niedziela, 28 maja 2017

Wniebowstąpienie.

"(...) Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata."

"Ciężko mi, bo nie mogę się z Tobą zobaczyć, ale sądzę, że gdyby nie Ty, moje życie byłoby jeszcze gorsze. Kiedy rano w łóżku o Tobie pomyślę, mogę sobie powiedzieć: no, trzeba nakręcić sprężynę i żyć jak należy. Ty się tam starasz, a ja się muszę starać tutaj."

Dzień dobry.

O. Grzegorz Kramer mówił i pisał dziś o tym, byśmy przestali patrzeć w niebo,
a skupili się na tym, co mamy tu i teraz. O co chodzi? O to, by widzieć Boga w drugim człowieku. Możemy siedzieć w pierwszych ławkach w kościele, rączki mieć złożone (do modlitwy) całą dobę i modlić się... modlić bez końca. A możemy wyjść z domu i ujrzeć w bliźnim człowieczeństwo - ten piękny dar od Króla Świata. I także ja w ten sposób rozumiem dzisiejszą Ewangelię. Znowu powtórzę: nie bójcie się głosić Dobrego Słowa! Skądkolwiek i od kogokolwiek by ono nie wychodziło, jeśli obdarowujecie drugiego nadzieją - dobrze jest! I róbcie tak dalej.

Nie bardzo potrafiłam skupić się na kazaniu proboszcza, ale co utkwiło mi w głowie? Powiedział, że mamy ten jeden dzień w tygodniu, który możemy wykorzystać i przyjść do Pana Jezusa. Stworzenie świata jest dla mnie jednym z piękniejszych tekstów w Piśmie Świętym. Cały tydzień Bóg harował, by wybudować dla nas raj na ziemi, a w niedzielę... odpoczywał. Nie ma tam żadnego dopisku, żadnego "ale musiał jeszcze...". Niesamowite. I my również możemy poświęcić godzinę tego cudownego dnia na odpoczynek przy boku Zbawiciela. Nie musicie w kościele robić nic. Poważnie! Możesz przyjść i się zrelaksować. Usiąść, pomyśleć, pośpiewać, posłuchać, podziwiać budynek albo wspólnotę, albo oba te fantastyczne aspekty chrześcijańskiego życia. Bóg daje nam ogromne możliwości, otwiera dla nas wrota do lepszego świata, jest dla nas i przy nas. On już zadecydował czego pragnie (naszej radości i zbawienia). A na co decydujesz się ty? Czego pragniesz?
Ujął mnie ten widok przy ostatnich odwiedzinach Dziadka i Babci. Mam nadzieję, że to nie jest nieetyczne robić zdjęcia na cmentarzu... Może zabrzmi to głupio, ale lubię to miejsce. Naprawdę bardzo. W pozytywnym sensie zapiera dech w piersiach. Tyle uliczek, tyle grobów tych, którzy już nie muszą się o nic martwić, ogrom ludzi, którzy zmagają się ze stratą. I zawsze to właśnie cmentarz wzbudza we mnie potężne refleksje.
https://www.youtube.com/playlist?list=PLIJczGUpNvCN4iI7L3GEinRX41g1fpgR8 - nowy album fenomenalnego artysty (rapera) Tau pt. "ON". Utwory z tej płyty polecam posłuchać wieczorem albo kiedy będziecie mieli chwilę czasu na wpadnięcie w zadumę nad wzruszającymi tekstami i bitami.
https://www.youtube.com/playlist?list=PLIJczGUpNvCOI9-gXYbVTLHRj2Hbx50Gz - Piotrek zaszalał i przygotował drugą płytę: "OFF", którą możecie przesłuchać nawet zaraz po przeczytaniu tego, co dziś przygotowałam. 
Boża magia! Duch Święty wstąpił w serce Piotra i z Jego pomocą stworzył wspaniałą muzykę, którą trzeba się dzielić. Takich wartości nie da się zapomnieć
i nie można chować ich przed światem.

Spokojnej niedzieli!

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 26 maja 2017

Nie dawaj dziecku miecza.

"moje serce dawno już pękło
zapomniał o mnie Bóg
też o Nim teraz nie myślę,
gdy lufę wkładam do ust"

"Chciałbym to powiedzieć inaczej, ale po prostu nie mogłem: to wszystko bez Ciebie - chuja warte. Niewypowiedziane słowa bolą bardzo długo. Czasem całe życie."
Cześć.

Przepraszam, że piszę zazwyczaj w weekend, ale przysięgam, że tylko wtedy mam chwilę, by usiąść przy laptopie i pomyśleć o czymś więcej niż jedynie o szkole.

W niedzielę (21.05) odbyła się nasza rocznica sakramentu bierzmowania. Dokładnie rok minął... Chyba jeszcze nie jestem w pełni gotowa, by móc napisać szczere i bezbłędne świadectwo swojej wiary. Jest duża, ale jeszcze nie ogromna. Aczkolwiek muszę przyznać, że ten dzień był momentem kulminacyjnym, mocno pchnął mnie ku temu, by nie bać się głosić Dobrego Słowa, nie wstydzić się mówić o tym, że Bóg jest dobry i choć życie potrafi się zawalić, a my jesteśmy na samym dnie, to trzeba mieć świadomość, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych i nasz Pan nie ma zamiaru zostawić nas w tych głębinach smutku. Skądże! On czeka po prostu na odpowiedni moment. Wiem, że chcielibyśmy już, tu i teraz, ale ludzkimi cnotami są spokój i cierpliwość podczas wyczekiwania na lepsze dni. U mnie jeszcze one nie nastały, ale im bliżej końca roku, tym głębsze mam przekonanie, że dam radę, że musi się udać i Pan Jezus jest ze mną, jest moim Pasterzem i nie pozwoli się poddać własnym słabościom, bo czym one są przy Jego miłości?
Także z ręką na sercu przyznaję, że Jezus prowadzi mnie przez życie i chciałabym, by jak najwięcej osób przyjęło to, co nam ofiaruje, a mianowicie bezcenne dary życia - miłość, pokój w sercu, nadzieję. I mówię... piszę wam: WARTO!
Tegoroczne Spotkanie Lednickie odbywać się będzie pod hasłem: "Idź i kochaj!". Ja już wyruszyłam, a ty?
Sześć osób i kuzyn Mateusza... Nie wnikam, może reszta nie miała czasu, ochoty. Nie ja jestem od sądzenia, oceniania, namawiania. Ale było naprawdę bardzo miło i dobrze jest czasami oderwać się od codziennej monotonni, spotkać starych znajomych, zjeść coś dobrego, pośmiać się, porozmawiać.
Wiecie co jest przykre? Czasami w życiu jest nam tak ciężko, że obarczamy tym przygnębieniem innych i jeśli oni też zmagają się z jakimiś problemami, ale nie mają na tyle odwagi czy ochoty nam o nich mówić, to stajemy pod murem i odchodzą nawet przyjaciele. Bo w pewnym momencie każdy ma prawo pęknąć, mieć już dość, a tobie jest wtedy jeszcze gorzej, bo wiesz, że zawalasz nie tylko swój świat, ale również najbliższych. Diametralnie zmieniłam się przez ten szkolny rok, ale podsumuję go dopiero pod koniec czerwca, kiedy wreszcie uwolnię się z tych pieprzonych murów. Ta szkoła nie jest zła. Broń Boże! Ale wyobraźcie sobie, że człowiek mówi wam: Życie to nieustanna walka o przetrwanie, musicie ciężko pracować każdego dnia, nie ma tu miejsca na przyjemności. I nagle masz ochotę się rozpłakać, bo nie tego się spodziewałeś po kimś, kto (chyba) powinien chociażby spróbować nakierować twoje myślenie na pozytywne aspekty tegoż bytowania na ziemi. Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Bo mi jest bardzo źle, gdy nauczyciel przekłada na nas swoje nieudane życie. Przykro mi, że pani/panu nie wyszło, ale nie chcę, żeby przez to i mojej osobie się w nim (życiu) pochrzaniło. Ciekawe z czego to wynika. To wrogie i niesamowicie niemiłe podejście do młodego człowieka. Może chodzi o szacunek za szacunek? Ktoś się ostro przejechał i już nie ma zamiaru nikomu ufać. Próbuję, naprawdę próbuję te osoby w jakimś stopniu zrozumieć, ale bywa trudno, gdy samemu dopiero wkracza się w świat i poszukuje sensu, autorytetu, kogoś, kto mógłby być pewnego rodzaju kołem ratunkowym, pomocną dłonią wyciągniętą zawsze i wszędzie. Co by nie było, są też ci piękni dorośli, których uwielbiam z całego serca, kłaniam im się nisko za podejście do uczniów, często jestem wzruszona i poruszona tym, co i w jaki sposób dla nas robią. I chyba na tych ludziach trzeba się skupiać.
O tak właśnie wyglądam od kilku miesięcy... Czołgam się ze łzami w oczach po promocję do drugiej klasy. Zdobędę ją. Nie może być inaczej.

https://www.youtube.com/watch?v=dYnS6WGjATU

Hej, dziś chyba Dzień Matki, prawda? Och, jak ja kocham tę nieugiętą w swojej głupocie komercję. Ciekawe co myślą w takie beznadziejne dni ci, którzy kupują znicz, a nie czekoladki...

"Nie wiem, co w Twoim życiu jest powodem "parapetu", ale chcę Ci powiedzieć - jako ten, który z niego zszedł, że warto wrócić do pokoju, w którym podjąłeś/aś taką decyzję. Wrócić, zrobić sobie dobrej kawy, zapalić papierosa, włączyć kawałek dobrej muzyki i raz jeszcze popatrzeć na przestrzeń za oknem i dostrzec parę szczegółów z widoku, który rozpościera się przed Tobą." - Grzegorz Kramer. 

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 20 maja 2017

Jest jak jest.

"Od jakiegoś przeklętego dnia codziennie budzę się niepewna. Nie jestem pewna czy wyłączyłam suszarkę, czy zamknęłam drzwi, czy spakowałam wszystkie książki, czy nie pomyliłam dni, czy jestem tutaj, czy nie, czy wszystko ze mną w porządku, czy aby na pewno pamiętam, żeby ubrać dziś najlepszy z uśmiechów..."

"Depresja nie jest wtedy, gdy chcesz tylko palić i pić. Depresja jest wtedy, kiedy nawet tego ci się nie chce."


Serwus!

https://www.youtube.com/watch?v=zXEQ_DY-5Co - dziś nie zachęcam do słuchania jej w trakcie, raczej do tego, byście po prostu od razu ją włączyli, zobaczyli czy wpadła wam w ucho i nie musicie dalej czytać. Chciałabym po prostu podzielić się tym utworem, bo kilka dni temu podczas oglądania pewnego filmiku bardzo się wzruszyłam, a w tle akurat puszczona była owa piosenka. Polecam! Zawsze chcę szczęścia drugiego człowieka. Nawet tego, który w choćby najmniejszym stopniu nie pokusiłby się o życzenie mi tego samego.
Musztra to fantastyczna sprawa. Uczy współpracy, pełnej powagi i skupienia, poprawnej postawy ciała. Ktoś patrzy z boku i widzi tylko grupę osób machających rękoma, ale przysięgam wam, że trzeba w to machanie włożyć wiele ciężkiej pracy. Żeby się zgrać, żeby nie marudzić, gdy setny raz nie wyjdzie. Dwie godziny, w pełnym słońcu. Topiliśmy się, ale panowie z Powidza byli niezwykle wyrozumiali i mili, więc w gruncie rzeczy się aż do bólu nóg i głowy (od przegrzania) nie napracowaliśmy.
Byliśmy w czwartek na spacerze podczas lekcji wychowania fizycznego. To są dobre momenty, które choć na chwilę utwierdzają mnie w przekonaniu, że... może nie jest aż tak źle. Ale co to tak naprawdę znaczy? Czym jest ten jeden wspólny wypad, który sprawił uśmiech na twarzy, jeśli cała masa innych sytuacji wprawia mnie w kompletne poczucie beznadziei. Zero radości, żadnych chęci do współistnienia na tym świecie z drugim człowiekiem. I muszę przyznać, że zaczyna mnie to niepokoić. Myślę nad skorzystaniem z fachowej pomocy, jakkolwiek to brzmi i cokolwiek sobie pomyślicie, skoro od zawsze pisałam, że nie byłabym w stanie zapłacić komuś za, już nawet nie dobrą radę, ale raczej swego rodzaju naprowadzenie na lepszą drogę, bez tego codziennego uczucia niechęci do świata. 

Nie jestem słaba, jestem zwyczajnie niepewna jutra i tego, czy w końcu, do cholery, coś się w tym życiu zadzieje. Bo póki co monotonia uderza z całą swoją potężną siłą w moje serducho, które bądź co bądź lubi jak się dzieje coś innego niż tylko spanie - szkoła - obiad - drzemka - dwa razy w tygodniu korepetycje - kolacja - zadania domowe - spanie i tak w kółko... To się nie kończy! A chciałabym jakiś przerywnik w tym pieprzonym schemacie. Niekoniecznie taki, który by zaraz miał obrócić moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie, skądże! Ale gdyby tak wydarzyło się coś, o czym nie mogłabym zapomnieć przez kolejny tydzień... Naprawdę tego pragnę. Niby nic na siłę, ale o to właśnie codziennie proszę Boga - o tę sytuację, która wyróżniałaby się pośród znanej mi normy.
Trochę nie po kolei te fakty ostatniego tygodnia, ale nieważne... 
We wtorek dzięki uprzejmości sołtysa Gębarzewa po raz kolejny wybrałam się ze znajomymi do Teatru Muzycznego w Poznaniu. Tym razem na spektakl "Madagaskar". Było doprawdy mega zabawnie! Z olbrzymim zachwytem spoglądałam na ludzi na scenie, którzy bawili się najlepiej jak potrafią i robili to także po to, by rozbawić nas. To z pewnością trudna praca, ale jednocześnie myślę, że daje im ogrom satysfakcji, szczególnie wtedy, gdy przez kolejne pięć minut po występie widzowie stoją i nie raczą przestać bić brawa. Jest to na pewno także bardzo motywujące do dalszego działania na deskach teatru.
Stroje mieli genialne! Nigdy nie oglądałam Madagaskaru jako bajki w telewizji czy kinie, ale ów spektakl wrył mnie w fotel swoją doskonałością. Być może skierowany był raczej w stronę młodych odbiorców, ale i dorośli płakali ze śmiechu. A przecież o to właśnie chodzi! Świetna sprawa. Następny wyjazd w październiku, na nieco odważniejszy temat, ale co się może zdarzyć do października... wie tylko Bóg. 
"Teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie."

Trzymajcie się.

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 13 maja 2017

Szukam.

"Wszystko mija tak szybko, że boisz się mrugać."

"Mam ochotę się wtulić, tak z całej siły, w kogoś, komu mogę zaufać (...).
Chciałabym pozostać w tej pozycji wiele, wiele godzin, aż spłynie ze mnie cały gniew, bunt, cały ten cholerny, wielotonowy smutek."

Cześć! 

Od dwóch tygodni męczę się, by coś dla was napisać. Naprawdę sprawia mi to ból i jest nie lada wyzwaniem, bo czuję "wypalenie", mam wrażenie, że już nie umiem tworzyć, ubierać rzeczywistości w słowa. Kompletny brak jakichkolwiek sił, żadnej motywacji, weny. Czuję pustkę, frustrację, same negatywne emocje.

Majówka była do dupy. Odpoczęłam, to oczywiste, ale pogoda nie do życia. Nie usprawiedliwiam nią swojego złego samopoczucia, ale bądź co bądź chyba ma na nas jakiś wpływ. Przynajmniej na mnie.
Wczoraj na termometrze dwadzieścia stopni, na niebie palące słońce, a dla klas mundurowych przygotowana dwugodzinna musztra na stadionie. Dwóch żołnierzy z Powidza przyjechało. Akurat trafiliśmy na tego, który przy najmniejszej pomyłce mówił: Beret w lewą rękę i kółeczko. Mnie również zdarzyło się zakręcić i trzeba było wykonać zadanie. Ale dałam radę. Stronię raczej od wysiłku fizycznego, a jednak kiedy jestem w mundurze i mam świadomość kto na mnie patrzy, to nie myślę o niczym i po prostu biegnę. Chociaż boli (uroki desantów i niezbyt dobrej kondycji), chociaż gorąco, chociaż się nie chce, to człowiek wykonuje co do wykonania ma i po sprawie.
"Człowiek może być wszystkim" mówi nasza polonistka podczas omawiania utworu Giovanniego Pico della Mirandola - O godności człowieka.
"(...) najbardziej szczęśliwą i najbardziej godną wszelkiej czci istotą jest człowiek (...)" - czytam ten tekst i jestem zachwycona! Lekcja polskiego również niezwykle mnie ujęła.

Zawsze myślałam, że nie jestem w stanie dojść do momentu, kiedy moje życie nie będzie życiem, ale bytowaniem... rozumiecie? Ja jestem na tym świecie i nic poza tym. Nic nie powoduje u mnie takiej radości, jaką odczuwałam jeszcze ponad pół roku temu. Wiem, wiem! Nie można, w żadnym wypadku, ciągle wracać do przeszłości, ale to jest coś, co mnie zamknęło w swych sidłach i mimo iż nie wspominam jej tak jak robiłam to na początku roku szkolnego, to jednak nieustannie gdzieś z tyłu głowy pojawiają się wyjątkowo drażniące myśli, które dają mi do zrozumienia, że od dziewięciu miesięcy szukam punktu zaczepienia, koła ratunkowego, kogoś albo czegoś, co by nie tyle pozwoliło mi zapomnieć, ale by mnie uratowało, nadało życiu sens, zmieniło spojrzenie na to wszystko, również na samą siebie. Szukam i do dziś nie znalazłam. Coraz więcej spraw podupada, w tym i ja z dnia na dzień się kruszę, maleję, słabnę. Ostatkiem sił trzymam się Jezusa i Jego słów: "(...) Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności (...)" oraz tego, o czym pisał święty Piotr: "(...) A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków. Amen."
https://www.youtube.com/watch?v=NgPhDHy5iAg

Trzymajcie się. Chociaż wy! 

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 29 kwietnia 2017

Wojna niejedno ma imię.

"Wysłucham Cię. Zawsze. Po prostu przyjdź i zacznij mówić. Nie musi być mądrze, ani składnie. Zrobię Ci kawę albo miętę, albo nic i tylko zegar będzie tykał w tle. Wysłucham Cię. Pamiętaj."

"Nigdy tego nie żałowałam, nawet przez sekundę. Jak można żałować jednej z najlepszych nocy w swoim życiu? Tak się po prostu nie robi. Trzeba pamiętać każde słowo, każde wspomnienie, nawet wtedy, gdy to wspomnienie zaczyna boleć."

Hej!

https://www.youtube.com/watch?v=hvGat82JErw - możecie włączyć podczas czytania.

Osobiście również staram się nie żałować niczego, co mnie w życiu spotkało. Nieważne pod wpływem jakich emocji dana sytuacja miała miejsce. Ważne, że miała i mniej lub bardziej wpłynęła na dalszą życiową przygodę.

To były dni pełne przeróżnych emocji. Od ubawu po pachy, przez łzy ogromnego smutku, aż do nieokreślonego bólu fizycznego połączonego z psychicznym.

We wtorek odbyła się premiera naszego filmu... Cholera, znowu brzmi to nazbyt poważnie. No ale! Pani zaproponowała nam, przy okazji omawiania tekstu "Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią", byśmy nagrali groteskowy filmik, który ukazałby fakt, że śmierć przyjdzie po każdego i w dodatku zrobi to w najmniej oczekiwanym momencie, więc nie ma się czego bać, dlatego najlepiej przedstawić ją w sposób zabawny, łagodny w przyjęciu, że się tak wyrażę.
Muszę przyznać, że bardzo się bałam, bo to był nasz debiut w nowej szkole. Chyba nikt nie spodziewał się, że owa produkcja będzie tak udana. Sprawi klasie
i nauczycielce tak wiele radości. Myślę, że to mogła być w minimalnym stopniu inspiracja dla innych, by podczas kolejnego projektu i oni dorzucili swoją cegiełkę, spróbowali zrobić coś w tym stylu, z czym dotychczas nie mieli styczności. Jestem szczęśliwa, że po raz kolejny się udało. Któryś rok z rzędu. Z tą samą frajdą.
W czwartek niestety nieco mniej przyjemna sprawa, a mianowicie... Byliśmy na pogrzebie taty koleżanki z klasy. Kurczę, to niezwykle przykry temat, bo gdy widzisz łzy tak młodego człowieka, którego rodzic właśnie spuszczany jest dwa metry w dół w trumnie nachodzi cię milion myśli. Nieistotne, jak bardzo nas czasem mama i tata irytują, szacunek i miłość należą im się bezinteresownie, choćby z jednego, najprostszego powodu - dzięki nim znaleźliśmy się na tym świecie. Nie obchodzi mnie, czy się wam ten fakt podoba, ale ma on miejsce i trzeba sobie z niego zdawać sprawę. I zawsze ich kochać. Bo może niekiedy jest jak jest, ale gdy przyjdzie moment chowania któregoś z nich... nagle wszystko pęka, zapomina się o każdej wyrządzonej krzywdzie, wtedy dopiero tak usilnie ma się ochotę otworzyć trumnę ojca czy też matki i już nigdy ich nie puścić. Obyśmy nie mieli takiej sytuacji. "Śpieszmy się kochać ludzi..."

Ostatnia kwestia - wyjazd na poligon do Wędrzyna. Muszę przyznać, że dawno nie dostałam tak solidnie w kość. Czuję każdy swój mięsień, mam chyba każdą część ciała w siniakach, ale wiecie co? Mam także uśmiech na twarzy i radość gdzieś w środku siebie, bo to było fantastyczne doświadczenie. Bywają takie momenty, kiedy zastanawiam się, co właściwie robię w klasie o takim profilu, ale podczas tego typu przedsięwzięć uświadamiam sobie, że jednak mój pobyt w właśnie tej szkole ma olbrzymi sens. Wojsko to instytucja, która od zawsze była czymś zapierającym dech w piersiach i sprawiała, że naprawdę chciałam się w ten temat zagłębić. I proszę bardzo - po latach otrzymałam taką możliwość.

Tor psychologiczny (https://www.youtube.com/watch?v=EYn9l2OZcBg) - totalna ciemność, na każdym kroku przeszkody i tylko jedna myśl w głowie: byle jak najszybciej stamtąd wyjść. Serio! Niełatwa sprawa, nazwa nie kłamie, a tor faktycznie mocno oddziałuje na psychikę. Nie przeszłabym go sama, bynajmniej nie na tym etapie życia i w dodatku pod presją czasu.
Następnie tor przeszkód, tak to ujmę. Czołganie się w wąskim kanale, na szczęście przy znacznie większym dostępie światła niż w miejscu pierwszego zadania, przeskakiwanie przez niemałe mury, przeczołganie pod drutem kolczastym i sporo podobnych atrakcji.
Kolejny etap - chwytamy karabin, czołgamy się (tym razem na trawie) kilkanaście metrów, później na kolanach, ale wcale nie było lepiej, następnie biegniemy kilka kroków, zatrzymujemy się, czekamy aż partner przebiegnie kilka metrów przed nas i powtarzamy tę przemiłą czynność około trzech, może czterech razy. Zrobilibyśmy więcej, ale poprzednie zadania wystarczająco nas wykończyły. Zabawa jednak się nie skończyła, moi drodzy! 
Kolejnym punktem była możliwość skorzystania z cyfrowego symulatora pola walki, a nazywał się on - Śnieżnik. Autentyczna broń, tyle że "napędzana" gazem, a nie prawdziwą amunicją. Spore emocje, nie było łatwo, a na końcu naszej misji dostałam z broni kolegi w nos, ale przez przypadek, więc się nie gniewam.
Uczyliśmy się sposobów przenoszenia rannych z miejsca wypadku, a także tego, jak wybudować okop strzelecki. Mieliśmy również możliwość "przejażdżki" KTO Rosomakiem, a i porozmawiać się udało z żołnierzami w drodze z punktu A do punktu B. Dobrzy ludzie i dobrą robotę wykonują.

Wyjazd uważam za udany! Dziś ledwo wstałam z łóżka i póki co z wielkim bólem wykonuję każdą czynność, ale jutro wstanę jak nowo narodzona, więc... coś za coś. Dziękuję organizatorce wyjazdu, a także pani, która pomagała w "okiełznaniu" młodych, szalonych dzieciaków. Ale byliśmy grzeczni, a przynajmniej staraliśmy się. No i każdemu, kto miał ochotę poznać wojskowy świat od strony praktycznej. A także Panu Bogu za ładną pogodę i szczęśliwy dojazd w jedną oraz drugą stronę.  

Do następnego!

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 23 kwietnia 2017

Habita tecum.

"Mów dziecku,
że jest dobre,
że może,
że potrafi."

"Marzę o tym, by każdy z was, by każdy z nas umiał słuchać innych. We wsłuchiwaniu się w czyjeś słowa tkwi wielka mądrość. Ja dużo słucham innych. Objechałem cały świat, byłem w najpiękniejszych krajach, widziałem wspaniałą architekturę, krajobrazy.
 A jednak najpiękniejsze z tego, co widziałem na całym świecie - to drugi człowiek."

Cześć!

Niedziela Miłosierdzia Bożego... To naprawdę piękny dzień, bo wydaje mi się, że większość ludzi jest wzrokowcami i, no wiecie, jak człowiek zobaczy, że jest napisane właśnie coś takiego, to od razu jakoś tak inaczej do tego podejdzie, może się nad tym spróbuje zastanowić. Tak samo było wczoraj - Międzynarodowy Dzień Ziemi i automatycznie było głośno o tym, byśmy się naszą Matką Ziemią zajęli. Wzięli ją w swe objęcia. Zatroszczyli się o nią, tak jak ona zatroszczyła się i wciąż troszczy o nas, dając w prezencie tyle naturalnego piękna. Nie ma niczego bardziej doskonałego od świata natury. Niczego. Poważnie. 

Z dbaniem o Ziemię jest chyba łatwiej niż z dbaniem o wiarę. Ona jest bardzo niestabilna. Tak łatwo ją skruszyć, połamać, odstawić na bok, czy wręcz o niej zapomnieć. Takie dni jak Niedziela Miłosierdzia i to Miłosierdzia Pana Boga pokazują mi, że proces nawracania to taka pewnego rodzaju przygoda, która trwa całe... calutkie życie. Miłość do Stwórcy to nie lada wyzwanie. To bitwa pomiędzy sobą, a sobą. Serio. Nieustająca walka naszej duchowej strony, w naszym wnętrzu. Jest to oczywiście także ogromne poświęcenie i oddanie, bo nie łatwo jest głosić Słowo Boże. Może inaczej... Trudno jest głosić Słowo Boże, gdy wokół tyle niedowiarków, ludzi chcących dla własnej przyjemności uprzykrzyć życie drugiemu. Rozumiecie co mam na myśli? Dodajmy do tego fakt, że sami nie jesteśmy święci i na każdym kroku jesteśmy narażeni na zwątpienie, na utratę mocy dzięki której dajemy radę mówić, że Bóg jest dobry. Nie ukrywajmy - wiara jest ciężkim orzechem do zgryzienia, myślę jednak, że warto połamać sobie wszystkie zęby i wciąż iść dalej. To wszystko znaczy o wiele więcej niż kilka siniaków na ciele czy sercu, bo się komuś coś nie spodobało. Chrzanić innych. Zawsze wychodzę z założenia, że trzeba mówić, powtarzać wielkie słowa, z uporem, nie przestawać, a Bóg nam to wynagrodzi, niezależnie od tego, co ludziska z tym zrobią. Tomasz w dzisiejszej Ewangelii rzekł: <<Pan mój i Bóg mój!>> To jest to, o co i dlaczego warto walczyć. A duchowa bitwa jest czasami bardziej krwawa niż niejedna taka z karabinami i bombami. Bo na polu duchowej również używane są karabiny i bomby, ale objawiają się w słowach, a słowa... słowa przecież też potrafią ranić, doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, to oczywiste.

Wiecie co? Dziś także w tej pięknej Ewangelii zawarta jest kwintesencja wiary: "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli". 
Tegoroczne uroczystości ku czci św. Wojciecha - patrona Gniezna kolejny rok z rzędu jak najbardziej udane. Uwielbiam te procesje - w sobotę wieczorem, a w niedzielę rano. Są niesłychanie dostojne! Sprawiają mi bardzo dużo radości. Lubię patrzeć na ludzi, którzy uczestniczą w procesji bezpośrednio, jak również na tych stojących po bokach i przyglądających się, a na końcu również włączających się w pochód. Coś niesamowitego. Jestem tam każdego roku. Zawsze. W tym roku uroczystości były wyjątkowo podniosłe, ponieważ obchodzimy akurat wspaniały jubileusz -sześćsetlecie prymasostwa w Polsce.
Co jeszcze mnie wczoraj wprawiło w zachwyt? Darmowy koncert Luxtorpedy na gnieźnieńskim rynku. Po dwóch latach! Pamiętam, że w przeddzień spotkania z koleżanką poznaną w Internecie wybrałam się na ich występ. Ach! Wtedy i dziś - ta sama petarda. W głosie, w podejściu do słuchających. Oni są fantastyczni... 
Lubię słuchać takich zespołów, ponieważ czuć w nich autentyczność. Są doskonali w swych niedoskonałościach. Przysięgam. Niektórzy się bawili, inni lekko tupali nogą, a jeszcze inni po prostu stali i się w muzykę w pełni wsłuchiwali. Super sprawa! Bardzo mało osób z telefonami uniesionymi ku górze, byle tylko pokazać coś innym, zero wewnętrznych przeżyć. Takich tu i teraz. Takie wydarzenia są mega przyjemne w odbiorze. Brawo dla organizatorów! I ogromne dziękczynienie dla chłopaków, że zechcieli dla Gniezna zagrać. 
Na koniec chcę wam polecić dwa filmy, a za jakąś godzinkę skończę oglądać trzeci i pewnie też wam o nim wspomnę, ale w kolejnym wpisie. 
"Psy" z 1992 roku. Coś tak znakomitego, że aż mi brakuje słów. Przytoczę więc to, co pisałam na Facebooku:
O wielu filmach, szczególnie tych zwanych "klasykami kina" bardzo dużo się mówi, słyszy się o nich, ale do większości z nich trzeba... no nie wiem... chyba dojrzeć. Tak, to dobre słowo. A później samemu można zwać owe filmy KLASYKAMI i filmami naprawdę dobrymi... naprawdę! Więc polecam. "Dobre, bo polskie!" Przy takich produkcjach z dumą się te słowa wypowiada. 
To samo tyczy się drugiej części, a mianowicie "Psy II: Ostatnia krew" z 1994 r. 
Jeśli będziecie mieli możliwość, chęci, chwilę czasu... serdecznie i z ręką na sercu zachęcam. Polska kinematografia ma w zanadrzu wiele takich perełek. Trzeba tylko chcieć szukać.
Bogusław Linda, Cezary Pazura, Marek Kondrat - filmy z nimi to majstersztyki. Klasa sama w sobie... przez wielkie K


"Któregoś dnia podniosę tę dłoń w stronę nieba, 
i krzyknę z sił całych - Boże! Przebacz!" 

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Alleluja! Dobra Nowina.

"Czas mija szybko, tak szybko, że nawet się nie spostrzegłem jak upłynęło kilka ważnych etapów mojego dotychczasowego życia, na które jeszcze niedawno tak bardzo czekałem."

Dzień dobry.

Dobry, bo mogłam pospać do dziewiątej, zważywszy na fakt, że zasnęłam chwilę po drugiej.

W razie jakby ktoś nie wiedział albo by się przejadł jajkami i stracił racjonalne myślenie, to przypominam, że Jezus Chrystus zmartwychwstał.
"(...) Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami". Otóż to, moi drodzy! Moje telefoniczne Pismo Święte podpowiada, że wczorajsze drugie czytanie, a mianowicie Święty Paweł mówił tak:
"(...) Wyrzućcie więc stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, bo przecież przaśni (tzn. surowi, można by rzec - niedoprawieni) jesteście". Co to oznacza? Oznacza, że mamy się autentycznie narodzić po raz kolejny, powstać z martwych, z tych naszych złości, niedomówień, kompleksów. Wstać i żyć! Zmarły rok temu, właśnie w Poniedziałek Wielkanocny, ksiądz Jan Kaczkowski rzekłby, że mamy żyć wręcz na pełnej petardzie. Z całych sił.

