąc je w jakikolwiek sposób zakończyć. 

Jestem zaskoczona, jak wiele udało mi się zwiedzić. Jak wiele nowych zakamarków Polski i siebie samej poznałam. Poważnie, pod względem poznania siebie, swoich możliwości, granic, to ten rok był przełomowy. Ach, ileż dobra otrzymałam od moich bliskich. I co najważniejsze... ilu zostało ze mną do dwudziestego szóstego grudnia.

Po raz pierwszy miałam styczność z ludźmi spoza granic naszego ojczystego kraju i rozmawiało mi się naprawdę dość swobodnie i przyjemnie.
Moja pierwsza Lednica... To tam poznałam Boga w zupełnie innym wymiarze. Zrozumiałam, że wcale nie trzeba iść przez świat na kolanach, bo alternatywą (szczególnie dla młodych) jest śpiew i taniec chwalące imię Pana Jezusa Chrystusa.
Rok szkolny uznaję za jeden z najcięższych. Było bardzo, naprawdę bardzo trudno, ale wyszłam z opresji. Z sierpniem w kieszeni i ostatecznym dostaniu się do następnej klasy na tzw. "warunku", ale poradziłam sobie, pomimo wszystko.
Po raz kolejny udało mi się wyjechać w góry dzięki hojności naszego proboszcza i to była kolejna lekcja życia, którą wspominam z zapartym tchem i uśmiechem na ustach. 
Różaniec do granic... To dopiero była inicjatywa! Wzięłam w niej udział, bo bardzo wierzę, że w "kupie siła" i naprawdę wzruszające były te dwie godziny modlitwy w takim zacnym i dość sporym gronie osób z najróżniejszych części Polski.
25 października rozpoczęły się Misje Parafialne w pobliskiej miejscowości i to one były najbardziej przełomowym momentem tego roku.
A może nawet całego dotychczasowego życia. Czuję, że może brzmieć to górnolotnie, ale czuję także, iż uratowały mnie one z sideł lekkiego stadium depresji. Nigdy nikt mi jej nie udowodnił, nie mam żadnych papierów, a terapię zakończyłam po czterech miesiącach, ale wiem i pamiętam, że byłam w niezłym bagnie; nie potrafiąc przez wiele miesięcy znaleźć jakiejkolwiek alternatywy dla tej kłębiącej się w całym moim ciele (począwszy od umysłu, a skończywszy na bólu odczuwalnym fizycznie) beznadziei, żadnego punktu zaczepienia, nie potrafiłam dostrzec, by z którejkolwiek strony ktokolwiek rzucał w moją stronę koło ratunkowe.  Wyciągnął mnie z tego gówna sam Bóg. Przysięgam. Ja już nie wierzę, ja mam pewność. Gigantyczne zaufanie Miłosierdziu Najwyższego. To jest moje świadectwo, które kiedyś rozbuduję, ale dziś z ręką na sercu przyznaję, że wpadłam w uzależnienie, które sprawia mi wiele radości, a tkwiłam w czymś niezwykle toksycznym. Jest we mnie niepohamowana żądza dzielenia się z innymi nadzieją, Dobrą Nowiną i Bożym Miłosierdziem. Bóg posłał przede mnie ludzi, którzy doprowadzili mnie do względnej normalności. Chwała Panu na wieki wieków i jeszcze dłużej.  

A jak wasze święta? Podsumowanie roku? Dobrze było/jest?

Ufam, że przeżyliście te trzy dni w spokoju, ciesząc się z rodzinnych spotkań i robiąc wszystko co dobre na chwałę Pana Jezusa Chrystusa, bo przecież gdyby nie On... Chyba zdajecie sobie sprawę.
Piszę dziś, ponieważ jutro wyjeżdżam. Znikam do Szwajcarii. Aż do drugiego stycznia. Moja wdzięczność nie zna granic. Bóg jest wielki, skoro uważa, że zasłużyłam na taki prezent. Niesamowite, ile cudów potrafi zdziałać pójście Jego Drogą. Polecam... polecam.

Niech rok 2018 przyniesie obfite plony. Amen!

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 17 grudnia 2017

Młodzi żołnierze.

"Gdybym miał napisać, jak wygląda świat bez Ciebie,
 po prostu zostawiłbym pustą stronę."

"Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: Broń na ramię!"


Cześć i czołem.

Piątek (15.12) był ciężkim dniem. Pełnym ogromu samozaparcia i ciągłego powtarzania w myślach: dasz radę, kurwa, dasz radę. Celowo to przekleństwo, bo takie też były warunki. Szczere aż do bólu... dosłownie do bólu. Nikt się z nami nie "pierdolił w tańcu". Młodzi wojownicy. Walczyliśmy z samymi sobą.
Chyba najbardziej w wojsku człowiek musi mieć silną psychikę. Mieliśmy zajęcia taktyczne, przy jednym stopniu Celsjusza, ziemia twarda jak cholera i ciągle: wróg z prawej, wróg z lewej, z przodu. I padaliśmy na ziemię, na kolano, przygotowując się do ewentualnego ostrzału. Byliśmy w ciągłej gotowości.
W rękach broń, która dodatkowo nie ułatwiała sprawy.
No i trochę obiłam sobie moje młode kolana. Ale co by nie było, trzeba pokazać jaką to się nie jest twardą babą i powiedzieć: ależ skądże, nic mnie nie boli, dam radę przeczołgać się trzydzieści metrów z bronią w rękach i kolczatką nad głową.

