niedziela, 8 kwietnia 2018

Jak wygląda miłość?

„Czym dłużej idę za Panem, choć kulawo, tym bardziej chcę stąd odejść. Bóg ciągle nasyca moje serce głodem, choć karmi mnie codziennie Sobą,
 to ja i tak będę coraz bardziej głodny. Aż do śmierci."

Cześć!

Dziś Niedziela Miłosierdzia... i to Bożego Miłosierdzia. 

Byłam na Mszy akurat nie w swojej parafii i widząc, kto będzie ją odprawiał i słysząc początkowe słowa, które zdawały się być wręcz jakimś wprowadzeniem do kazania byłam pozytywnie nastawiona na to, co prawdopodobnie usłyszę. Niestety niczego osobistego nie usłyszałam, bo był czytany list. List, który nic nie wniósł do mojego życia i sprawił, że totalnie się wyłączyłam. Szkoda. Bo to jest takie piękne święto. Są takie cudowne czytania, a Ewangelia jest kwintesencją chrześcijaństwa. No nic, pozostało mi samej spróbować przybliżyć wam, jak w moim życiu objawia się Miłosierdzie Ojca.

Podczas wizyty u lekarza zostałam zapytana, czy Bóg mi nie wystarcza... To nie jest tak, że On mi nie wystarcza albo że Jego Miłosierdzie ma jakiekolwiek granice. Skądże. Staram się jednak dostrzegać, że Boża Miłość objawia się w podsuwaniu mi pod nos ludzi, którzy chcą mi pomóc. Czy to psycholog, czy lekarz, ksiądz, koleżanka, rodzice... Ktokolwiek. To są Boże narzędzia tu na ziemi.
Któregoś razu, kiedy rozmawiałam z dobrą koleżanką, usilnie trzymałam się zdania, że za żadne skarby nie stanę twarzą w twarz z moim katechetą podczas spowiedzi. Ale odbyłam już tak wiele odklepanych, formułkowych i wcale nie zmieniających mnie duchowych spotkań, że jednak pragnęłam czegoś więcej, czegoś głębszego, bardziej szczerego i od serca. I, o dziwo, to właśnie nasz obecny katecheta ofiarował mi całego siebie i pozwolił jeszcze bardziej zbliżyć się do Pana.

Totalnie mnie zadziwia, że są księża, którzy jak Jezus wychodzą przed szereg, łamią jakieś odgórnie przyjęte normy, przekraczają granice.

Wiecie gdzie odbyła się moja ostatnia spowiedź? W klasie w której odbywają się lekcje religii. Po zakończonych zajęciach. Usiedliśmy na przeciwko siebie na ławkach i rozmawialiśmy (chociaż więcej jednak mówił ksiądz, bo tego oczekiwałam) o tym, jak piękna jest ta nasza wiara. Jak piękny i niewyobrażalnie dobry jest nasz Ojciec. I jak cholernie wdzięczna jestem, że oto siedzi przede mną mężczyzna, który wcale nie musiał poświęcać mi tych czterdziestu minut, a jednak to zrobił. Pomimo, kurczę, wszystko! 

Chciałabym po prostu... Naprawdę bardzo mocno pragnę, byście się nie bali chrześcijaństwa. Byście byli odważni i uparcie, do skutku szukali tego zapalnika, dzięki któremu samemu będziecie w stanie wyjść do ludzi i głosić Słowo Boże, nieść ludziom Dobrą Nowinę: o Zmartwychwstaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa, a co za tym idzie także o tym, jak wielka jest Boża Miłość. Jest ogromna, najwspanialsza, nie do ogarnięcia naszym ludzkim umysłem, ale zdecydowanie do przyjęcia. Choćby nie wiem co się działo - Bóg żyje i potrafi czynić cuda, a już szczególnie w takich prozaicznych, codziennych sprawach.
On jest. Zawsze. Amen.

Do miłego.

~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 5 kwietnia 2018

Rozgrzewka.

 "I need a life that isn’t just about needing to escape my life."

Dzień dobry!

Człowiek jest taką istotą, która lubi się taplać jak świnka w bagnie. Czy to w tym brązowym, obślizgłym, śmierdzącym, pełnym smutku, czy wręcz przeciwnie w różowiutkim bagienku swoich sukcesów i radości, co na dłuższą metę wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.
(fot. Ian Espinosa)
Kupiłam kilka dni temu dwie części serii "Młody bóg z pętlą na szyi".
I - Psychiatryk, II - Terapia u Doktorka. Anka Mrówczyńska - to pseudonim artystyczny świetnej pisarki i na pewno cudownej osoby, ale to tylko moje domysły po tym, co daje czytelnikowi na tacy w swoich publikacjach - czy to na blogu, czy właśnie w książkach, które swoją drogą są do kupienia jedynie w wersji elektronicznej, ale to zawsze piękny sukces, bo jest ogrom ludzi, którzy po nie sięgnęli. 

Chyba się boję je wam polecić. Przez Terapię u Doktorka przebrnęłam w godzinę? Może trochę więcej. Wciągnęłam się totalnie. W Psychiatryk również, ale utknęłam na końcówce, bo po wczorajszej wizycie u właśnie doktorka nabrałam chęci na wydostanie się z depresyjnego bagienka. Co nie jest łatwą sprawą, aczkolwiek myślę sobie, że skończenie tej książki, wyciągnięcie pewnych wniosków, lekcji i nie branie tych wszystkich opisów aż tak do siebie jest pierwszym, bardzo dobrym krokiem ku lepszej przyszłości. 

Psycholog podczas ostatniej wizyty zaproponował, bym te dni pomiędzy spotkaniami poświęciła na zapisywanie minimum trzech pozytywnych sytuacji, które w danym dniu miały miejsce. Sama bym na to nie wpadła, a to przecież takie proste... Dzisiaj będzie już jedenasty.
Ten "eksperyment" daje mi przede wszystkim poczucie, że muszę się wieczorem zatrzymać i faktycznie zastanowić nad tym, co się wydarzyło. A dzieje się wiele. Nie poszukuję tych momentów, ja się uczę je zauważać, bo one od zawsze były  
i będą aż do usranej śmierci, tylko od nas zależy, czy chcemy wyćwiczyć w sobie umiejętność dostrzeganiach ich.

Dokładnie miesiąc temu, tj. 5 marca skończyłam zdawanie wszystkich sprawdzianów z historii z pierwszej klasy. Kiedy nasza nauczycielka na forum klasy podała mi dłoń i szczerze pogratulowała, byłam dogłębnie wzruszona, bo naprawdę walczyłam o ten sukces. I choć wciąż uczęszczam do tej samej klasy z tym samym rozszerzonym przedmiotem, to po takich przygodach już nic nie jest w stanie mnie złamać.
Było milion prób, trzaskanie drzwiami, łzy, gorzki smak porażki i słodka radość z małych zwycięstw, gdy udawało mi się zdać kolejny test. To pół roku dało mi ogromną lekcję pokory i samozaparcia. Toczyłam zaciętą walkę z samą sobą.
To doświadczenie pokazało mi także, jak wielkie serce potrafią mieć nauczyciele wobec takich osłów jakim byłam ja. I czasami nadal jestem. Moja wdzięczność wobec cierpliwości naszej historyczki i tych wszystkich szans, które mi dała jest nieoceniona.
A wspominam o tym, bo nieustannie trzymam się zasady, że jestem tu, by wam dawać choćby odrobinę nadziei. Więc taką nadzieją na dziś jest fakt, że po takich sytuacjach człowiek naprawdę uświadamia sobie, jak wiele w życiu jest możliwe. Przez jak wiele jesteśmy w stanie przebrnąć. A choćby z ranami i bliznami, jednak w ostatecznym rozrachunku z dumą i uśmiechem. 

Nie wiem, czy po takiej przerwie powinnam mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję,
że ktoś będzie miał ochotę tu zajrzeć... Niemniej, jeśli jednak jest choćby jedna osoba, która wciąż pamięta o tych bazgrołach, to jestem szczęśliwa. Chociaż...
i bez tego jestem.

Tęskniłam.

Pozdro!

~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 15 lutego 2018

Po co to wszystko?

"Zamknęli mnie w nawiasach
Mam kłaść akcenty według zasad
Być ładnie uśmiechniętym, bo podobno się opłaca"

Czołem!

https://www.youtube.com/watch?v=3yh2InVsFag - to jeden z tych utworów, przy których lubię pisać, łatwo mi się skupić, więc może wam będzie się miło czytało z nim w tle. 

No właśnie... "podobno się opłaca", ale przychodzą w życiu takie chwile (w moim przypadku nieco dłuższe chwile...), kiedy wszystko nagle staje się człowiekowi przebrzydle obojętne. Nie zliczę, ile razy włączałam komputer i próbowałam coś dla was wystukać. Po kilku zdaniach nie miałam już siły i zaczynałam robić coś innego. Wyobrażacie to sobie? Ludzie mówili: dawno nic nie pisałaś. Albo pytali, kiedy coś się wreszcie pojawi. Czekali. Ale ja czułam, że nie podołam, że nie będę wystarczająco dobra, przekonująca, że nie dam tyle nadziei, ile bym chciała. Dlatego czasami przerywam na tak długo, bo dopada mnie jakaś nieokreślona i wszechogarniająca niemoc, której nie potrafię zrozumieć i z którą muszę się zmierzyć, a nie chcę, byście to w jakikolwiek sposób odczuli, gdybym tu wylała wszystkie swoje żale. Nie od tego jestem. 
Właśnie nadszedł szalony rok miliona imprez z okazji osiemnastych urodzin. 
Zawsze byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego typu zabaw... do jakichkolwiek zabaw. Nie lubię nosić sukienek, malować się, być tym, kim inni oczekują, że będę. Ale mam za sobą już trzy (nie zliczę, ile jeszcze przede mną)
i sprawia mi to ogrom radości. Totalne odcięcie się od rzeczywistości. Dobre jedzenie, wódka i taniec do białego rana. Coś niesamowitego. Tym bardziej, kiedy tydzień szkolny daje ci tak mocno po pysku, że już nie wiesz, jak odreagować.
Te sobotnie przyjęcia są doskonałym sposobem.

Wczoraj były Walentynki, które idealnie zgrały się ze Środą Popielcową
i rozpoczęciem Wielkiego Postu.
Na ten moment jedyną miłością mojego życia jest Jezus Chrystus. Mój Zbawiciel. Mój przede wszystkim najlepszy Przyjaciel. I kiedy wczoraj w pokorze klęczałam na ołtarzu czekając aż ksiądz powie, że jestem prochem i w niego także się obrócę, to poczułam się niesamowicie dobrze i nad wyraz spokojnie... Bo wiem, że śmierć nie jest końcem, a te słowa nie są bożym karceniem czy straszeniem nas przed tym, co nieuchronne. To Prawda od której nie uciekniemy i nie ma się czego bać. Naprawdę... Odwagi!

Co jeszcze mnie ujęło? Wszyscy tym prochem są. Wszyscy w oczach Boga jesteśmy równi. Równie piękni. On nas nazywa prochem, ale nie widzi nas jako szarą masę, lecz jako swoje najdroższe, najcudowniejsze i najważniejsze DZIECI. Jesteśmy dziećmi Króla Wszechświata. Jesteśmy Jego najcenniejszym darem danym Matce Ziemi. Powinniśmy być z tego powodu cholernie dumni.

"Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię." - to kolejne słowa, które wczoraj kapłan wypowiadał podczas obrzędu posypania głów popiołem. I tak sobie myślę, że te czterdzieści dni to taki ciekawy czas w ciągu roku. Nagle uświadamiamy sobie, ile chcemy w naszym życiu zmienić. Ile pragnęlibyśmy postawić swemu ciału wyrzeczeń, byle tylko stać się lepszymi, byle się zbliżyć do Pana Boga. Tyle planów... Po co to wszystko? Jasne, można ograniczyć, a wręcz spróbować wyeliminować z życia fajki, alkohol, pornografię, słodycze, bezsensowne leniuchowanie. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym dochodzi do mnie taka myśl, że Bogu na tym nie zależy. Naprawdę nie zależy. Wiecie, po prostu uważam, że nie ma sensu się na siłę umartwiać i pokazywać innym, jakiej to my nie mamy silnej woli walki. To złudna droga. To jest idealny czas, by robić to, co dotychczas z jednoczesnym zbliżeniem się do naszego Taty poprzez czytanie Pisma Świętego, ale nie wybiórczo, "bo wypada", ale w pełnym skupieniu, z ogromną wolą zrozumienia tego, co On chce właśnie tobie i tylko tobie przekazać. Kościoły są zawsze otwarte. Msze odbywają się codziennie. Przecież Eucharystia to chyba najdoskonalszy aspekt, który jest w stanie dać nam do zrozumienia, jak fenomenalne i niekończące się jest Miłosierdzie naszego Ojca. 

Zastanówcie się na co stawiacie w tych dniach. Ja z wielką chęcią na Jezusa Chrystusa, na Jego słowo, na Jego Ciało i Krew dane mi prosto przed nos pod postacią chleba i wina. Celem tego wszystkiego jest Zmartwychwstanie... Chcę dokonać tego tak autentycznie jak zrobił to Chrystus, ale chciałabym też w końcu powstać z tych moich martwych dni, kiedy czułam niechęć do siebie, do życia, a nawet do Boga Ojca. Ten wpis jest dobrym początkiem.

Trzymajcie się! 

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 12 stycznia 2018

Ty też MOŻESZ.

"Jak będziemy wielcy w małych sprawach, to nad wieloma nas postawią. Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa. Warto przegrać na krótką metę, ale wygrać moralnie."


Dzień dobry.

Chyba nadal ciężko otrząsnąć mi się z tego wszystkiego, co miało miejsce podczas przerwy świątecznej. Ja. Za granicą. W Szwajcarii. We Francji. Niemożliwe. A jednak.

Odwiedziłam wczoraj poprzednią szkołę. Po prawie półrocznej przerwie. Tym razem wrzuciłam totalnie na luz i zachowałam ogromny dystans emocjonalny. Przywitałam nauczyciela od historii, przedstawiłam mu moją coraz lepszą sytuację w związku z owym przedmiotem, pożegnałam się i... po prostu wyszłam. Nie szukałam żadnego innego kontaktu. Przez chwilę, ale bardzo krótką, było mi z tym niezbyt dobrze, jednak szybko powróciłam na ziemię i skierowałam swe stopy ku mej miejscowości. Ale żeby uświadomić sobie błędy, które popełniałam w ubiegłym roku musiałam zaczerpnąć rady profesjonalisty w dziedzinie ludzkiej psychiki. I chwała Panu, że obdarzył mnie łaską odwagi i pozwolił poukładać w głowie to, co zostało rozsypane i stało się jedną, wielką niepewną układanką.
Dziś natomiast wracałam ze szkoły z taką myślą, że życie jest dobre. Życie NAPRAWDĘ jest dobre. I cieszę się, że są wokół mnie osoby, które pozwalają mi to zauważyć i docenić.

W przedostatnim wpisie bardzo szczerze i jak najdokładniej chciałam wam zobrazować naszego nauczyciela od przysposobienia wojskowego. I chyba się udało, zważywszy na to, co powiedział mi po lekcji, w lekko zaczerwienionych ze wzruszenia białkach oczu, a mianowicie, że... pojawiły się łzy, gdy czytał te wychodzące z najgłębszych, najbardziej emocjonalnych szufladek mojego umysłu bazgroły.
Wyobrażacie to sobie? Dorosły mężczyzna, były policjant, mój nauczyciel mówi, że "ryczał pół nocy" przez to, co o nim napisałam. Nie mogłam więc zrobić nic innego, jak sama dać upust emocjom i popłakać ze wzruszenia dłuższą chwilę w czterech ścianach mego pokoju.
Wychodząc z klasy na do widzenia jeszcze raz rzekł: Dziękuję i uśmiechnęliśmy się do siebie.
Nigdy nie wiem, co w takich sytuacjach robić, bo bardzo przeżywam takie akty dobroci skierowane w stronę mej osoby. Poza tym... dawno nikt mi z takim wzruszeniem nie dziękował za to, co robię. A robię to, bo...


Odkąd pamiętam głównym założeniem, które pchnęło mnie, by rozpocząć przygodę z blogiem, była chęć dawania ludziom nadziei. Nadziei na to, że w życiu wszystko jest możliwe, jeżeli naprawę bardzo mocno się o to postaramy. I kiedy piszę wam o moich wspaniałych nauczycielach, o tym, co przeżywam poprzez różne wyjazdy, jakieś ciekawe sytuacje, to nie robię tego po to, byście mi zazdrościli albo siedzieli i myśleli: Ech, ale ona ma fajne życie… Skądże! Piszę, żebyście uświadomili sobie, że wy też macie szansę. Macie ją! Życie stoi przed wami otworem. Te wszystkie wspaniałości także. One aż proszą się, by zostały wchłonięte w wasze ciała, wasze umysły, we wszystko, co jest w was najlepsze. Oto isota tego, dlaczego wciąż tu jestem. Byście, czytając to, pomyśleli: Wow,
da się. I ja też tak mogę!... Bo taka jest prawda. Ty też MOŻESZ.
Miałam ostatnio znowu jakąś zapaść, ale pomimo tego cieszyłam się wszystkim, co mnie spotykało, dużo się modliłam, (wczoraj nawet Bóg w kryzysowym momencie podsunął mi pod nos ten przecudowny, krótki, ale niezwykle treściwy filmik o. Adama: https://www.youtube.com/watch?v=2F6kZ3LJzrw) poczytałam trochę Pismo Święte i wreszcie udało się dopiąć na ostatni guzik to, co kłębiło się w mojej głowie, a czego nie potrafiłam dla was wyklikać. Na szczęście z Bogiem wszystko jest możliwe! 

Trzymajcie się! 

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 26 grudnia 2017

Podsumowanie roku - uratowana.

"Antidotum na uzależnienie jest znalezienie innego uzależnienia."

Dzień dobry.

To był rok pełen wrażeń. Niestety znaczną jego część spędziłam w łóżku zastanawiając się nad sensem życia i chcąc je w jakikolwiek sposób zakończyć. 

Jestem zaskoczona, jak wiele udało mi się zwiedzić. Jak wiele nowych zakamarków Polski i siebie samej poznałam. Poważnie, pod względem poznania siebie, swoich możliwości, granic, to ten rok był przełomowy. Ach, ileż dobra otrzymałam od moich bliskich. I co najważniejsze... ilu zostało ze mną do dwudziestego szóstego grudnia.

Po raz pierwszy miałam styczność z ludźmi spoza granic naszego ojczystego kraju i rozmawiało mi się naprawdę dość swobodnie i przyjemnie.
Moja pierwsza Lednica... To tam poznałam Boga w zupełnie innym wymiarze. Zrozumiałam, że wcale nie trzeba iść przez świat na kolanach, bo alternatywą (szczególnie dla młodych) jest śpiew i taniec chwalące imię Pana Jezusa Chrystusa.
Rok szkolny uznaję za jeden z najcięższych. Było bardzo, naprawdę bardzo trudno, ale wyszłam z opresji. Z sierpniem w kieszeni i ostatecznym dostaniu się do następnej klasy na tzw. "warunku", ale poradziłam sobie, pomimo wszystko.
Po raz kolejny udało mi się wyjechać w góry dzięki hojności naszego proboszcza i to była kolejna lekcja życia, którą wspominam z zapartym tchem i uśmiechem na ustach. 
Różaniec do granic... To dopiero była inicjatywa! Wzięłam w niej udział, bo bardzo wierzę, że w "kupie siła" i naprawdę wzruszające były te dwie godziny modlitwy w takim zacnym i dość sporym gronie osób z najróżniejszych części Polski.
25 października rozpoczęły się Misje Parafialne w pobliskiej miejscowości i to one były najbardziej przełomowym momentem tego roku.
A może nawet całego dotychczasowego życia. Czuję, że może brzmieć to górnolotnie, ale czuję także, iż uratowały mnie one z sideł lekkiego stadium depresji. Nigdy nikt mi jej nie udowodnił, nie mam żadnych papierów, a terapię zakończyłam po czterech miesiącach, ale wiem i pamiętam, że byłam w niezłym bagnie; nie potrafiąc przez wiele miesięcy znaleźć jakiejkolwiek alternatywy dla tej kłębiącej się w całym moim ciele (począwszy od umysłu, a skończywszy na bólu odczuwalnym fizycznie) beznadziei, żadnego punktu zaczepienia, nie potrafiłam dostrzec, by z którejkolwiek strony ktokolwiek rzucał w moją stronę koło ratunkowe.  Wyciągnął mnie z tego gówna sam Bóg. Przysięgam. Ja już nie wierzę, ja mam pewność. Gigantyczne zaufanie Miłosierdziu Najwyższego. To jest moje świadectwo, które kiedyś rozbuduję, ale dziś z ręką na sercu przyznaję, że wpadłam w uzależnienie, które sprawia mi wiele radości, a tkwiłam w czymś niezwykle toksycznym. Jest we mnie niepohamowana żądza dzielenia się z innymi nadzieją, Dobrą Nowiną i Bożym Miłosierdziem. Bóg posłał przede mnie ludzi, którzy doprowadzili mnie do względnej normalności. Chwała Panu na wieki wieków i jeszcze dłużej.  

A jak wasze święta? Podsumowanie roku? Dobrze było/jest?

Ufam, że przeżyliście te trzy dni w spokoju, ciesząc się z rodzinnych spotkań i robiąc wszystko co dobre na chwałę Pana Jezusa Chrystusa, bo przecież gdyby nie On... Chyba zdajecie sobie sprawę.
Piszę dziś, ponieważ jutro wyjeżdżam. Znikam do Szwajcarii. Aż do drugiego stycznia. Moja wdzięczność nie zna granic. Bóg jest wielki, skoro uważa, że zasłużyłam na taki prezent. Niesamowite, ile cudów potrafi zdziałać pójście Jego Drogą. Polecam... polecam.

Niech rok 2018 przyniesie obfite plony. Amen!

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 17 grudnia 2017

Młodzi żołnierze.

"Gdybym miał napisać, jak wygląda świat bez Ciebie,
 po prostu zostawiłbym pustą stronę."

"Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: Broń na ramię!"


Cześć i czołem.

Piątek (15.12) był ciężkim dniem. Pełnym ogromu samozaparcia i ciągłego powtarzania w myślach: dasz radę, kurwa, dasz radę. Celowo to przekleństwo, bo takie też były warunki. Szczere aż do bólu... dosłownie do bólu. Nikt się z nami nie "pierdolił w tańcu". Młodzi wojownicy. Walczyliśmy z samymi sobą.
Chyba najbardziej w wojsku człowiek musi mieć silną psychikę. Mieliśmy zajęcia taktyczne, przy jednym stopniu Celsjusza, ziemia twarda jak cholera i ciągle: wróg z prawej, wróg z lewej, z przodu. I padaliśmy na ziemię, na kolano, przygotowując się do ewentualnego ostrzału. Byliśmy w ciągłej gotowości.
W rękach broń, która dodatkowo nie ułatwiała sprawy.
No i trochę obiłam sobie moje młode kolana. Ale co by nie było, trzeba pokazać jaką to się nie jest twardą babą i powiedzieć: ależ skądże, nic mnie nie boli, dam radę przeczołgać się trzydzieści metrów z bronią w rękach i kolczatką nad głową.

Udało się, ale na końcu zdychałam. To nie było umieranie.
To była męczarnia. Taka katorga dla umysłu, że nie potrafię nawet tych uczuć ująć w jakieś "poetyckie sformułowanie". Moja kondycja nie jest powalająca, ale to nie byłoby aż takie złe, gdyby nie ten przeszywający całą nogę ból. Łzy w oczach, wściekłość, absolutny brak entuzjazmu, chęć powrotu do domu. Tak było. Aż mi się literki w tym momencie zamazują, bo oczywiście nie czuję się słaba, ale nachodzą mnie myśli, że to naprawdę nie jest dla mnie i prawdopodobnie zajmuję miejsce komuś, kto ma wewnętrzne pragnienie bycia żołnierzem.

Nie wiem, jakbym przetrwała, gdyby nie nasz nauczyciel. Pan Przemysław (nie chcę tu po nazwisku, z wiadomych powodów) to człowiek o którym od początku pierwszej klasy nie usłyszałam złego słowa. Zawsze... zawsze (!) obijają mi się o uszy wyłącznie słowa uznania kierowane w stronę jego osoby. Młodzież, moi koledzy, mówią: "Świetny gość", "genialny nauczyciel", "jest dla mnie jak ojciec", "bardzo mi pomógł/pomaga". I mnie to tak kurewsko ściska za gardło, wzrusza, porusza. Jestem niezwykle dumna, że poznałam kogoś takiego, kto sprawia, że ci młodzi ludzie widzą w życiu sens, czekają na lekcje samoobrony,
na rozmowę z nim, wyczekują piątku nie tylko z powodu chęci pójścia na weekend do domu, ale dlatego, że będą mogli się spotkać z tym człowiekiem, posłuchać czegoś dobrego i wynieść z tych słów jak najwięcej dla siebie i innych.