Rok temu pisałam: "Może Jezus zmartwychwstał właśnie po to, byśmy mogli usiąść wspólnie przy stole i zjeść śniadanie… uśmiechnąć się, wzajemnie wysłuchać". Niekompletna była wtedy moja wiara. Bardzo słaba. Umiejscowiona na krawędzi pomiędzy pójściem za Słowem Bożym, a totalnym odwróceniem się od Chrystusa i obraniu zupełnie innej drogi. A jednak jestem tu i głoszę Jego chwałę. Arcybiskup Henryk Muszyński w Wielką Sobotę powiedział, że łapie się na tym, że im jest starszy i im więcej tych obchodów świąt Wielkiej Nocy ma za sobą, to tym głębiej i dojrzalej widzi to wszystko, co ma w tym czasie miejsce. Jezus z roku na rok coraz bardziej go pociąga, przyciąga do Siebie, intryguje. Rozumiecie. I to jest naprawdę trafne stwierdzenie. Bo Chrystus, nasz Pan, faktycznie jest cholernie intrygujący i tak to jest w naszym życiu... Przybywa nam lat, to i horyzonty się rozszerzają, to i perspektyw o wiele więcej zaczynamy dostrzegać. Piękna sprawa. Doprawdy. 
Choć organizm nie bardzo przyzwyczajony jest do tego, że od święta kładę się dość późno, to mimo wszystko... kurczę, wieczorne refleksje są naprawdę niezwykle korzystne.

"Także my, kamyki na drodze, na tej ziemi bólu, tragedii, z wiarą w zmartwychwstałego Chrystusa mamy znak pośród tylu katastrof; sens, by sięgać dalej wzrokiem, by mówić, aby nie patrzeć w mur, bo za nim jest horyzont."

To są wczorajsze, podobno improwizowane słowa papieża Franciszka i gdy się tak nad nimi zastanawiam, to cieszę się, że jestem właśnie takim kamykiem na drodze, który przede wszystkim nie chce patrzeć w mur, w jeden punkt, nie chce mieć klapek na oczach. I napawa mnie radością również świadomość tego, że nie jestem na tej drodze poszukiwania sensu życia sama. Chyba bym zwariowała bez przyjaciółki. Im jestem starsza, tym szerzej i głębiej widzę, ale jednocześnie tym większy zachowuję dystans do ludzi, do tego co mówią. Bo się tak wiele razy przejechałam na tych małych skurczybykach. I nie mam im za złe, że są grzesznikami, bo ja też nim jestem, ale chyba najważniejsze jest, by ten grzech likwidować. Jeśli oni go nie widzą - ok, ich sprawa, ale ja nie mam zamiaru tego bagatelizować, męczyć się tym świństwem wraz z nimi. Mogę ich w jakiś sposób pouczyć, choć uważam, że nie taka moja rola, że chyba nie jestem godna, nie przy tak małym doświadczeniu życiowym. Do czego jednak zmierzam? Przy tylu osobach, które chcą ci uprzykrzyć życie albo robią to nieświadomie, np. pod wpływem innych... przy tylu właśnie fałszywych, nieznośnych człekach jest ta jedna, moja rówieśniczka, która przywraca mi wiarę w ten świat cholernie pustej młodzieży. Serio. Przysięgam, nie chcę nikogo urazić, nie to mi w głowie. Ale widzę zachowanie niektórych, ich kompletnie okrojone horyzonty i chce mi się płakać, bo życie jest zbyt cenne, by je przeżyć dla samego przeżycia. No błagam! Tyle fantastycznych aspektów wszechświata jest do odkrycia, a ludziska się tak niesamowicie ograniczają, zamykają w swoich szufladkach i jeszcze myślą, że to jest dobre... naprawdę czują się z tym - podobno - całkiem w porządku. 
No i właśnie ona wczoraj napisała, że nasza znajomość jest NIEPRZECIĘTNA. Wiecie jak wiele takie określenie znaczy? 

Jaki końcowy wniosek z tych przemyśleń chciałabym wysunąć? Proszę was, nie bądźcie przeciętni, ograniczeni, płytcy, niemający nawet najmniejszych chęci, by zrobić coś dobrego ze swoim życiem, z myśleniem o tym życiu. Zachęcam was, byście się nie bali wyjść poza szereg tych baranów, którym dobrze jedynie w stadzie równym ich horyzontom. Dobrze jest być innym. Byle nie na siłę, a w zgodzie ze swoim sumieniem, by być szczęśliwym i przeżyć to życie tak, żebyście na łożu śmierci mogli powiedzieć: "Spełniona/y". Nie wiem jak wy, ale ja chcę być spełniona. Do tego dążę. I dosięgnę nieba. Z pomocą naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Amen.
Trzymajcie się! 

Przekazujcie Dobrą Nowinę dalej! 

~~Zbuntowany Anioł