czwartek, 9 listopada 2017

Nasi nieprzyjaciele.

"Czasem krok, którego się boisz jest tym,
 który cię wyzwoli."

"Zawołałem z ucisku do Pana, Pan mnie wysłuchał i wywiódł na wolność. Pan jest ze mną, nie lękam się."
 PS 118, 5-6a

Dobry wieczór.

Od zawsze obierałam taktykę "oko za oko, ząb za ząb" w konfrontacji z nieprzyjemnościami, jakimi obdarzają mnie bliźni. Gdybym nie była od zawsze chrześcijanką, mogłabym rzec, że wybierałam taką postawę zanim poznałam nauki, którymi dzielił się z innymi Chrystus. Jednak jestem w takiej, a nie innej sytuacji, dlatego napiszę to w taki sposób:
Kiedy zaczęłam prawdziwie żyć przykazaniem miłości, dopiero zrozumiałam, jak należy postępować.

Miłość jest odpowiedzią na wszystko. Niezaprzeczalnie. Ufam, że nie ja jestem od weryfikowania komu należy się kop w tyłek, a komu wręcz przeciwnie. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć kwestii nastawiania drugiego policzka. Ktoś daje mi w gębę, a ja mam podejść jeszcze bliżej i przyjąć kolejny cios? Skądże. Ten drugi policzek to swego rodzaju tarcza i moja wewnętrzna pokora. Chcesz? Wal, a ja w zamian się do ciebie uśmiechnę. Chodzi o to, by się nie bać wybaczać. By spokojnie przyjąć czyjąś nienawiść wobec nas. Najwyraźniej ktoś ma powody. Jeśli nie potrafimy ich zrozumieć, nic nie szkodzi. Nie warto tracić czasu na zastanawianie się nad tym. Bywa i tak, że nie mamy z czego się tłumaczyć, a problem pozostaje w postrzeganiu nas przez bliźniego.
Mamy tylko dwa policzki. Nie dopuśćmy do trzeciego razu. Odejdźmy. Pomódlmy się. Dajmy działać Bogu.
Ostatnimi czasy spotkało mnie tak wiele dobra od ludzi, którzy idą drogą Jezusa, że tak naprawdę nawet nie mam zamiaru dopuszczać do tego, by ktoś mnie wgniótł w ziemię. Za długo na niej leżałam.

Wiem, że życie jest związane z byciem w relacji z innymi, ale co to za relacje, które tylko nas upadlają, nie podnoszą naszej samooceny, nie czynią go (życia) lepszym? W takim wypadku wolę iść sama. Wiem, że Ojciec czuwa i ma tak piękny plan na przyszłość, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czuwać i rozkoszować się tym, co mam teraz. Doceniać najskromniejsze aspekty, najcichsze sytuacje. Stanąć nieraz z tyłu i przyglądać się tłumowi, a nie z klapkami na oczach podążać za nim w nieznane.


"A miało być tak pięknie 
Miało nie wiać w oczy nam 
I ociekać szczęściem 
Miało być "sto lat! sto lat!""

Przepraszam, że to co napisałam może wydawać się bazgrołami, ale tak się kończy przekazywanie tego, co czuję.

Pokój i dobro! Trzymajcie się.

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 28 października 2017

To nadal JA.

"To niesamowite jak głośny dźwięk ciszy może nieubłaganie na ciebie krzyczeć, przypominając, że jesteś zdany na samego siebie."

"Ja mam być ukrzyżowany dla świata, a nie mam tego świata krzyżować."

Cześć.

Tau, jeden z bardzo ważnych dla mnie muzyków powiedział niedawno w reportażu dla Dzień Dobry TVN: "Środowisko patrzy na mnie z przymrużeniem oka, ale jednocześnie z respektem. Mówią: ten gość ma flow, ma muzykę, warsztat, super teledyski, grafikę. No wszystko się u niego zgadza, tylko ten Bóg! Czemu ten Bóg?! O co mu chodzi z tym Bogiem?"

Ostatnimi czasy doświadczam czegoś podobnego. Według ludzi mam talent, ale - jak w przypadku Piotra - za dużo dla nich w moich tekstach Boga. I na początku byłam troszkę podłamana. "Ludzie nie czytają, bo jest tam On." - usłyszałam. Ale to właśnie On mnie uratował. I ratuje. Każdego dnia. Nam się wydaje, że jesteśmy w stanie samotnie prześlizgnąć się przez życie i może przy okazji osiągnąć coś ciekawego, wielkiego, co poruszy innych. To bzdura! Serio. Wielokrotnie krzyczałam ze łzami w oczach na Boga, że to życie jest niesamowicie niesprawiedliwe. Nieprawda. Jest niesprawiedliwe, gdy nie prosimy o pomoc Najwyższego. Ja prosiłam przez ponad rok o to, by wreszcie w tym moim nastoletnim życiu wydarzyło się coś ponad to, co było już znane i zaczynało swą monotonią bardzo mnie przygniatać. Prawie zabiła mnie tęsknota. Teraz zastanawiam się, za kim właściwie tak bardzo ujadałam. Za uczuciem, którym obdarzała mnie ta konkretna osoba, czy za Miłością Jezusa Chrystusa. Nie, inaczej! Tęskniłam za swoją wewnętrzną pewnością co do Jego mocy, która zawsze jest w stanie uratować upadłego człowieka. Tak długo chodziłam z wyciągniętą dłonią ku Jezusowi, że w końcu mi ją podał. Myślę jednak, że przez cały ten czas trzymał mnie za nią, ale czekał na ten wyjątkowy moment, w którym JA uwierzyłam, że to wszystko jest Prawdą.

Wiecie co? Jestem dogłębnie wzruszona, bo naprawdę dawno nie było we mnie tak ogromnej radości i pewnego rodzaju ulgi. Wiem, że jeszcze nie raz dostanę po gębie, ale odkąd poczułam dotyk Chrystusa i uświadomiłam sobie, że On zawsze jest gotowy na podanie mi Swej dłoni, czuję się jakby silniejsza w zwalczaniu zła, które z każdej strony próbuje mnie dopaść.
https://www.youtube.com/watch?v=uyKBhhkJ7WQ

"Wierzę? Tak wierzę, w życie wieczne,
 w życie piękne, życie we śnie
W życie niepojęte, w życie w Niebie, w życie wierzę
W życiu nie marzyłem, że otrzymam światło drugi raz
Ale mam je, dał mi je Pan, mów mi Tau"

Pewnie się powtarzam z niektórymi utworami, ale Tau jest tak cholernie wyjątkowym artystą, że mogłabym cytować jego teksty zawsze i wszędzie.
I chciałabym, by każdy choć raz zechciał skonfrontować się z tym, co tworzy. Za dwa tygodnie będę na jego koncercie. Ostatni raz na biletowanej imprezie byłam cztery lata temu. Dlatego tak bardzo się cieszę. No i przede wszystkim także ze względu na to, że to będzie kolejny genialny moment, by poczuć jak pięknie działa Pan w naszym życiu!

Trzymajcie się. Chyba znowu zacznę tu wpadać. Choćby dla samej siebie i tworzenia wspomnień. Kiedyś bardzo zależało mi na wyświetleniach, na tym, by jak najwięcej osób zajrzało tu dla samego zajrzenia, czasami nawet nic nie czytając, bylebym widziała te nic nieznaczące cyferki, które wzrastały. Dziś piszę, bo to pasja i nie mogę jej ot tak zatracić. A po drugie... Piszę, bo taka jest misja chrześcijan - ewangelizować. Czy Jezusa pragnął każdy przyjąć do swego serca? Nie. A On nadal robił swoje. To jest to.

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 8 października 2017

Na granicy.

"Jeszcze Cię kocham. Próbowałam przestać, ale zabić miłość jest trudniej niż człowieka. Wystarczy jedno uderzenie, żeby umrzeć, a miłość zdycha latami, męczy się, boli."

"Nieważne, ile dni w twoim życiu, ważne ile życia w twoich dniach."

Czołem!

"Różaniec do granic"... Przede wszystkim dla mnie te granice nie były polami walki, a różańce zamiennikami karabinów. Skądże! Szukałam w tym wszystkim sensu. I znalazłam go w ludziach. W ogromnej ilości Bożych dzieci, które zechciały poświęcić swoje cenne dwie godziny na modlitwę - prosiliśmy, dziękowaliśmy, przepraszaliśmy. Niejednokrotnie widziałam ogromne skupienie i głęboką zadumę na twarzy moich sióstr i braci. W ręku trzymały tę niezniszczalną tarczę dzieciaki, młodzież, dorośli i osoby w podeszłym wieku. Od koloru do wyboru. W kwestii ludzi i różańców. Niesamowita inicjatywa! Było zimno, wiał wiatr, padał deszcz, a my staliśmy jak wryci i stanowczym głosem wołaliśmy do naszej Matki, by miała w swej opiece nas, nasze rodziny, naszą ojczyznę. Modliliśmy się o POKÓJ. Dlatego nie podoba mi się nazywanie tego wydarzenia walką ze złem, a już na pewno nie walką z "falą Islamu, która zalewa Europę". Różaniec to nie broń. To tarcza. Nasze oparcie w trudnych chwilach.
Nie czułam się znudzona. Kiedy nie mogłam się skupić, przyglądałam się innym
i myślałam, że skoro oni dają radę, to i ja jestem w stanie. Dotrwałam do końca. Chwała Panu! Taka przygoda wwierciła się w moją duszę i niech tak zostanie. Byle się nie poddawać i trwać w modlitwie. Nie tylko jednorazowo przy okazji podobnych wydarzeń.
Ten dzień był dla mnie także totalnym wyjściem z tzw. "strefy komfortu" w której czuję się najlepiej. I bardzo się bałam. A jednak dałam radę. Choć cały autobus to były osoby starsze ode mnie o przynajmniej czterdzieści lat (z małymi wyjątkami). Słuchawki w uszy i jazda autobusem zleciała. Przy okazji postoju w drodze powrotnej spotkałam księdza, który uczył nas w ubiegłym roku. Ależ to było miłe! Poznałam go od razu. Zagadałam. Rozmawialiśmy chwilę. Serce się raduje podczas takich sytuacji. Świetny gość.

Taka mała rada... Nie milczcie. Poważnie. Możecie nawet na siebie nakrzyczeć najgłośniej jak potraficie. Ale przynajmniej wyrzucicie wszystkie te kumulujące się w was emocje. Bo cisza zabija. Naprawdę zabija. Niewyjaśnione sprawy są okropne. Jesteście tykającą bombą, która tak często przez ten brak kontaktu bierze całą winę na swoje barki. I powoli znika...
Nie dajcie innym zniknąć.

https://www.youtube.com/watch?v=_R21nhwyjGA


"W jakim będę stanie kiedy zacznie się odliczanie, Panie?"

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 2 października 2017

Za wszelką cenę.

"Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się zemdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką ani nogą, ani nawet przekręcić głowy na poduszce."

 "One good thing about music: when it hits you, you feel no pain."

Hej.

Chciałabym umrzeć ze słuchawkami w uszach lub na nich. Muzyka to największe dobro tego świata. Jestem tak niesamowicie i bezgranicznie wdzięczna twórcom, którzy przelali swoje myśli, swoją pasję, całych siebie dla trzy/czterominutowych kawałków potrafiących zrobić z człowiekiem niewyobrażalne rzeczy. Doprowadzić do łez, wyprowadzić z okropnych myśli, odciągnąć od tego zawistnego świata.
Notatki z 29 września 2015 roku:
"Nie wiem, co z tym bierzmowaniem. Bo ja go nie kocham. Nie chcę mu się oddawać. Nie chcę, by był u mnie na pierwszym miejscu. To się nie wydarzy. Nie da się kochać jakiegoś ludzkiego wymysłu. Nie widziałam, nie słyszałam, nie miałam możliwości dotknięcia, dialogi, jakiejkolwiek interakcji, więc jak mogę go kochać? No kurwa, nie mogę."
Ha! A jednak się da. To właśnie bierzmowanie, wobec którego byłam tak niezwykle niepewna było przełomowym momentem w mojej wierze. Wiara w bezgraniczną miłość Boga jest dla mnie tak ogromną nadzieją, że sama czasem nie mogę tego pojąć. A może wcale nie trzeba tu niczego pojmować? Wystarczy w tym trwać. Wielokrotnie powtarzam, że ludziom ufającym Panu wcale nie jest prościej w życiu. Drogi do Królestwa Niebieskiego są kręte, usłane kamieniami (są czasami fragmenty płatków róż, jednak bardzo szybko potrafią zostać rozwiane), niejednokrotnie się nam obrywa, ale idziemy dalej. I choć czasem nie widzę w tym sensu, nadal kroczę Jego ścieżkami. Tyle razy "przejechałam się" na ludziach, że wolę wierzyć w dobro Boga. I od Niego potrafię się odwrócić, ale najbardziej zaskakujący i wzruszający jest fakt, że On nigdy nie zrobi tego wobec nas. Poważnie! Dlatego zawsze wracam. Zawsze. Ziemskie relacje są nietrwałe (może poza wyjątkowymi małżeństwami), z Nim jest inaczej. To mnie tak bardzo intryguje i pociąga. To kocham.
Szczerze? Nawet jak cała nasza chrześcijańska wiara u kresu życia okaże się totalną bujdą, to postaram się, by nawet przez sekundę nie przemknęła mi myśl: żałuję. Bo póki co nie żałuję. I nie chciałabym. Wiara trzyma mnie przy życiu. Amen.
"Życie jest tylko przechodnim półcieniem, 
Nędznym aktorem, który swą rolę 
Przez parę godzin wygrawszy na scenie 
W nicość przepada - powieścią idioty, 
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą."

Powoli kończymy oglądanie czterogodzinnego przedstawienia losów szekspirowskiego dramatu pt. "Hamlet" i jestem doprawdy zachwycona tym,
co dane mi było dotychczas zobaczyć i usłyszeć. Sztuka godna oklasków aż do utraty czucia w dłoniach. Poważnie. Nie tylko ujęła mnie fabuła, ale tamtejszy język i to w jak fenomenalny sposób w swe role wczuli się aktorzy. Coś przecudownego. 

https://www.youtube.com/watch?v=J9gKyRmic20

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 23 września 2017

Obłęd.

"I to jest samotność: że wszystkich chuj interesuje, co się z tobą tak naprawdę dzieje. Jesteś, jest w porządku, nie ma cię, też jest w porządku. Samotność jest wtedy, jak wychodzisz z roboty, bo w końcu musisz wyjść i zastanawiasz się, w którym kierunku iść. (…) nie wiesz gdzie, wszędzie tak samo dobry kierunek. Bo wszędzie tak samo chuj cię czeka."

Cześć.

Jestem już, jestem. Nie działo się nic, o czym chciałabym wam napisać, stąd ta dłuższa przerwa. Poza tym... Autentycznie skupiam się teraz na szkole, nawet jeśli mam wobec tego całego systemu edukacji zupełnie swoje zdanie.

Omówiliśmy wszystkie dziewiętnaście Trenów Jana Kochanowskiego i muszę przyznać, ze jego twórczość naprawdę mnie zaintrygowała. O ile w gimnazjum jakoś szczególnie mocno nie poruszyły mnie te wiersze, tak teraz, gdy każdy wers był przez nas ściśle omawiany i analizowany, niezwykle mnie poruszyła historia tego człowieka. Niektórzy powtarzali, że ciągle mowa jest jedynie o cierpiącym ojcu, który - ujmując to delikatnie - zaczyna świrować. Ale w tym szaleństwie było coś niepowtarzalnego i niezwykłego. Każdy Tren to była walka Kochanowskiego z Kochanowskim i to mnie tak bardzo dotknęło. Niesamowity obraz człowieka niepotrafiącego poradzić sobie z utratą tak bliskiej osóbki.

Teraz nasze rozważania skierowaliśmy wokół Lady Makbet, która wydawała się silną i niezależną kobietą, żądną krwi, a jak się okazało miała głęboko w sobie zakorzenione poczucie winy i bardzo wrażliwe sumienie, co również - jak w przypadku Jana - doprowadziło ją do obłędu, z którego nie mogła się otrząsnąć.
Wisienką na torcie tych lekcji jest prowadząca je nasza polonistka, której sposób mówienia, podejście do tematów i do nas jest przecudowne. Autentycznie się rozpływam, gdy siedzę w klasie i się w nią wpatruję oraz wsłuchuję. Zaraża pasją do swojego zawodu. Tzn. pokazuje mi, że można kochać to za co dostajemy miesięczne wynagrodzenie. Niebywała sprawa!

Niedawno trafiłam na pewien konkurs literacki. Wzięłam udział. Miałam wizję
i zrealizowałam ją, przelewając na papier wszystko co najlepsze. Wyszło naprawdę dobrze. Nie nastawiam się na nic, bo wiem, że nie jest to konkurs dla amatorów i prawdopodobnie nie mam najmniejszych szans, ale to nic! Trzeba działać. Jestem bardzo dumna, dlatego że to mój pierwszy raz, gdy wysłałam gdziekolwiek te bazgroły. Co ma być, to będzie. 

Jako szkoła z profilem wojskowym zakwalifikowaliśmy się do pewnego programu, który przewiduje raz w miesiącu wyjazdy szkoleniowe do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu i muszę przyznać, że to ogromna dawka nauki dla tych, którzy chcieliby faktycznie wiązać przyszłość z mundurem. Dla mnie to niesamowita przygoda, bo mogę od wewnątrz zobaczyć, czym tak naprawdę jest wojsko - konkretne zasady, czasem krzyk, pełna powaga, niemarudzenie nawet, gdy jest ciężko. Te zajęcia uczą mnie pokory. Robię swoje. Jest nad czym myśleć po takich dniach.


"(...) Zakochujesz się w jakimś miejscu, tak na zabój.
I musisz z niego odejść. Potem już boisz się kochać na zabój, bo boli."

Och, o. Kramer jak zwykle w punkt... Może jutro odnośnie tych słów wyskrobię jakieś dłuższe refleksje.

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 5 września 2017

Za żadne skarby.

"But seriously, when someone says: "Hey, you should listen to this song,
I think you'll really like it!" You totally should. Because even if you don't like it, the song means something to them, and they care enough to share it with you."

Cześć i czołem!

Znowu powrót do starego laptopa i to niezręczne uczucie, gdy nie możesz połapać się w sposobie ułożenia klawiszy, bo jest o pół mniejszy niż ten, który był twoim zastępczym. Wiem, problemy trzeciego świata tak bardzo. 

Ta pustka podczas kończenia - i przy zakończeniu - książki jest nie do opisania. Boże! Jak to boli... Chciałbyś móc zostać w tamtym świecie na wieki wieków.
Chcę stworzyć swoją historię na niekoniecznie kilkuset kartkach, niech będzie ich choćby sto, ale jeśli ktoś dzięki temu, co przelałam na papier mógłby nabrać nadziei, że życie ma sens.... No wiecie, poprzez pisanie, śpiew, malowanie, cokolwiek innego, można wyrazić wszystkie swoje najgłębiej skrywane emocje.
To są formy przekazu tego, co tkwi nam w umyśle, które niesamowicie mnie poruszają. To jest coś tak niewyobrażalnie pięknego! I mogę mieć w tym swój udział. W tym, że ktoś kiedyś po przeczytaniu moich bazgrołów - do których wyjątkowo mocno się przyłożę - także poczuje tę chwilową, nieprzyjemną pustkę po czymś, co wydawało się takie trwałe i tak doskonałe. To jednak nie lada wyzwanie, więc się nie śpieszę. Wielokrotnie słyszę: zacznij już, pisz, no dalej!
A ja zawsze spokojnie odpowiadam: okej, okej, wszystko w swoim czasie. I wierzę, że ten czas nadejdzie. Naprawdę. Nie muszę robić niczego na siłę. Na już. Tu i teraz. Bo to mogłoby być, po prostu, byle jakie. A byle jakie rzeczy nie poruszają. Po czymś, co zrobione zostało pod presją ludzi czy czasu, bez pasji, zapału i radości nie pozostawi w odbiorcy tej myśli, że chciałby więcej, że to było takie dobre, że mógłby w tej wspaniałości utonąć. Teraz wiele osób pisze dla samego pisania. Bo to modne. Bo ludziom można wetknąć pod nos niemal wszystko, co zostanie w idealny sposób nagłośnione. Nie chcę w tym uczestniczyć. Niech moja książka... Niech te przelane myśli, ta niepewność wobec słuszności pisania, wszystkie emocje towarzyszące tworzeniu trwają pół mojego życia, ale ostatecznie będę dzięki temu rzeczywiście szczerze spełniona i szczęśliwa, niż bym miała to robić, bo ktoś powiedział, że tak należało postąpić zważając przy tym na fakt posiadania przeze mnie "talentu". Jednak ten "talent" to nie wszystko. Uwierzcie.
Wróciłam ze szkoły i już wyczuwam te wszystkie nieprzyjemności, jakie będą towarzyszyły mi w tym roku. Wstawanie po piątej, nieprzerwane "ogarnianie tematów" przez osiem godzin, powrót o szesnastej. I tak codziennie. C o d z i e n n i e. Piątek nam odpuścili. Chwała Panu i dyrektorowi! Mogę pospać nawet do dziewiątej i wrócić o piętnastej. Wychowawcza i dwie godziny przysposobienia wojskowego. Czyli zaczyna się życie... byle do piątku. Chyba że jakimś cudem odnajdę w sobie pasję do nauki tego, co póki co - w samej teorii - wydaje się nie do pojęcia, gdy pomyślę, że chciałabym mieć także chwilę dla siebie czy dla was - na tej stronie. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Obym nie wykitowała za szybko. Będę nad tą kruchą siłą woli do życia pracowała. Z profesjonalistą w dziedzinie składania ludzi do przysłowiowej "kupy". Muszę przetrwać.

"Głębia Challengera" - polecam wam, bo skończyłam ją w trzy/cztery dni. Ponad trzysta stron walki bohatera z samym sobą. Z jego umysłem. W głównej mierze toczył bój na pograniczu rzeczywistości i marzeń, a raczej urojeń, bo wszystko powoli zaczęło mieszać mu się na tyle mocno, że nie mógł nad tym zapanować, bliscy go nie poznawali i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Coś niesamowitego. Bo autor zaczerpnął pomysł na książkę od własnego dziecka. Znał z autopsji to, co dla nas - podczas czytania - wydawało się w wielu momentach fenomenalną fikcją literacką. To książka dzięki której poznajemy świat - najprawdopodobniej schizofrenii - od najbardziej szczerej i wewnętrznej strony.

Och, ile bym dała, by móc zanurzyć się w jeszcze jednej podobnej lekturze, a nie tych książkach, które czekają mnie w roku szkolnym... Bardzo nad tym ubolewam.

Trzymajcie się! I... nie dajcie innym. Za żadne skarby.

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 1 września 2017

Życie ma plan.

"Życie ma dla ciebie plan. Życie chce dla ciebie dobrze. Więc nawet jeśli jesteś teraz w depresji, to jest to coś dobrego. Weź ten czas, wykorzystaj go. Życie na ciebie zaczeka. I kiedy będziesz gotowy na życie, życie będzie gotowe na ciebie."

Hej!

No i mamy go - wrzesień... Nie, jeszcze nie do końca dociera do mnie ten fakt. Że to już. Naprawdę już. Nie ma zatrzymania się w czasie. Odwrotu. Jest tylko tu i teraz. I byle do przodu.

Wczoraj minęły dokładnie dwa lata od spotkania z osobą poznaną w czeluściach internetowego świata. Kontakt co prawda nie jest aż tak silny jak na początku, ale chyba tak jest z każdą znajomością. Coś po drodze się zadzieje i wszystko, co było przez jakiś czas nieskazitelnym pięknem, dziś jest tylko dobre. I nie mam za złe Bogu, że akurat w taki sposób pokierował tą relacją. Jestem za nią niezmiernie wdzięczna i duma mnie rozpiera, bo to wspomnienia na całe życie. Niepojęte uczucia tobą szargają, gdy masz świadomość, że się udało. Po takim czasie. Już wtedy mogło się "zepsuć", ale mimo kryzysów - przetrwałyśmy. Ja się w tym człowieku zakochałam. W tym poświęceniu. W tej jej chęci pokonania tak wielu kilometrów wyłącznie dla mnie. Wtedy naprawdę poczułam się ważna. To mnie w tym wszystkim najbardziej wzrusza. Zrobić tak wiele dla jednej osoby. Zawsze miło wrócić pamięcią do tamtych chwil. Było wspaniale.

W niedzielę przejechałam z moimi zajebiście dobrymi koleżankami dziewiętnaście kilometrów, a w środę podbiłyśmy ten wynik i ukochana aplikacja, co się zwie Endomondo pokazała, uwaga, uwaga... Czterdzieści pięknych kilometrów. Rzeczywiście owa trasa miała w sobie urok. To nie to samo, co trzykrotne wrócenie się do sklepu oddalonego o pięćset metrów, bo mama zwróciła ci uwagę, żeś zapomniał tego i tamtego. Rozumiecie? Ból czterech liter niemiłosiernie dawał o sobie znać. Nogi nie bolały. Moje pewnie były przyzwyczajone dzięki górskim wędrówkom. I chwała im za to! Co prawda dopiero pod koniec wakacji porządnie ruszyłam się ze znajomymi, by spędzić z nimi więcej czasu, ale lepiej późno niż... sami wiecie.

Co by nie było, że jestem szalonym i rządnym przygód człowiekiem...
Od dłuższego czasu interesowałam się osobą pana Roberta Rutkowskiego - psychoterapeuty, dla którego temat narkotyków jest szczególnie bliski. Po wywiadach u Łukasza Jakóbiaka postanowiłam wreszcie zakupić jego książkę "Oswoić narkomana", która również jest wywiadem (tym razem z Ireną A. Stanisławską), tyle że spisanym i takim - w moim przypadku - na dwa dni, a nie dwie godziny.
Nienawidzę tego uczucia pustki, które towarzyszy mi, gdy skończę coś, co dogłębnie mnie pochłonęło. Książka ta jest fenomenalnym świadectwem człowieka - w tym przypadku - pochłoniętego przez świat zakazanych, przebrzydle chytrych i przebiegłych substancji. Bagno o jakim się nam nie śniło. I którego nawet ta książka, to świadectwo, ten człowiek... nie są w stanie stuprocentowo prawdziwie przekazać. Po prostu się nie da. Można sobie wiele wyobrażać, ale to nigdy nie będzie tym samym uczuciem, co autentyczne przeżycie danej sytuacji. Ale wolałabym, by nikt z nas nie musiał tego doświadczać. Tego, co na początku wydawało się idealnym przysmakiem na głód akceptacji, poczucia bezpieczeństwa, pełnego wyluzowania, a po miesiącach, a wręcz dopiero latach... okazało się otchłanią, w którą wpatrywaliśmy się na tyle długo, że sama zaczęła na nas spoglądać (nawiązując do pełnego cytatu Fryderyka Nietzschego - "Jeżeli długo patrzysz się w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć się na ciebie".).
Dołączyłam niedawno do pewnej grupy na Facebooku, na której akurat wczoraj pojawił się post odnośnie książek, których bohaterowie mają problemy z psychiką. I trafiłam na kilka komentarzy z tytułem "Głębia Challengera" - Neal Shuterman. Zachęcił mnie opis, opinie, fakt jak wiele osób ją polecało. A że miałam w planach wybranie się do centrum, wstąpiłam do Empiku i... wykupiłam ostatnią sztukę. Fart, nie?! Dobrze się ją czyta, choć jest dość, powiedziałabym "zagmatwana". Ma w sobie wiele z gatunku fantastyki, trzeba wszystko dokładnie analizować i wyobrażać w głowie. Twardo stąpam po ziemi, ale od czasu do czasu nie zaszkodzi sięgnąć myślami do świata marzeń i wyobrażeń autora. Więc czytam. Dam znać, co i jak, gdy skończę.
Luźny wpis dziś, mam nadzieję, że choćby jednej osobie zechciało się przeczytać te bazgroły do końca. Dzięki!

~~Zbuntowany Anioł