Rozmawialiśmy ze sobą w piątek o tym, że myśli on o odejściu z funkcji bycia nauczycielem właśnie tego przedmiotu. Argumentuje to tym, że jak na klasę wojskową przystało, przydałby się nam profesjonalista w tej dziedzinie, a on bardziej specjalizuje się w policyjnej sferze i uważa, że jest za łagodny. A moim skromnym zdaniem powinien zostać, ponieważ mamy naprawdę tak wiele wyjazdów do jednostek wojskowych, żołnierze przyjeżdżają również do naszej szkoły, więc styczność z owymi profesjonalistami jest bardzo częsta i bezpośrednia. Czujemy ogólnie przyjęty w tym fachu "rygor" (co idealnie i najbardziej pokazują nam podczas szkoleń bojowych), a później wracamy do szkoły, na lekcje do pana Przemysława i możemy poczuć bijące na kilometr człowieczeństwo oraz jego wolność osobistą.
Zawsze mnie tak dogłębnie dotykają często powtarzane przez niego słowa: Jestem wolnym człowiekiem. Wow! Jakie to musi być przepiękne, gdy dochodzisz do takiego momentu w życiu, kiedy czujesz się na tyle szczery wobec siebie i wolny, by móc dzielić się tymi wspaniałościami z innymi.
Przychodzą takie chwile, kiedy mam dość. Tego munduru, tego profilu, tej przygody, która miała być otwarciem oczu na to, czego nigdy dotąd nie mogłam na własnej skórze doświadczyć. I wtedy jestem bombardowana pytaniami:
W takim razie dlaczego tu przyszłaś/dlaczego tu jesteś? Albo zarzutami: Przecież sama wybrałaś taką szkołę. To prawda, sama rzuciłam się w na głęboką wodę rozszerzonej historii i biegania w najróżniejszych warunkach pogodowych z gnatem w ręku na poligonach. I, broń Boże, nie żałuję. A dlaczego? Choćby ze względu na nauczyciela o którym wspomniałam w poprzedniej części wpisu.
Nie zrezygnowałam (choć byłam na dnie i w kompletnej rozsypce), bo poznałam niesamowitą polonistkę, z krwi i kości, która jest dla mnie wielkim oparciem i ogromną motywacją, by pogłębiać pasję, jaką jest nasz ojczysty język i wszystko co z nim związane.
Wciąż jestem w tej szkole, ponieważ trafiłam na genialną klasę, z którą przez ROK przeszłam tak wiele, że nie zamieniłabym ich na nikogo innego. Pokazali mi, że nie ma rzeczy niemożliwych, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, a nawet największe i najgłupsze błędy młodości można zamienić na coś dobrego i wyjść na prostą. Zdam maturę i wyjdę z tej szkoły z wdzięcznością. Za każdy krzyk i za każdy uśmiech.

Bardzo wierzę, że w życiu wszystko jest "po coś". Gdyby te trzy lata nie miałyby dać mi jakichś lekcji, to by mi ich nie dały. A dają. I chwała Panu za to, że mnie w takim miejscu postawił.

Zdjęcia były robione 24 listopada przez naszą koordynatorkę w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, podczas nieco spokojniejszych zajęć. 

Do następnego.

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 9 grudnia 2017

Brutalnie piękna rzeczywistość.

"Żeby coś zmienić, najpierw trzeba się pogodzić z tym, jaki jest świat. Z tym, że nigdy każdy ciebie nie zaakceptuje. Nie masz gwarancji sukcesu, ale masz gwarancję porażki, jeśli nic nie zrobisz. Kobiety i mężczyźni się zdradzają. Nowotwory dotykają wszystkich losowo bez względu na złe czy dobre uczynki. Firmy padają. Jednak jednocześnie masz tysiące możliwości, setki potencjalnych przyjaciół rozrzuconych po świecie, niejedną miłość do przeżycia, smaki, zapachy i widoki, które sprawią, że będziesz stać na miękkich nogach i na chwilę przestaniesz oddychać. Taka jest rzeczywistość - chwilami brutalna, chwilami brutalnie piękna."

Dzień dobry!

Wczoraj był właśnie jeden z tych brutalnie pięknych dni, kiedy czułam,
że życie mogłoby nigdy się nie kończyć (pomimo wiary w życie pozagrobowe).
Czasami nachodzą mnie natrętne myśli o tym, że śmierć byłaby doskonałym wybawieniem z problemów, które obciążają moją duszę. I nie chcę umierać dla samej śmierci, ale dlatego, że ten krok wydaje się jednym z najprostszych, jakoś automatycznie wpada do głowy.
Toż to gówno prawda! Bóg nie po to zesłał nas na świat, byśmy sobie bez Jego zgody z niego odchodzili. Bo mamy taki kaprys. Bo MY uważamy, że nie damy rady. Damy. Z Królem Wszechświata damy. Bardzo podoba mi się pewna myśl... Bóg nie zesłałby nigdy na ciebie problemów, których nie byłbyś w stanie rozwiązać i przebrnąć przez nie (nawet z ranami i bliznami).
Są takie dwa aspekty, które wydają mi się najbardziej kluczowymi w tym życiu. Poszukiwanie i nadzieja. Nasza ziemska przygoda to ciągłe poszukiwanie. Sensu, celu, miłości, spełnienia, Pana Boga i tak dalej, i tak dalej. I ta ciągła nadzieja, że wreszcie odnajdziemy to, czego tak usilnie pragniemy. Dlatego tak istotne jest dla mnie nieustanne powtarzanie samej sobie i innym, że trzeba szukać. Aż do utraty sił. By móc wreszcie samemu przekazywać dobrą nowinę innym i namówić ich do tego, by sami dążyli do wewnętrznego spełnienia i odnalezienia DOBRA.