Udało się, ale na końcu zdychałam. To nie było umieranie.
To była męczarnia. Taka katorga dla umysłu, że nie potrafię nawet tych uczuć ująć w jakieś "poetyckie sformułowanie". Moja kondycja nie jest powalająca, ale to nie byłoby aż takie złe, gdyby nie ten przeszywający całą nogę ból. Łzy w oczach, wściekłość, absolutny brak entuzjazmu, chęć powrotu do domu. Tak było. Aż mi się literki w tym momencie zamazują, bo oczywiście nie czuję się słaba, ale nachodzą mnie myśli, że to naprawdę nie jest dla mnie i prawdopodobnie zajmuję miejsce komuś, kto ma wewnętrzne pragnienie bycia żołnierzem.

Nie wiem, jakbym przetrwała, gdyby nie nasz nauczyciel. Pan Przemysław (nie chcę tu po nazwisku, z wiadomych powodów) to człowiek o którym od początku pierwszej klasy nie usłyszałam złego słowa. Zawsze... zawsze (!) obijają mi się o uszy wyłącznie słowa uznania kierowane w stronę jego osoby. Młodzież, moi koledzy, mówią: "Świetny gość", "genialny nauczyciel", "jest dla mnie jak ojciec", "bardzo mi pomógł/pomaga". I mnie to tak kurewsko ściska za gardło, wzrusza, porusza. Jestem niezwykle dumna, że poznałam kogoś takiego, kto sprawia, że ci młodzi ludzie widzą w życiu sens, czekają na lekcje samoobrony,
na rozmowę z nim, wyczekują piątku nie tylko z powodu chęci pójścia na weekend do domu, ale dlatego, że będą mogli się spotkać z tym człowiekiem, posłuchać czegoś dobrego i wynieść z tych słów jak najwięcej dla siebie i innych.

Rozmawialiśmy ze sobą w piątek o tym, że myśli on o odejściu z funkcji bycia nauczycielem właśnie tego przedmiotu. Argumentuje to tym, że jak na klasę wojskową przystało, przydałby się nam profesjonalista w tej dziedzinie, a on bardziej specjalizuje się w policyjnej sferze i uważa, że jest za łagodny. A moim skromnym zdaniem powinien zostać, ponieważ mamy naprawdę tak wiele wyjazdów do jednostek wojskowych, żołnierze przyjeżdżają również do naszej szkoły, więc styczność z owymi profesjonalistami jest bardzo częsta i bezpośrednia. Czujemy ogólnie przyjęty w tym fachu "rygor" (co idealnie i najbardziej pokazują nam podczas szkoleń bojowych), a później wracamy do szkoły, na lekcje do pana Przemysława i możemy poczuć bijące na kilometr człowieczeństwo oraz jego wolność osobistą.
Zawsze mnie tak dogłębnie dotykają często powtarzane przez niego słowa: Jestem wolnym człowiekiem. Wow! Jakie to musi być przepiękne, gdy dochodzisz do takiego momentu w życiu, kiedy czujesz się na tyle szczery wobec siebie i wolny, by móc dzielić się tymi wspaniałościami z innymi.
Przychodzą takie chwile, kiedy mam dość. Tego munduru, tego profilu, tej przygody, która miała być otwarciem oczu na to, czego nigdy dotąd nie mogłam na własnej skórze doświadczyć. I wtedy jestem bombardowana pytaniami:
W takim razie dlaczego tu przyszłaś/dlaczego tu jesteś? Albo zarzutami: Przecież sama wybrałaś taką szkołę. To prawda, sama rzuciłam się w na głęboką wodę rozszerzonej historii i biegania w najróżniejszych warunkach pogodowych z gnatem w ręku na poligonach. I, broń Boże, nie żałuję. A dlaczego? Choćby ze względu na nauczyciela o którym wspomniałam w poprzedniej części wpisu.
Nie zrezygnowałam (choć byłam na dnie i w kompletnej rozsypce), bo poznałam niesamowitą polonistkę, z krwi i kości, która jest dla mnie wielkim oparciem i ogromną motywacją, by pogłębiać pasję, jaką jest nasz ojczysty język i wszystko co z nim związane.
Wciąż jestem w tej szkole, ponieważ trafiłam na genialną klasę, z którą przez ROK przeszłam tak wiele, że nie zamieniłabym ich na nikogo innego. Pokazali mi, że nie ma rzeczy niemożliwych, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, a nawet największe i najgłupsze błędy młodości można zamienić na coś dobrego i wyjść na prostą. Zdam maturę i wyjdę z tej szkoły z wdzięcznością. Za każdy krzyk i za każdy uśmiech.

Bardzo wierzę, że w życiu wszystko jest "po coś". Gdyby te trzy lata nie miałyby dać mi jakichś lekcji, to by mi ich nie dały. A dają. I chwała Panu za to, że mnie w takim miejscu postawił.

Zdjęcia były robione 24 listopada przez naszą koordynatorkę w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, podczas nieco spokojniejszych zajęć. 

Do następnego.

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł