czwartek, 9 kwietnia 2015

''Krocząc ku wolności''.

Hej!

Opowiadanie na lekcje języka polskiego.


   ‘’Miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam i ociekać szczęściem. Miało być sto lat, sto lat’’. Co poszło wtedy nie tak? Gdzie popełniliśmy błąd? W którym miejscu, o której godzinie?
Boże, za jakie grzechy to wszystko się stało? To tylko kilka pytań spośród tysiąca innych towarzyszących nam w tamtym czasie i pozostawionych w głowach do dzisiaj.
   Za górami, za lasami… nie! To nie początek bajki, a horroru.
Bo widzicie, moi drodzy, czterdzieści lat temu sprawy miały się zupełnie inaczej…
   Stałem niczym przydrożny słup, spoglądając na otaczająca mnie rzeczywistość i, nie mogąc pojąć tej nadzwyczaj ludzkiej nienawiści, poczułem, że ktoś klepnął mnie w ramię i odwróciwszy się dostałem do ręki… broń. Rozumiesz to, człowieku? Ja, dość skromny, a przy tym niezwykle ułomny, młody człowiek trzymałem w dłoni pistolet. Narzędzie, za sprawą którego zabijasz coś lub, co gorsza, kogoś. Boże, w tamtym momencie to było niemożliwe do przyjęcia, czy zrozumienia, a mimo wszystko tak się stało. To wszystko miało miejsce naprawdę. Dziecięca fikcja stała się dojrzałą, męską i patriotyczną prawdą, rzeczywistą walką. W jednej chwili stałem się niewolnikiem całkiem nieznanych mi osób. Byłem jednocześnie więźniem Niemców, a także żołnierzem mych rodaków. Byłem tak nieświadomy całej sytuacji, a tym samym tak bardzo chciałem zmienić jej bieg. Myślałem, że takie rzeczy mają miejsce jedynie w filmach. Miałem wrażenie, jak gdyby ktoś stroił sobie żarty, że może to tylko zabawa, jakaś ukryta kamera. Ale to nie był seans, a ja nie byłem aktorem. Starałem się być sobą. Zachować swój młodzieńczy rozum, szlachetny spokój, ale po prostu nie mogłem. W takich sytuacjach każdy jest panem swojego losu. Chwytając za broń, nie zawsze jest się ‘’czarnym charakterem’’. I tak było w moim przypadku. Czternastolatek z gnatem? Gdzie tam! To nie do pomyślenia… w normalnym, codziennym życiu, a tamten czas nim nie był z pewnością. Wojna to nie sielanka. To nie jest życie. Wojna to wojna. Zło w czystej postaci. I właśnie takie mój młody rozum miał odczucie. Walczyć do ostatniej kropli krwi. Nie dla siebie. To było najmniej ważne. Starałem się w jak największym stopniu pomóc tym, którzy już nie mieli siły czy samozaparcia, by poradzić sobie z wszechogarniającym terrorem.
   Właśnie minął trzeci dzień… chciałem, żeby to był już ten ostatni. Miałem tego wszystkiego dosyć. To było chore. Wszyscy zgłupieli. Dziewczyny sprzedawały swoje ciała szwabom, tylko po to, by przeżyć kolejny dzień. ‘’Bezsens’’ – powtarzałem. To było takie przykre, a jednocześnie tak niesamowicie bezmyślne. Chciałem im coś powiedzieć, chciałem tylko, żeby kobiety się obudziły i zaprzestały tak haniebnych czynów. No i oczywiście, by ci frajerzy przestali uśmiechać się pod nosem i nie dokarmiali więcej tej bluźnierczej pracy. Ale nawet nie próbowałem. Oni byli głusi na słowa wychodzące ciut poza ich ego.
   Szedłem przed siebie i natrafiłem na Kamę – koleżankę z konspiracji. Była piękna. Spojrzałem w jej zielone oczy i powoli wyciągnąłem w jej stronę dłoń… byłem tak blisko, ale nie dałem rady, nie zdążyłem. Czarnowłosa dziewczyna zniknęła w kłębie dymu równie szybko i boleśnie jak połowa mojej ręki. ‘’Szlag!’’ – wykrzyknąłem, ale nie uroniłem łzy. Jeszcze nie przegrałem i nie do tego dążyłem. Zabezpieczając pozostałości po utraconej kończynie w niezmiennym stopniu bólu towarzyszącemu w tamtym momencie próbowałem zebrać się w sobie i dotrzeć jakoś do szpitala. Był niedaleko. Z ledwością szedłem, ale szedłem – o tyle dobrze.
Po drodze jakiś pocisk przeleciał mi przed nosem, dzięki Bogu, nie rozrywając go. Kątem prawego oka widziałem tych, którzy swoją bitwę, niestety, już zakończyli. Drugim okiem śledziłem wybuchające budynki… jeden po drugim. Dym, ogień, krzyk. Realia tamtych czasów. I biegłem dalej przed siebie, nie zapominając o tym, by mieć oczy dookoła głowy i najlepiej szeroko otwarte. Pistolet miałem w spodniach, tak na wszelki  wypadek.
   Ktoś z oddali krzyczał: ‘’cholera jasna’’. To wszystko było dla mnie zupełnie nowe. W mojej rodzinie, szkole, czy środowisku, którym się otaczałem nie było miejsca na coś takiego. Większość znanych mi spraw była pierwowzorem perfekcji. Wśród moich znajomych i bliskich kształtowałem swoją egzystencję i uwierzcie, że nie mieliśmy czasu na tak banalne słowa. Nie było tam najmniejszej luki na obelgi, przekleństwa, przemoc, czy jakiekolwiek inne, długotrwałe zło. Dlatego właśnie tak się dziwiłem.
   Najbardziej brakowało mi rodziców. Gdzie byli? Nie wiem. Odebrano mi ich za szybko, przez co nie zdążyłem usłyszeć dokąd jadą. Tęskniłem, ale nie mogłem się wtedy poddać. Czułem, żeby tego nie chcieli.
   Gdzie w tym wszystkim Bóg? Właśnie… zupełnie o Nim zapomniałem. Nie, nie pisząc, tylko walcząc. Umknęła mi w mroku szatana światłość Boga i było mi z tym okropnie. Poważnie. Odwróciłem się do Niego plecami i goniłem za wygraną, zapominając o Jego pomocy. Ale On nie wypiął się na mnie.
Nie powiedział: ‘’Spadaj’’, tylko: ‘’Kocham Cię’’. I to była ważna sprawa. Chwała Mu za to.
   To miało być trzydniowe spotkanie z wrogiem. A walka trwała już drugi tydzień i końca nie było widać. Obawiałem się, że nigdy nie nadejdzie. Miały być wręczane do rąk kwiaty, a ludzie w zamian dostawali kulkę w łeb. Miał być uśmiech, a na każdym kroku twarze ukazywały potężny smutek.
Miał rozbrzmiewać śpiew ludzi i melodia gitary, ale zamiast tego mieliśmy huki armat, wystrzały, mnóstwo okropnych słów, krzyków i jęków. Miało być zwycięstwo, a toczyła się bezkresna bieganina za niemieckimi idiotami.
   To był chyba pięćdziesiąty dzień, kiedy wyczerpany, nie wiedząc dlaczego zapłakany, bez jednej ręki wszedłem do jakiegoś budynku i naprawdę starając się być cicho… potknąłem się o kamień! W takim momencie. Pobladłem i momentalnie w ustach miałem suszę. Nie miałem szczęścia – usłyszał. Podszedł ostrożnie, nic przy tym nie mówiąc, popatrzył na mnie z pogardą. Wiedziałem, że tak nie można, jednak moja determinacja i adrenalina wyszły naprzeciw rozumowi i spojrzałem mu w oczy.
Nieźle był zmieszany, uciekał wzrokiem, a ja wciąż patrzyłem, patrzyłem i… dostałem w twarz.
To było dość niefortunne, ale natychmiast wstałem i oddałem mu dwukrotnie mocniej. Boże, chcielibyście widzieć minę tego gościa. Poważnie.
   Powstanie powoli dobiegało końca. Sześćdziesiąty czwarty dzień, a w odczuciu wciąż jeszcze żywych – to było jak sześćdziesiąty czwarty… rok. Kolejny raz udałem się do miejsca, w którym moja twarz mogła znów doznać obrażeń. Tym razem wziąłem spluwę do ręki, przyłożyłem do skroni… dłoń trzęsła się niemiłosiernie i łzy ciekły równie niespokojnie. Z niepewnością pociągnąłem za spust i… cisza. Zaciął się. Ten durny pistolet przestał działać. Zabiłem tylu przeciwników, a siebie nie potrafiłem? ‘’To Twoja sprawka?’’ – pomyślałem patrząc w niebo. To było dopiero szalone.
Niedoszły samobójca i jeszcze do chmur gada. Za ten czyn powinienem zgnić w piekle.
Spokojnie, nie za mówienie do Boga. Ale nie trafiłem tam. Bóg nie stoi na czele z szatanem i siłami zła, dlatego moja walka wciąż trwa. Cały czas zmagam się z przeciwnościami losu, ale trzymam się mimo wszystko. Jest dobrze. To znaczy… jest wspaniale. Wolność to najpiękniejsze uczucie jakiego człowiek może doświadczyć. I pomyśleć, że dostaje ją całkiem za darmo, a docenia dopiero po utracie.
Brak niewoli jest ogromną ulgą. Poczułem ją, gdy od dwunastu godzin nie usłyszałem żadnego strzału. Gdy już nie musiałem spać z bronią, mając gdzieś, mimo wszystko, ‘’nieuśpiony’’ zmysł ataku.
   Chciałbym, żebyście zapoznali się z moją historią i przekazywali ją dalej. To ważne, by ludzie zawczasu dowiedzieli się o tym, jak uszanować najcudowniejszy dar jakim jest wolność.
Jestem dumnym Polakiem i dzielę się tą dumą z innymi, by mogli chociażby spróbować wyobrazić sobie to wszystko, co miało rzeczywiste miejsce na tym świecie, w tym kraju. Doceniajcie zawsze i bez względu na wszystko to, co macie, bo sami spójrzcie, jak szybko można to utracić, jak niesamowicie prędko tak ważne sprawy wymykają się spod kontroli. Oby wam nigdy nie umknęły.
I życzę wam, by wasze decyzje, szczególnie te trudne kończyły się na tym, jaką koszulkę macie ubrać, wychodząc na spacer w tym pięknym, wolnym kraju. 

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 4 kwietnia 2015

Wielkanoc.

Cześć i czołem!

Tak niewiele brakuje do 3000 wyświetleń. Jesteście wielcy.
Dziś życzenia i refleksje związane z Triduum Paschalnym.
Może nie są to aż tak wyniosłe święta jak Boże Narodzenie, ale z punktu widzenia wiary są ważniejsze. Chociaż ja bym polemizowała, bo jednak co jest istotniejsze? To, że wydam książkę, czy moje narodziny, które do tego sukcesu doprowadziły?
Ale to już indywidualna kwestia. Takie jest moje odczucie i nie zmienię go. Póki co.
Myślę, że każda pora roku jest właściwa do życzenia innym dobrze. Nie ważne czy będą to Boże narodziny, czy te ludzkie. Nie ważne czy będzie to zmartwychwstanie Jezusa, czy podniesienie się naszego bliskiego z upadku. Każdy moment jest dobry do okazywania miłości. Do dzielenia się nią. Dlatego życzę wam tego uczucia, którym możecie obdarzać cały świat. Poważnie. Także swoich nieprzyjaciół. Może nawet kochać ich jeszcze bardziej i wybaczać błędy, które popełnili nieumyślnie.
''Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią''. To ludzkie, to życiowe, to naturalne i proste, a jednak takie trudne do rzeczywistego spełnienia. Ale może właśnie te święta, te kilka dni przybliży nas do tego, w którego wierzycie, a do którego niektórym (w tym i mi) miłości brakuje. Dlatego życzę wam, z całego serca, żebyście odnaleźli w tych świętach, i w Jezusie, moc dobrych uczuć wobec niego i w stosunku do bliźniego. Dużo łask od wszechświata, smacznego śniadania i wszystkiego co najlepsze, bo to ważne.
To naprawdę znaczące.
Wiecie, w tym roku pierwszy raz wybrałam się do kościoła w Wielki Czwartek i Piątek. Byłam pod wrażeniem. Ten akt obmycia nóg jest dla mnie wielką sprawą, bo to nie tylko odwaga i wywyższenie kapłana, ale również tych dwunastu prostych, zwykłych mężczyzn, którzy w jednym momencie mieli okazję poczuć się jak Apostołowie.
To kolosalne wydarzenie.
W Wielki Piątek nie mniej piękna sytuacja. Ksiądz kładzie się na podłodze i przez chwilę jest niczym Jezus. Uniża się wobec Boga i pokazuje skruchę. A uczniowie, czyli wierni, klęczą w absolutnej ciszy. To coś niesamowitego, pomimo mojego dystansu. I ta chwila, w której każdy podchodził, by ucałować jego ciało. Ktoś pomyśli: ''Kretyni, przecież to tylko figura, nie rzeczywista osoba''. Ale to nieprawda. Moim zdaniem właśnie ta jego ''figura'' jest osobistym spotkaniem. OSOBISTYM. Pocałowałam jego stopy i byłam w szoku, bo to naprawdę wyraża cholernie wiele i czujesz w ciele ciepło. Przyjemny moment. Cieszę się, że odważyłam się na taki czyn i jestem radosna, bo mogę wam o tym pisać, a to ważne, ponieważ takimi sytuacjami, takim prawdziwym spotkaniem... warto się dzielić i wskazane jest czuć z tego powodu dumę. I ja, po raz kolejny, w moim skromnym życiu, czuję ją. Coś fantastycznego.
Trzymajcie się i kolejny raz proszę... nie zapominajcie o nim w tych dniach i miejcie świadomość, że to właśnie dzięki jego historii zapychacie żołądki jajkami, oblewacie wodą i robicie te wszystkie ważne, czy mniej istotne rzeczy.


Do następnego.


~~Zbuntowany Anioł

środa, 25 marca 2015

Od marzenia... do jego spełnienia.

Serwus!

Dzisiaj przychodzę do was z kolejnym poczuciem dumy.
Dokładnie w tej chwili DWA LATA temu bawiłam się na koncercie Justina… Justina Biebera – mojego jedynego, tak uwielbianego i szanowanego idola. Nie chcę się rozpisywać, opowiadać o uczuciach, które towarzyszyły mi wtedy, bo czasami brakuje słów. Cóż, pamiętam, że pierwszą rocznicę wspominałam i świętowałam na innym, mniej znanym moim bliskim, portalu. Ale nie o tym. Dziś robię to TUTAJ i tryskam ogromną radością zdając sobie sprawę, że to już drugi rok po tak wielkim wydarzeniu, po tak spektakularnej chwili. Spełniłam swoje marzenie. Największe, najdłużej wyczekiwane marzenie. Jestem taka szczęśliwa. Właśnie z takiego artysty i z takich cudownych ludzi, którzy pozwolili mi tam być i którzy byli tam ze mną, bo atmosfera była nieziemska. Poważnie! Nie panował tam chaos, ale miłość. Oddychaliśmy wspólnym powietrzem, żywiliśmy się wspólną twórczością naszego idola. Cholera, to nie do pojęcia! To nie jest wydarzenie, które można w zupełności ująć w jakiekolwiek słowa. Tam trzeba być i trzeba to wszystko przeżyć na własnej skórze. Nie wiem co jeszcze napisać… tyle wylanych łez szczęścia, które uważam za najlepsze, tyle uśmiechu, tyle dumy. On był taki idealny.
Wiem, to brzmi banalnie i oklepanie, ale tak właśnie było. To właśnie czułam – ideał w każdym calu.
Kończąc… to były najlepsze chwile w moim DOTYCHCZASOWYM życiu i nigdy ich nie zapomnę. Nigdy.
Mam nadzieję, że i wasze marzenia się spełniły, spełniają albo dopiero będą miały miejsce. Nigdy nie traćcie w to wiary. Jestem z wami i cały wszechświat również. Trzymajcie się.
~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 19 marca 2015

Cztery kroki do miłości...

Witam… po kolejnej, dłuższej przerwie.

Naprawdę przepraszam (samą siebie najbardziej). Nie lubię zaniedbywać swojej pasji, ale muszę trochę ponarzekać... ostatni weekend nie był zbyt miły, ale nie wnikajmy. Natomiast rekolekcje były naprawdę cudowne. Poważnie! Byłam, jestem i będę zachwycona. Dzisiaj poświęcę czas na refleksje w związku z tematem spowiedzi. Zanim przejdę do sedna sprawy, chciałabym z głębi podziękować pierwszej ‘’pewnej osobie’’ (skojarzy, jeśli przeczyta) za to, jak pięknie wyraża się o tych wszystkich moich bazgrołach. I drugiej ‘’pewnej osobe’’ (też będzie wiedziała) dziękuje za spojrzenie na te nieraz przedziwne, ale cholernie szczere myśli. Dziękuję, naprawdę, to wiele znaczy. Woah, co za fantastyczni ludzie. Ta druga osoba również mnie zmotywowała do napisania czegokolwiek, bo pytała o notkę. Nie ważne, koniec!
Nie wnikam w wasze doznania w związku z tematem spowiedzi… dzisiaj skupię się trochę na moich odczuciach. Zawsze kiedy zdarza mi się naprawdę od serca powiedzieć w jaki sposób zgrzeszyłam – przede wszystkim przeciwko sobie… czuję ulgę, a jednocześnie smutek i poczucie: ‘’Kurczę, aleś ty głupia’’. Ale to nic. Wszyscy upadamy, popełniamy błędy, a grunt to wstać i zdać sobie z nich sprawę, dlatego poszłam kilka dni temu do konfesjonału. Nie wiem dlaczego, ale w moim odczuciu słowa: ‘’Odpuszczam tobie grzechy’’ to nie byle jakie sformułowanie. To nie jest rzucone na wiatr przyjacielskie: ‘’Lubię cię pomimo wszystko, stary’’. Nie! To są słowa wychodzące (rzekomo… rzekomo) od tego, w którego wierzą tłumy. Nie ważne czy wierzymy w jego istnienie, ważne jaki ma do nas stosunek. A ma niewątpliwie bezinteresowny i ogromny. On -poprzez odpuszczenie grzechów- mówi do każdego z nas ‘’Kocham Cię. Kocham Cię, choć na to nie zasługujesz’’. Bo taka prawda. Nie zasługujemy na taki ogrom uczuć, a jednak ktoś kieruje do nas owe stwierdzenie. Ksiądz wspominał o tym, że Bóg kocha nas i kropka. Nie z jakiegoś powodu, tylko kocha i tyle. Jednak myślę, że jest jedno ‘’ale’’. Jeden aspekt, który z pewnością pasuje do jego uczucia wobec ludzi. On kocha każdego z nas, bo JESTEŚMY.
Tak zwyczajnie w świecie, dlatego że żyjemy. I to jest piękne. Nie ważne jaki jest dany człowiek, ważne że JEST. Grunt, że ŻYJE. Nie ważne JAK, ważne że W OGÓLE. Wow, to napawa mnie radością. Pierwszego dnia mieliśmy wybrać na jakim etapie miłości do niego jesteśmy. Usłyszenie, Spotkanie, Zakochanie, Wyznanie. I wiecie, że byłam jedyną… w całym gimnazjum, w całym Kościele, osobą, która poszła do punktu ‘’Usłyszenie’’? Wzrok większości był taki irytujący. Obawiam się, że nie każdy poszedł do etapu zgodnego z jego sumieniem, ale nie mnie to oceniać. Nie ważne. Wybrałam pierwszy punkt, dlatego że usłyszałam o Bogu, ale tak naprawdę -z czystego serca- nie zrobiłam niczego więcej w tym kierunku. Chodzę do kościoła, modlę się... a co do modlitwy! Wczoraj naprawdę uklękłam i poprosiłam go o lepszy dzień. Tak, dokładnie tak. Ta, która tak wielce deklaruje, że zwątpiła... I dzisiejszy dzień był piękny. Poważnie. Cały czas miałam jakiś powód do uśmiechu i jestem z mojej modlitwy dumna. Ale, ale! Mimo tego wszystkiego... to jednak nie jest to, co mogłoby pchnąć moje sumienie do pójścia w tamtym momencie do innego aspektu. I tak bywa. Mam nadzieję, że mi to wybaczy. A może pokocha jeszcze bardziej. Właśnie tą cholernie piękną, bezwarunkową miłością. Oby.


A na którym etapie jesteście wy?

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 2 marca 2015

"...aż do śmierci".

Dzień dobry… niewątpliwie dobry.

Byłam wczoraj u dziadków… dlaczego dziadków? Kurczę, dziwne to wszystko. No nie ważne. Włączyli nam nagranie ze ślubu rodziców. Co tu dużo mówić – poruszyło mnie to dogłębnie. To było tak piękne… Rozkleiłam się w momencie tych najważniejszych słów, sami wiecie których.
Pewnie gdyby był to Justin i Selena nie zrobiłoby to na mnie AŻ takiego wrażenia, ponieważ mimo iż jest on dla mnie bardzo ważny, to jednak jest jego życie, jego wybory, jego wspólna ścieżka z wybranką serca. Ale w moim, tzn. w przypadku moich rodziców pojawiła się nie tylko miłość duchowa, ale przede wszystkim ta fizyczna, która zapoczątkowała narodziny kolejnego członka tej rodziny i kolejnej osoby, która może zmienić bieg życia. Jakże wielkie zaufanie i oddanie, ufność i ogromne uczucie musi tkwić w każdej ze stron, by przyczynić się do ‘’stworzenia’’ nowej istoty ludzkiej. Wow, niezmiernie mnie to zachwyca, wzrusza, porusza i pobudza jeszcze tysiące innych uczuć, które ciężko ująć w słowa. Uśmiecham się dziś patrząc na NASZE szczęście i po raz kolejny jestem pełna dumy. Spójrzcie jaki świat jest cholernie mały. Jest taki niesamowity. Spotykacie na swojej drodze tak wielu przechodniów, tak wiele różnorodnych twarzy i nagle poznajecie kogoś z kim wam się układa. Pierwsze ‘’cześć’’, drugie ‘’wyjdziesz za mnie?’’ i to najistotniejsze, to najpiękniejsze w całym życiu, gdy stojąc przy ołtarzu ci -kiedyś przechodzący obok siebie na chodniku nieznajomi - dziś mówią sobie ‘’Tak’’. ‘’Tak, biorę sobie Ciebie za żonę/męża i nie opuszczę Cię… aż do śmierci’’. To tak cholernie uświadamia wielkość miłości, ogrom uczucia wobec tych osób.
Myślę, że miłość to nie jest skarb do zakopania, ukrycia, do trzymania go tylko wokół swojego życia. To jest skarb tak nieograniczony w swej mocy, w swym pięknie, w swej dobroci, w swym bogactwie, we wszystkich innych, niemniej pozytywnych aspektach, że trzeba się nim dzielić jak najczęściej i w jak największych ilościach
.


~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 8 lutego 2015

Wy jesteście solą ziemi i światłem świata.

Witam wszystkich.

Połączę skromne refleksje z dzisiejszego kazania wraz z przemyśleniami, do których skłoniły mnie słowa pana od historii.
Wiecie, żyjemy obok siebie, ale nie razem. Zanika prosta i ludzka gościnność. Zanika chęć bezinteresownego bytu i tak ważnej w życiu rozmowy. Ludzie spotykają się po COŚ.  Nie z potrzeby serca, ale z potrzeby rozumu. Oczekujemy od świata, Boga, i wszystkich innych, cudów, ale to my nim jesteśmy. To my jesteśmy solą ziemi i światłem świata. To my mamy zadatki do nieśmiertelności. Każdy z nas. Każdy… jest wielki, ma za zadanie głosić dobre słowo, jednoczyć się z innymi.
Bardzo mnie poruszyło jedno stwierdzenie: Możemy sprawić, by ta miejscowość była jak Kafarnaum, by Wielkopolska była jak Galilea i możemy sprawić, by nasze domy były tymi, w których wydarzy się cud. Pięknie to ujął. Właśnie. Mamy możliwość zmian. To my jesteśmy przyszłością, to my tworzymy nowy świat. Dlaczego nie iść do przodu? Dlaczego narzekamy na to, co jest teraz, a nie raczymy tego zmienić. Taki przykład… kiedyś Rock&Roll, a dzisiaj – Pop&Roll (nawiązując do albumu Dawida). Kurczę, świat brnie we wszelkie nowoczesne rzeczy, zmienia się diametralnie z dnia na dzień. Nie możemy tego zatrzymać, nie możemy przeciwstawiać się czemuś idącemu nową ścieżką. To my jesteśmy dzisiejszą technologią. Jesteśmy niejednokrotnie zbuntowanymi, a jednocześnie pełnymi zapału, młodymi ludźmi, którzy tworzą nowe oblicze świata i nową historię. Postępu nie zatrzymamy, nawet nie próbujmy, ale jeśli mamy wolną wolę i nie chcemy– nie bierzmy w tym udziału. Nikt nas nie zmusza, byle byśmy później nie narzekali, zdając sobie sprawę, iż mieliśmy możliwość zmian. Dlaczego takie nawiązanie? Zauważyliście, że oczekujemy od Boga cudów na kiju? Oczekujemy spektakularnego objawienia, przedstawienia Ewangelii tylko NAM, prosto w nasze oczy. To błędne myślenie. Musimy nauczyć się nie tylko dobrze mówić, ale dobrze czynić i sprawić, by ten cud narodził się w nas jak najszybciej i jak najpiękniej. Broń Boże po trupach do celu… nie! Małymi kroczkami starajmy się dążyć do zbawienia, którego tak bardzo ludzie wierzący wyczekują.
~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 2 lutego 2015

Trzy metry nad niebem.

Serwus!

Agata prosiła o krótką recenzję filmu ‘’Trzy metry nad niebem’’.
To uczucie, gdy myślisz sobie: ‘’Kolejny gniot, miłość od pierwszego wejrzenia, bla bla bla’’.
I na początku miałam takie wrażenie, negatywne odczucie, ale na końcu zalałam się łzami.
Piękny obraz miłości. Po prostu – miłości. Dwie odmienne półkule, dwa różne światy, a mimo to… przeciwieństwa się przyciągnęły. Bohaterowie połączyli się w jedność i aż ze wzruszeniem patrzyło się na owe uczucie. Mam nadzieję, że w końcu spotkam się z moją drugą połówką, że będzie równie nieziemsko… dosłownie NIEziemsko. Będzie trzy metry nad niebem i jeszcze wyżej.
I wam, jeśli już w temacie uczuć, życzę trafienia na odpowiednią osobę. Obyście nigdy, jak główny bohater nie płakali po stracie czegoś nieodwracalnego. Nigdy… nigdy.
Może znajdą się osoby, które nie miały okazji, chęci, czy były równie ‘’pozytywnie’’ nastawione na szał związany z tym dziełem jak ja i nie obejrzały go. I jeśli jest ktoś taki: Zachęcam z całego serca.
Ile może przetrwać szczere uczucie, poszanowanie, kurczę… ile druga osoba może w nas zmienić, jak cholernie może obrócić nasze życie do góry nogami i sprawić, że będziemy kimś zupełnie innym – kimś lepszym.
I że Cię nie opuszczę… aż do śmierci. Pomimo wszystko.
Strzałeczka.
~~Zbuntowany Anioł