A dobro, którego wczoraj doświadczyłam objawiło się w kilku niesamowitych sytuacjach.
Jako pierwsza była rozmowa z moim katechetą (księdzem, rzecz jasna, z teraźniejszej placówki szkolnej) w pustym kościele. Sam na sam. Oko w oko. W lekkim stresie, ale po chwili w ogromnym spokoju mej duszy. Taka postawa ludzi mnie niezwykle wzrusza. Być dla innych bez względu na wszystko. Wyjaśnił mi jak podejść do pewnych spraw, które łamią mi serce i dał do zrozumienia, że zawsze może poświęcić dla mnie swój cenny czas. I chwała Panu! Bóg tak bezgranicznie kocha swoje dzieci, że powołuje do służenia innym wspaniałe osoby, które tylko czekają na to, by pomóc swym bliźnim. Chcę być taka jak mój katecheta. Taka jak moja polonistka, moja anglistka z poprzedniej szkoły, jak moi rodzice, jak Piotrek (Tau). Chcę być DLA, a nie PRZECIW. Chcę wiązać, a nie rozwiązywać. Chcę nadstawiać drugi policzek i wybaczać, a nie ukłuć mojego wroga w to samo miejsce, w które on ukłuł mnie. Nie mogę tego Miłosierdzia pojąć. To dla mnie tak poruszające, że jestem w stanie swoje emocje na tę chwilę wyrazić jedynie łzami szczęścia i szerokim uśmiechem.
Wyspowiadałam się przy okazji tego spotkania. "I ja odpuszczam tobie grzechy, moje dziecko. Robię to w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego". Chodziły te słowa za mną przez całą drogę z kościoła aż do samego dworca (a było to 10/15 minut drogi). Piętnasty rozdział z Ewangelii według św. Łukasza także mnie poruszył.
"(...) A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły,
a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". Dlatego Bóg za każdym razem nam wybacza. Bo Jego tak cholernie cieszy, że potrafisz podejść do kapłana i za jego pośrednictwem masz w sobie odwagę ukorzyć się przed Najwyższym i wyznać
to wszystko, co w tobie najgorsze ze szczerą chęcią zmiany.
Kolejną sytuacją, która sprawiła, że poczułam się fenomenalnie i która utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę przesadzać z Panem Bogiem.
Rozmawiałam z kolegą, który raczej stroni od bliskich kontaktów z Najwyższym. Powiedział, że Bóg z góry nas ukierunkowuje, wytycza nam jakąś ścieżkę z której musimy skorzystać i dlatego uważa, że nie jest to wolna wola. A ja mu odpowiedziałam, że nawet jeśli wybierze inną drogę, to Miłosierdzie Pana objawia się w tym, że On będzie z nim na tej innej drodze i będzie go wspierał w wyborach, które uważa za słuszne i przy wszystkich upadkach. Kolega rzekł, że to bardzo mądre stwierdzenie i może natchnie go to do zmiany w kwestii wiary. 

Usłyszałam, że we wszystkim trzeba mieć umiar. Ale ja nie chcę go mieć w stosunku do Pana Boga. Ta relacja jest swoistym narkotykiem, nie tyle dla ciała
i mózgu, ale dla duszy. To kojący narkotyk. Nawet jeśli zły mówi: odejdź, skończ
z tym, miej umiar, to ja i tak do Niego wracam. Do punktu wyjścia, czyli Miłosierdzia Bożego. To jest ten aspekt życia, który chcę nieskończenie chłonąć. Chcę dryfować na morzu łask Pańskich. Nie chcę, by one po mnie "spływały".
To dobry rodzaj uzależnienia.

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł