Dzień... wcale nie dobry. Czasami tak bywa.
Wiecie, za nic nie mogę pojąć tego, co się wydarzyło. Może jestem nadwrażliwym człowiekiem, ale dla mnie szczytem głupoty jest karać dobrych ludzi. Dlatego uważam większość za idiotów, tak samo jak oni mnie. I co z tego? Nic. Właśnie. Jeśli ktoś chce schrzanić komuś życie - proszę bardzo, ale niech pamięta, że nie jest sam. Nie ważne, już zamykam buzię w tej sprawie, co ma być, to będzie, ja mogę tylko przyczynić się do tego, by było dobrze i staram się... jak mogę.
Może tak przechodząc do tematu notki, która i tak będzie krótka, bo naprawdę brakuje mi ostatnio na wszystko słów.
Nie mogę zrozumieć, jakim cudem w tym wieku ktokolwiek potrafi z własnej woli odmówić sobie słodkości, które są przyjemnością i nic nikomu do tego. Super, naprawdę super, że ludzie robią coś w kierunku zdrowego życia, ale widzę, że niektórzy nie podchodzą do tego na zasadzie: Ćwiczysz? Fajnie. Nie ćwiczysz? To nic. Tylko raczej: Ćwiczysz? Mój gość! Nie ćwiczysz? Kretyn. Takie jest moje odczucie co do niektórych wielkich ''fit'' osobników. Ale to nic, naprawdę, nie denerwujcie się... szanuję was, tylko nie podchodźcie do tego wszystkiego z taką powagą, z takimi nerwami, bo ktoś mówi wam, że nie ma zamiaru nic ze sobą zrobić. Jego życie, prosta sprawa. Czasami jest mi po prostu przykro, gdy patrzę na jakąś nastolatkę na przyjęciu, która odmawia kawałka tortu, a w rzeczywistości pożera go wzrokiem. Kurczę, chyba nie tak być powinno.
"Masz wysokie ambicje? To wejdź na nie i skocz''.
Liczę na to, że wasze życie układa się jak najlepiej!
Trzymajcie się.
~~Zbuntowany Anioł
niedziela, 10 maja 2015
czwartek, 7 maja 2015
''Każdy mówi, że wie jak jest, tylko każdy inaczej''.
Cześć!
Jestem już, jestem. Obietnice to obietnice, trzeba nauczyć się je wypełniać.
Zastanawiałam się, jaki mogę poruszyć temat i zainspirowała mnie Iza, po ostatniej poniedziałkowej lekcji. Przejdźmy więc do sedna.
Wiecie, nie mam zamiaru nikogo urazić, ale faktycznie zgadzam się z mocnymi słowami koleżanki, która postawą dorosłego była oburzona. Nie dziwię się. Sama zastanawiam się, jak można oceniać przyszłość człowieka po jego statusie społecznym? A bo jest Polakiem, to na pewno będzie zarabiał dwa i pół tysiąca. Jeśli pochodzi z biednej rodziny, to z pewnością pójdzie w ślady jej członków.
No matko i córko, nie takie powinniśmy myślenie obierać! W szczególności dorośli, którzy w pewnej mierze prowadzą nas słowami i czynami do tego, kim ewentualnie możemy kiedyś być. Nie w zawodzie, ale w życiu. Rozumiecie. Nauczyciele mają dawać przykład tego, kim są, a nie tego czego się wyuczyli, wiecie co mam na myśli, tzn. Co zapamiętałam z ostatniego apelu. Wychodzi na to, że ucząc takiego schematycznego sposobu życia, dana osoba sama go prowadzi i to jest smutne.
Nie ma co przejmować się takim podejściem. Przykre to, ale to nie NASZE podejście i jeśli mamy obrany jakiś cel - dążmy do niego i pokażmy takim pesymistom, że jednak można... oj, można!
''Pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej płakać z braku szczęścia w mercedesie niż na rowerze''.
Tak poza tematem... też macie czasem wrażenie, że inną sprawą jest w pewnym stopniu tęsknić za kimś, gdy jest chory i wróci za tydzień, a inną tęsknotą jest sytuacja, w której wiesz, że nie ma danej osoby, bo NIE MOŻE być.
Skomplikowana sprawa.
''Każdy mówi, że wie jak jest, tylko każdy inaczej''.
Do następnego, hej!
~~Zbuntowany Anioł
Jestem już, jestem. Obietnice to obietnice, trzeba nauczyć się je wypełniać.
Zastanawiałam się, jaki mogę poruszyć temat i zainspirowała mnie Iza, po ostatniej poniedziałkowej lekcji. Przejdźmy więc do sedna.
Wiecie, nie mam zamiaru nikogo urazić, ale faktycznie zgadzam się z mocnymi słowami koleżanki, która postawą dorosłego była oburzona. Nie dziwię się. Sama zastanawiam się, jak można oceniać przyszłość człowieka po jego statusie społecznym? A bo jest Polakiem, to na pewno będzie zarabiał dwa i pół tysiąca. Jeśli pochodzi z biednej rodziny, to z pewnością pójdzie w ślady jej członków.
No matko i córko, nie takie powinniśmy myślenie obierać! W szczególności dorośli, którzy w pewnej mierze prowadzą nas słowami i czynami do tego, kim ewentualnie możemy kiedyś być. Nie w zawodzie, ale w życiu. Rozumiecie. Nauczyciele mają dawać przykład tego, kim są, a nie tego czego się wyuczyli, wiecie co mam na myśli, tzn. Co zapamiętałam z ostatniego apelu. Wychodzi na to, że ucząc takiego schematycznego sposobu życia, dana osoba sama go prowadzi i to jest smutne.
Nie ma co przejmować się takim podejściem. Przykre to, ale to nie NASZE podejście i jeśli mamy obrany jakiś cel - dążmy do niego i pokażmy takim pesymistom, że jednak można... oj, można!
''Pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej płakać z braku szczęścia w mercedesie niż na rowerze''.
Tak poza tematem... też macie czasem wrażenie, że inną sprawą jest w pewnym stopniu tęsknić za kimś, gdy jest chory i wróci za tydzień, a inną tęsknotą jest sytuacja, w której wiesz, że nie ma danej osoby, bo NIE MOŻE być.
Skomplikowana sprawa.
''Każdy mówi, że wie jak jest, tylko każdy inaczej''.
Do następnego, hej!
~~Zbuntowany Anioł
niedziela, 3 maja 2015
Pierwsza Komunia Święta.
Hej!
Wiecie, jestem amatorem i naprawdę wciąż poznaję tajniki bycia ''dobrym blogerem'', to bardzo ważne, by każdego dnia nauczyć się czegoś nowego. I robię to. W związku z tym będę starała się wprowadzić w mój pobyt tutaj pewne zmiany. Wpisy przynajmniej dwa/trzy razy w tygodniu.
Jak czytałam - ważne jest, by pisać często, ale publikować tylko to, co MY uważamy za godne pokazania. Coś nie wyszło? Do szuflady i poczekać na przypływ weny, która pomoże skorygować wszelkie niedogodności. Czas zacząć w poważny sposób prowadzić coś, co jest dla mnie ważne i coś, co jest dla ludzi. To z takich informacji, bo tytuł jednoznaczny, a ja kolejny raz zaczynam bazgrołami o sprawach organizacyjnych. Wybaczcie. Przechodząc do sedna...
Chcę poruszyć temat sprzed siedmiu lat. Kurczę, jak to tajemniczo brzmi.
Mowa tu oczywiście o moim pierwszym, osobistym spotkaniu z Tym tam na górze. Kluczowy moment w moim religijnym życiu. Piękne jest to, że minęło tyle lat, a ja wciąż z Nim jestem. Czasem się buntuje, czasem kłócę o sprawy ważne i te drugie, ale przychodzą momenty pojednania, zgody, wspólnego zdania i to jest świetne! Niesamowite, ile przez te lata się zmieniło. Tamtego dnia uśmiechnięta, a jednocześnie z powodu stresu poważna Natalia siedziała i z niecierpliwością czekała na przyjęcie Go do swego serca. Wow. A dziś? Chodzę tam z wielką radością i dumą, bo wiem po co, wiem do kogo i wiem, że z własnej woli. Mam nadzieję, że jeśli On jest i widzi moje starania, słyszy modlitwę i w rzeczywisty sposób jest przy mnie... jest szczęśliwy. Niektóre sytuacje, pewne egoistyczne i bezmyślne sprawy odsuwają moje uczucie od Niego, ale są oczywiście pozytywne strony i bardzo dobrze. Wciąż kroczę jakąś drogą, a On idzie obok mnie i oby to nigdy się nie zmieniło. Dobrze mieć przy sobie kogoś takiego. Silny z Niego gość i chwała Mu za to.
Chcę poruszyć temat sprzed siedmiu lat. Kurczę, jak to tajemniczo brzmi.
Mowa tu oczywiście o moim pierwszym, osobistym spotkaniu z Tym tam na górze. Kluczowy moment w moim religijnym życiu. Piękne jest to, że minęło tyle lat, a ja wciąż z Nim jestem. Czasem się buntuje, czasem kłócę o sprawy ważne i te drugie, ale przychodzą momenty pojednania, zgody, wspólnego zdania i to jest świetne! Niesamowite, ile przez te lata się zmieniło. Tamtego dnia uśmiechnięta, a jednocześnie z powodu stresu poważna Natalia siedziała i z niecierpliwością czekała na przyjęcie Go do swego serca. Wow. A dziś? Chodzę tam z wielką radością i dumą, bo wiem po co, wiem do kogo i wiem, że z własnej woli. Mam nadzieję, że jeśli On jest i widzi moje starania, słyszy modlitwę i w rzeczywisty sposób jest przy mnie... jest szczęśliwy. Niektóre sytuacje, pewne egoistyczne i bezmyślne sprawy odsuwają moje uczucie od Niego, ale są oczywiście pozytywne strony i bardzo dobrze. Wciąż kroczę jakąś drogą, a On idzie obok mnie i oby to nigdy się nie zmieniło. Dobrze mieć przy sobie kogoś takiego. Silny z Niego gość i chwała Mu za to.
A tak poza tematem wiary, chciałabym zaproponować wam pewien film.
Jeden z tych, których się nie szufladkuje, taki obraz, którego nie można zakwalifikować do fajnego/nie fajnego. To specyficzny rodzaj, który nie trafi do każdego, ale jest warty uwagi, szczególnie dojrzałych widzów. Dlatego, jeśli czyta to ktoś z moich dorosłych bliskich - proszę bardzo.
A mowa tutaj o filmie: ''Wstyd'' z 2011 roku. Zwiastun mogłabym oglądać w nieskończoność. Jest taki intrygujący i porywający.
A mowa tutaj o filmie: ''Wstyd'' z 2011 roku. Zwiastun mogłabym oglądać w nieskończoność. Jest taki intrygujący i porywający.
~~
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście w tych dniach wystawić naszej pięknej, polskiej flagi, prawda?
Może nie jestem zagorzałym patriotom, ale takie gesty są ważne. Bardzo ważne.
Może nie jestem zagorzałym patriotom, ale takie gesty są ważne. Bardzo ważne.
Spokojnej niedzieli, trzymajcie się.
~~Zbuntowany Anioł
środa, 29 kwietnia 2015
Ostatni będą pierwszymi.
Witajcie.
Znowu przerwa tak długa jak droga z mojej ukochanej wsi do... Poznania.
No nie ważne.
Każdemu należy się chwila wytchnienia, szczególnie gdy jest to czas na zastanowienie się nad tym, co robisz, jaki sens tego czy tamtego. Rozumiecie.
Znane słowa okazały się dzisiaj piękną rzeczywistością. Sprawdziły się one idealnie.
Pamiętam, że dobre pół roku temu zawody wyszły naprawdę kiepsko. Obwinialiśmy swoje umiejętności, wina spadła również na kiepską broń i tak dalej, i tak dalej. Ale dzisiaj było inaczej. Broń fantastyczna, celność bardzo dobra i wygrana bez dwóch zdań!
W każdej możliwej kategorii.
Coś wspaniałego. Drużynowo - pierwsi. Indywidualnie jeśli chodzi o chłopaków - kolejny triumf i kobieca strona medalu, czyli mój sukces - moje pierwsze miejsce. Coś niezwykłego.
Jestem pod wrażeniem. To świetne uczucie wracać do domu ze świadomością bycia najlepszymi i ogromną dumą, że w końcu się udało. Stworzyliśmy idealny skład, który osiągnął wiele i oby więcej takich sukcesów. Do tego dążymy.
A jak wasze życie? Jakieś sukcesy w ostatnim czasie?
Liczę na to, że tak.
Trzymajcie się.
~~Zbuntowany Anioł
Znowu przerwa tak długa jak droga z mojej ukochanej wsi do... Poznania.
No nie ważne.
Każdemu należy się chwila wytchnienia, szczególnie gdy jest to czas na zastanowienie się nad tym, co robisz, jaki sens tego czy tamtego. Rozumiecie.
Znane słowa okazały się dzisiaj piękną rzeczywistością. Sprawdziły się one idealnie.
Pamiętam, że dobre pół roku temu zawody wyszły naprawdę kiepsko. Obwinialiśmy swoje umiejętności, wina spadła również na kiepską broń i tak dalej, i tak dalej. Ale dzisiaj było inaczej. Broń fantastyczna, celność bardzo dobra i wygrana bez dwóch zdań!
W każdej możliwej kategorii.
Coś wspaniałego. Drużynowo - pierwsi. Indywidualnie jeśli chodzi o chłopaków - kolejny triumf i kobieca strona medalu, czyli mój sukces - moje pierwsze miejsce. Coś niezwykłego.
Jestem pod wrażeniem. To świetne uczucie wracać do domu ze świadomością bycia najlepszymi i ogromną dumą, że w końcu się udało. Stworzyliśmy idealny skład, który osiągnął wiele i oby więcej takich sukcesów. Do tego dążymy.
Liczę na to, że tak.
Trzymajcie się.
~~Zbuntowany Anioł
wtorek, 14 kwietnia 2015
Przyrzeczenie naturalnego piękna.
Dzień... niech będzie dobry. Czasami ma się ochotę napisać tu te cholernie negatywne myśli, ale jaki w tym sens? To byłoby bezcelowe, a nie taka rola mojego uczestnictwa w tym miejscu.
Zresztą, nie lubię zamartwiać ludzi swoimi banalnymi smutkami, bo każdy je ma, to takie ludzkie... No nie ważne.
Jeśli poczuję kiedyś natchnienie do napisania wam czegoś z ''innej półki'', niekoniecznie przygnębiającego was dogłębnie, to ujmę tutaj te myśli.
Ale dziś nie o tym. Mam dwie ciekawe sprawy do omówienia. Zapraszam.
PS: Jesteście najlepsi... ponad trzy tysiące, czy wy to widzicie? Jestem wzruszona, poruszona, zachwycona i naprawdę szczęśliwa. Kocham was. Dziękuję. To najpiękniejsze doświadczenie mojego dotychczasowego życia. Wow!
Zresztą, nie lubię zamartwiać ludzi swoimi banalnymi smutkami, bo każdy je ma, to takie ludzkie... No nie ważne.
Jeśli poczuję kiedyś natchnienie do napisania wam czegoś z ''innej półki'', niekoniecznie przygnębiającego was dogłębnie, to ujmę tutaj te myśli.
Ale dziś nie o tym. Mam dwie ciekawe sprawy do omówienia. Zapraszam.
Hm, czasami los
nie pozwala nam na zabranie ze sobą telefonu, by udokumentować jakąś sytuację
aparatem fotograficznym, ale nic nie szkodzi. Naprawdę nie mam mu tego za złe,
bo choć na zdjęciu wszystko jest perfekcyjnie ujęte, połączone w jedną całość,
to w naszej głowie najpierw musi zrodzić się chęć uchwycenia danej chwili. A co
za tym idzie? Ano to, że nasz rozum potrafi odkryć piękno danego momentu
jeszcze przed zrozumieniem, iż można go jakoś ‘’zapisać’’ poza obrębem tylko
naszego umysłu. Bardzo często robię zdjęcia nieba. Dlaczego? Czasami trudno mi
to określić. To jest nieziemska sprawa… dosłownie rzecz ujmując. Niebo jest
ponad nami, nie trudno zauważyć, ale to jest potęga. To jest coś niezwykłego.
Natura w czystej postaci, a przyrzekam, że naturalny świat to magia. W najlepszej formie. Kłęby jakiejś waty, niekoniecznie cukrowej, układają się w
swoisty kształt, tworząc niewiarygodnie dobry efekt. Mogłabym godzinami
wpatrywać się w obraz zaistniałej reakcji, ale zwykle trwa ona kilka minut.
Jednak te chwile są niesamowicie znaczące. Potrafię w tym rozproszonym po
znacznej części niebieskiej plamy, a jednocześnie idealnie złożonym harmidrze odnaleźć
DZIEŁO – stworzone przez wszechświat. Tak po prostu. Te chmury tam są, bo taka
ich rola. Nie obchodzi mnie czy stworzył je ktoś, czy coś. Liczy się fakt ich
istnienia, a to niewątpliwie coś wielkiego. Piękna sprawa. Czasami są to tylko
chmury, innym razem cudownie komponują się przy wschodzie Słońca, czasem wraz z nim albo tuż po jego zachodzie.
Świetna? Nie, raczej święta sprawa i godna docenienia. Sami spróbujcie przy okazji.
Byliście kiedyś u psychologa? Niekoniecznie z własnej, nieprzymuszonej woli?
Bo ja byłam. I teraz się z tego śmieję. Niesamowicie mnie to bawi. Nie, nie uważam tego za coś złego. Za zbrodnię czy powód do wyśmiania. Spokojnie. Na przestrzeni lat po prostu zdałam sobie sprawę z jej niezbyt ‘’profesjonalnego’’ toku myślenia. Wiecie, przychodzisz do gabinetu i ukochana pani doktor pyta: ‘’Dlaczego tu jesteś?’’. No wie pani… przez film. Odpowiedź? Coś w stylu: ‘’Aha’’. Żadnego odzewu, głębszego poznania, dlaczego akurat ten, a nie inny film, rozumiecie. No błagam. Jak usłyszałam, że mam tam iść oczywiście zareagowałam płaczem, chociaż dzisiaj uważam to za głupi odzew. Nie będę rozwodziła się na temat tego, czy dziwniejsze jest pomaganie wyuczoną regułą, czy chodzenie i wysłuchiwanie tego dobrowolnie. Nie ważne. Wtedy było inaczej. Poszłam tam, bo mi to zaproponowali, a ona popatrzyła na mnie i stwierdziła, że: ‘’Nie wyglądam, jakbym miała depresję’’. Uśmiecham się w tym momencie, ale wtedy nie było mi ani do śmiechu, ani do smutku, do żadnej nienawiści, czy jakichkolwiek innych refleksji. Wtedy to było naprawdę niepotrzebne. Pomimo wszystko, było to ciekawe doświadczenie. Nic strasznego… teraz. Pominę kwestię kilku wizyt u pani w szkole, bo u niej to dopiero można było, nawet wtedy, boki zrywać. Ale dziś jest inaczej. Problemy wciąż są, nigdy nie miną, ale zmienił się sposób radzenia sobie z nimi i dostrzegania ich przez otaczających mnie ludzi. Moje życie już jest dobre. Chyba zawsze było, tylko w pewnym momencie się zgubiłam, ale odnalazłam drogę i wyszłam na prostą. Jestem z siebie zadowolona.
Świetna? Nie, raczej święta sprawa i godna docenienia. Sami spróbujcie przy okazji.
Byliście kiedyś u psychologa? Niekoniecznie z własnej, nieprzymuszonej woli?
Bo ja byłam. I teraz się z tego śmieję. Niesamowicie mnie to bawi. Nie, nie uważam tego za coś złego. Za zbrodnię czy powód do wyśmiania. Spokojnie. Na przestrzeni lat po prostu zdałam sobie sprawę z jej niezbyt ‘’profesjonalnego’’ toku myślenia. Wiecie, przychodzisz do gabinetu i ukochana pani doktor pyta: ‘’Dlaczego tu jesteś?’’. No wie pani… przez film. Odpowiedź? Coś w stylu: ‘’Aha’’. Żadnego odzewu, głębszego poznania, dlaczego akurat ten, a nie inny film, rozumiecie. No błagam. Jak usłyszałam, że mam tam iść oczywiście zareagowałam płaczem, chociaż dzisiaj uważam to za głupi odzew. Nie będę rozwodziła się na temat tego, czy dziwniejsze jest pomaganie wyuczoną regułą, czy chodzenie i wysłuchiwanie tego dobrowolnie. Nie ważne. Wtedy było inaczej. Poszłam tam, bo mi to zaproponowali, a ona popatrzyła na mnie i stwierdziła, że: ‘’Nie wyglądam, jakbym miała depresję’’. Uśmiecham się w tym momencie, ale wtedy nie było mi ani do śmiechu, ani do smutku, do żadnej nienawiści, czy jakichkolwiek innych refleksji. Wtedy to było naprawdę niepotrzebne. Pomimo wszystko, było to ciekawe doświadczenie. Nic strasznego… teraz. Pominę kwestię kilku wizyt u pani w szkole, bo u niej to dopiero można było, nawet wtedy, boki zrywać. Ale dziś jest inaczej. Problemy wciąż są, nigdy nie miną, ale zmienił się sposób radzenia sobie z nimi i dostrzegania ich przez otaczających mnie ludzi. Moje życie już jest dobre. Chyba zawsze było, tylko w pewnym momencie się zgubiłam, ale odnalazłam drogę i wyszłam na prostą. Jestem z siebie zadowolona.
PS: Jesteście najlepsi... ponad trzy tysiące, czy wy to widzicie? Jestem wzruszona, poruszona, zachwycona i naprawdę szczęśliwa. Kocham was. Dziękuję. To najpiękniejsze doświadczenie mojego dotychczasowego życia. Wow!
Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku.
Trzymajcie się. I uśmiech, moi drodzy!
~~Zbuntowany Anioł
Trzymajcie się. I uśmiech, moi drodzy!
~~Zbuntowany Anioł
czwartek, 9 kwietnia 2015
''Krocząc ku wolności''.
Hej!
Opowiadanie na lekcje języka polskiego.
Opowiadanie na lekcje języka polskiego.
‘’Miało być tak
pięknie, miało nie wiać w oczy nam i ociekać szczęściem. Miało być sto lat, sto
lat’’. Co poszło wtedy nie tak? Gdzie popełniliśmy błąd? W którym miejscu, o
której godzinie?
Boże, za jakie grzechy to wszystko się stało? To tylko kilka pytań spośród tysiąca innych towarzyszących nam w tamtym czasie i pozostawionych w głowach do dzisiaj.
Za górami, za lasami… nie! To nie początek bajki, a horroru.
Bo widzicie, moi drodzy, czterdzieści lat temu sprawy miały się zupełnie inaczej…
Stałem niczym przydrożny słup, spoglądając na otaczająca mnie rzeczywistość i, nie mogąc pojąć tej nadzwyczaj ludzkiej nienawiści, poczułem, że ktoś klepnął mnie w ramię i odwróciwszy się dostałem do ręki… broń. Rozumiesz to, człowieku? Ja, dość skromny, a przy tym niezwykle ułomny, młody człowiek trzymałem w dłoni pistolet. Narzędzie, za sprawą którego zabijasz coś lub, co gorsza, kogoś. Boże, w tamtym momencie to było niemożliwe do przyjęcia, czy zrozumienia, a mimo wszystko tak się stało. To wszystko miało miejsce naprawdę. Dziecięca fikcja stała się dojrzałą, męską i patriotyczną prawdą, rzeczywistą walką. W jednej chwili stałem się niewolnikiem całkiem nieznanych mi osób. Byłem jednocześnie więźniem Niemców, a także żołnierzem mych rodaków. Byłem tak nieświadomy całej sytuacji, a tym samym tak bardzo chciałem zmienić jej bieg. Myślałem, że takie rzeczy mają miejsce jedynie w filmach. Miałem wrażenie, jak gdyby ktoś stroił sobie żarty, że może to tylko zabawa, jakaś ukryta kamera. Ale to nie był seans, a ja nie byłem aktorem. Starałem się być sobą. Zachować swój młodzieńczy rozum, szlachetny spokój, ale po prostu nie mogłem. W takich sytuacjach każdy jest panem swojego losu. Chwytając za broń, nie zawsze jest się ‘’czarnym charakterem’’. I tak było w moim przypadku. Czternastolatek z gnatem? Gdzie tam! To nie do pomyślenia… w normalnym, codziennym życiu, a tamten czas nim nie był z pewnością. Wojna to nie sielanka. To nie jest życie. Wojna to wojna. Zło w czystej postaci. I właśnie takie mój młody rozum miał odczucie. Walczyć do ostatniej kropli krwi. Nie dla siebie. To było najmniej ważne. Starałem się w jak największym stopniu pomóc tym, którzy już nie mieli siły czy samozaparcia, by poradzić sobie z wszechogarniającym terrorem.
Właśnie minął trzeci dzień… chciałem, żeby to był już ten ostatni. Miałem tego wszystkiego dosyć. To było chore. Wszyscy zgłupieli. Dziewczyny sprzedawały swoje ciała szwabom, tylko po to, by przeżyć kolejny dzień. ‘’Bezsens’’ – powtarzałem. To było takie przykre, a jednocześnie tak niesamowicie bezmyślne. Chciałem im coś powiedzieć, chciałem tylko, żeby kobiety się obudziły i zaprzestały tak haniebnych czynów. No i oczywiście, by ci frajerzy przestali uśmiechać się pod nosem i nie dokarmiali więcej tej bluźnierczej pracy. Ale nawet nie próbowałem. Oni byli głusi na słowa wychodzące ciut poza ich ego.
Szedłem przed siebie i natrafiłem na Kamę – koleżankę z konspiracji. Była piękna. Spojrzałem w jej zielone oczy i powoli wyciągnąłem w jej stronę dłoń… byłem tak blisko, ale nie dałem rady, nie zdążyłem. Czarnowłosa dziewczyna zniknęła w kłębie dymu równie szybko i boleśnie jak połowa mojej ręki. ‘’Szlag!’’ – wykrzyknąłem, ale nie uroniłem łzy. Jeszcze nie przegrałem i nie do tego dążyłem. Zabezpieczając pozostałości po utraconej kończynie w niezmiennym stopniu bólu towarzyszącemu w tamtym momencie próbowałem zebrać się w sobie i dotrzeć jakoś do szpitala. Był niedaleko. Z ledwością szedłem, ale szedłem – o tyle dobrze.
Po drodze jakiś pocisk przeleciał mi przed nosem, dzięki Bogu, nie rozrywając go. Kątem prawego oka widziałem tych, którzy swoją bitwę, niestety, już zakończyli. Drugim okiem śledziłem wybuchające budynki… jeden po drugim. Dym, ogień, krzyk. Realia tamtych czasów. I biegłem dalej przed siebie, nie zapominając o tym, by mieć oczy dookoła głowy i najlepiej szeroko otwarte. Pistolet miałem w spodniach, tak na wszelki wypadek.
Ktoś z oddali krzyczał: ‘’cholera jasna’’. To wszystko było dla mnie zupełnie nowe. W mojej rodzinie, szkole, czy środowisku, którym się otaczałem nie było miejsca na coś takiego. Większość znanych mi spraw była pierwowzorem perfekcji. Wśród moich znajomych i bliskich kształtowałem swoją egzystencję i uwierzcie, że nie mieliśmy czasu na tak banalne słowa. Nie było tam najmniejszej luki na obelgi, przekleństwa, przemoc, czy jakiekolwiek inne, długotrwałe zło. Dlatego właśnie tak się dziwiłem.
Najbardziej brakowało mi rodziców. Gdzie byli? Nie wiem. Odebrano mi ich za szybko, przez co nie zdążyłem usłyszeć dokąd jadą. Tęskniłem, ale nie mogłem się wtedy poddać. Czułem, żeby tego nie chcieli.
Gdzie w tym wszystkim Bóg? Właśnie… zupełnie o Nim zapomniałem. Nie, nie pisząc, tylko walcząc. Umknęła mi w mroku szatana światłość Boga i było mi z tym okropnie. Poważnie. Odwróciłem się do Niego plecami i goniłem za wygraną, zapominając o Jego pomocy. Ale On nie wypiął się na mnie.
Nie powiedział: ‘’Spadaj’’, tylko: ‘’Kocham Cię’’. I to była ważna sprawa. Chwała Mu za to.
To miało być trzydniowe spotkanie z wrogiem. A walka trwała już drugi tydzień i końca nie było widać. Obawiałem się, że nigdy nie nadejdzie. Miały być wręczane do rąk kwiaty, a ludzie w zamian dostawali kulkę w łeb. Miał być uśmiech, a na każdym kroku twarze ukazywały potężny smutek.
Miał rozbrzmiewać śpiew ludzi i melodia gitary, ale zamiast tego mieliśmy huki armat, wystrzały, mnóstwo okropnych słów, krzyków i jęków. Miało być zwycięstwo, a toczyła się bezkresna bieganina za niemieckimi idiotami.
To był chyba pięćdziesiąty dzień, kiedy wyczerpany, nie wiedząc dlaczego zapłakany, bez jednej ręki wszedłem do jakiegoś budynku i naprawdę starając się być cicho… potknąłem się o kamień! W takim momencie. Pobladłem i momentalnie w ustach miałem suszę. Nie miałem szczęścia – usłyszał. Podszedł ostrożnie, nic przy tym nie mówiąc, popatrzył na mnie z pogardą. Wiedziałem, że tak nie można, jednak moja determinacja i adrenalina wyszły naprzeciw rozumowi i spojrzałem mu w oczy.
Nieźle był zmieszany, uciekał wzrokiem, a ja wciąż patrzyłem, patrzyłem i… dostałem w twarz.
To było dość niefortunne, ale natychmiast wstałem i oddałem mu dwukrotnie mocniej. Boże, chcielibyście widzieć minę tego gościa. Poważnie.
Powstanie powoli dobiegało końca. Sześćdziesiąty czwarty dzień, a w odczuciu wciąż jeszcze żywych – to było jak sześćdziesiąty czwarty… rok. Kolejny raz udałem się do miejsca, w którym moja twarz mogła znów doznać obrażeń. Tym razem wziąłem spluwę do ręki, przyłożyłem do skroni… dłoń trzęsła się niemiłosiernie i łzy ciekły równie niespokojnie. Z niepewnością pociągnąłem za spust i… cisza. Zaciął się. Ten durny pistolet przestał działać. Zabiłem tylu przeciwników, a siebie nie potrafiłem? ‘’To Twoja sprawka?’’ – pomyślałem patrząc w niebo. To było dopiero szalone.
Niedoszły samobójca i jeszcze do chmur gada. Za ten czyn powinienem zgnić w piekle.
Spokojnie, nie za mówienie do Boga. Ale nie trafiłem tam. Bóg nie stoi na czele z szatanem i siłami zła, dlatego moja walka wciąż trwa. Cały czas zmagam się z przeciwnościami losu, ale trzymam się mimo wszystko. Jest dobrze. To znaczy… jest wspaniale. Wolność to najpiękniejsze uczucie jakiego człowiek może doświadczyć. I pomyśleć, że dostaje ją całkiem za darmo, a docenia dopiero po utracie.
Brak niewoli jest ogromną ulgą. Poczułem ją, gdy od dwunastu godzin nie usłyszałem żadnego strzału. Gdy już nie musiałem spać z bronią, mając gdzieś, mimo wszystko, ‘’nieuśpiony’’ zmysł ataku.
Chciałbym, żebyście zapoznali się z moją historią i przekazywali ją dalej. To ważne, by ludzie zawczasu dowiedzieli się o tym, jak uszanować najcudowniejszy dar jakim jest wolność.
Jestem dumnym Polakiem i dzielę się tą dumą z innymi, by mogli chociażby spróbować wyobrazić sobie to wszystko, co miało rzeczywiste miejsce na tym świecie, w tym kraju. Doceniajcie zawsze i bez względu na wszystko to, co macie, bo sami spójrzcie, jak szybko można to utracić, jak niesamowicie prędko tak ważne sprawy wymykają się spod kontroli. Oby wam nigdy nie umknęły.
I życzę wam, by wasze decyzje, szczególnie te trudne kończyły się na tym, jaką koszulkę macie ubrać, wychodząc na spacer w tym pięknym, wolnym kraju.
Boże, za jakie grzechy to wszystko się stało? To tylko kilka pytań spośród tysiąca innych towarzyszących nam w tamtym czasie i pozostawionych w głowach do dzisiaj.
Za górami, za lasami… nie! To nie początek bajki, a horroru.
Bo widzicie, moi drodzy, czterdzieści lat temu sprawy miały się zupełnie inaczej…
Stałem niczym przydrożny słup, spoglądając na otaczająca mnie rzeczywistość i, nie mogąc pojąć tej nadzwyczaj ludzkiej nienawiści, poczułem, że ktoś klepnął mnie w ramię i odwróciwszy się dostałem do ręki… broń. Rozumiesz to, człowieku? Ja, dość skromny, a przy tym niezwykle ułomny, młody człowiek trzymałem w dłoni pistolet. Narzędzie, za sprawą którego zabijasz coś lub, co gorsza, kogoś. Boże, w tamtym momencie to było niemożliwe do przyjęcia, czy zrozumienia, a mimo wszystko tak się stało. To wszystko miało miejsce naprawdę. Dziecięca fikcja stała się dojrzałą, męską i patriotyczną prawdą, rzeczywistą walką. W jednej chwili stałem się niewolnikiem całkiem nieznanych mi osób. Byłem jednocześnie więźniem Niemców, a także żołnierzem mych rodaków. Byłem tak nieświadomy całej sytuacji, a tym samym tak bardzo chciałem zmienić jej bieg. Myślałem, że takie rzeczy mają miejsce jedynie w filmach. Miałem wrażenie, jak gdyby ktoś stroił sobie żarty, że może to tylko zabawa, jakaś ukryta kamera. Ale to nie był seans, a ja nie byłem aktorem. Starałem się być sobą. Zachować swój młodzieńczy rozum, szlachetny spokój, ale po prostu nie mogłem. W takich sytuacjach każdy jest panem swojego losu. Chwytając za broń, nie zawsze jest się ‘’czarnym charakterem’’. I tak było w moim przypadku. Czternastolatek z gnatem? Gdzie tam! To nie do pomyślenia… w normalnym, codziennym życiu, a tamten czas nim nie był z pewnością. Wojna to nie sielanka. To nie jest życie. Wojna to wojna. Zło w czystej postaci. I właśnie takie mój młody rozum miał odczucie. Walczyć do ostatniej kropli krwi. Nie dla siebie. To było najmniej ważne. Starałem się w jak największym stopniu pomóc tym, którzy już nie mieli siły czy samozaparcia, by poradzić sobie z wszechogarniającym terrorem.
Właśnie minął trzeci dzień… chciałem, żeby to był już ten ostatni. Miałem tego wszystkiego dosyć. To było chore. Wszyscy zgłupieli. Dziewczyny sprzedawały swoje ciała szwabom, tylko po to, by przeżyć kolejny dzień. ‘’Bezsens’’ – powtarzałem. To było takie przykre, a jednocześnie tak niesamowicie bezmyślne. Chciałem im coś powiedzieć, chciałem tylko, żeby kobiety się obudziły i zaprzestały tak haniebnych czynów. No i oczywiście, by ci frajerzy przestali uśmiechać się pod nosem i nie dokarmiali więcej tej bluźnierczej pracy. Ale nawet nie próbowałem. Oni byli głusi na słowa wychodzące ciut poza ich ego.
Szedłem przed siebie i natrafiłem na Kamę – koleżankę z konspiracji. Była piękna. Spojrzałem w jej zielone oczy i powoli wyciągnąłem w jej stronę dłoń… byłem tak blisko, ale nie dałem rady, nie zdążyłem. Czarnowłosa dziewczyna zniknęła w kłębie dymu równie szybko i boleśnie jak połowa mojej ręki. ‘’Szlag!’’ – wykrzyknąłem, ale nie uroniłem łzy. Jeszcze nie przegrałem i nie do tego dążyłem. Zabezpieczając pozostałości po utraconej kończynie w niezmiennym stopniu bólu towarzyszącemu w tamtym momencie próbowałem zebrać się w sobie i dotrzeć jakoś do szpitala. Był niedaleko. Z ledwością szedłem, ale szedłem – o tyle dobrze.
Po drodze jakiś pocisk przeleciał mi przed nosem, dzięki Bogu, nie rozrywając go. Kątem prawego oka widziałem tych, którzy swoją bitwę, niestety, już zakończyli. Drugim okiem śledziłem wybuchające budynki… jeden po drugim. Dym, ogień, krzyk. Realia tamtych czasów. I biegłem dalej przed siebie, nie zapominając o tym, by mieć oczy dookoła głowy i najlepiej szeroko otwarte. Pistolet miałem w spodniach, tak na wszelki wypadek.
Ktoś z oddali krzyczał: ‘’cholera jasna’’. To wszystko było dla mnie zupełnie nowe. W mojej rodzinie, szkole, czy środowisku, którym się otaczałem nie było miejsca na coś takiego. Większość znanych mi spraw była pierwowzorem perfekcji. Wśród moich znajomych i bliskich kształtowałem swoją egzystencję i uwierzcie, że nie mieliśmy czasu na tak banalne słowa. Nie było tam najmniejszej luki na obelgi, przekleństwa, przemoc, czy jakiekolwiek inne, długotrwałe zło. Dlatego właśnie tak się dziwiłem.
Najbardziej brakowało mi rodziców. Gdzie byli? Nie wiem. Odebrano mi ich za szybko, przez co nie zdążyłem usłyszeć dokąd jadą. Tęskniłem, ale nie mogłem się wtedy poddać. Czułem, żeby tego nie chcieli.
Gdzie w tym wszystkim Bóg? Właśnie… zupełnie o Nim zapomniałem. Nie, nie pisząc, tylko walcząc. Umknęła mi w mroku szatana światłość Boga i było mi z tym okropnie. Poważnie. Odwróciłem się do Niego plecami i goniłem za wygraną, zapominając o Jego pomocy. Ale On nie wypiął się na mnie.
Nie powiedział: ‘’Spadaj’’, tylko: ‘’Kocham Cię’’. I to była ważna sprawa. Chwała Mu za to.
To miało być trzydniowe spotkanie z wrogiem. A walka trwała już drugi tydzień i końca nie było widać. Obawiałem się, że nigdy nie nadejdzie. Miały być wręczane do rąk kwiaty, a ludzie w zamian dostawali kulkę w łeb. Miał być uśmiech, a na każdym kroku twarze ukazywały potężny smutek.
Miał rozbrzmiewać śpiew ludzi i melodia gitary, ale zamiast tego mieliśmy huki armat, wystrzały, mnóstwo okropnych słów, krzyków i jęków. Miało być zwycięstwo, a toczyła się bezkresna bieganina za niemieckimi idiotami.
To był chyba pięćdziesiąty dzień, kiedy wyczerpany, nie wiedząc dlaczego zapłakany, bez jednej ręki wszedłem do jakiegoś budynku i naprawdę starając się być cicho… potknąłem się o kamień! W takim momencie. Pobladłem i momentalnie w ustach miałem suszę. Nie miałem szczęścia – usłyszał. Podszedł ostrożnie, nic przy tym nie mówiąc, popatrzył na mnie z pogardą. Wiedziałem, że tak nie można, jednak moja determinacja i adrenalina wyszły naprzeciw rozumowi i spojrzałem mu w oczy.
Nieźle był zmieszany, uciekał wzrokiem, a ja wciąż patrzyłem, patrzyłem i… dostałem w twarz.
To było dość niefortunne, ale natychmiast wstałem i oddałem mu dwukrotnie mocniej. Boże, chcielibyście widzieć minę tego gościa. Poważnie.
Powstanie powoli dobiegało końca. Sześćdziesiąty czwarty dzień, a w odczuciu wciąż jeszcze żywych – to było jak sześćdziesiąty czwarty… rok. Kolejny raz udałem się do miejsca, w którym moja twarz mogła znów doznać obrażeń. Tym razem wziąłem spluwę do ręki, przyłożyłem do skroni… dłoń trzęsła się niemiłosiernie i łzy ciekły równie niespokojnie. Z niepewnością pociągnąłem za spust i… cisza. Zaciął się. Ten durny pistolet przestał działać. Zabiłem tylu przeciwników, a siebie nie potrafiłem? ‘’To Twoja sprawka?’’ – pomyślałem patrząc w niebo. To było dopiero szalone.
Niedoszły samobójca i jeszcze do chmur gada. Za ten czyn powinienem zgnić w piekle.
Spokojnie, nie za mówienie do Boga. Ale nie trafiłem tam. Bóg nie stoi na czele z szatanem i siłami zła, dlatego moja walka wciąż trwa. Cały czas zmagam się z przeciwnościami losu, ale trzymam się mimo wszystko. Jest dobrze. To znaczy… jest wspaniale. Wolność to najpiękniejsze uczucie jakiego człowiek może doświadczyć. I pomyśleć, że dostaje ją całkiem za darmo, a docenia dopiero po utracie.
Brak niewoli jest ogromną ulgą. Poczułem ją, gdy od dwunastu godzin nie usłyszałem żadnego strzału. Gdy już nie musiałem spać z bronią, mając gdzieś, mimo wszystko, ‘’nieuśpiony’’ zmysł ataku.
Chciałbym, żebyście zapoznali się z moją historią i przekazywali ją dalej. To ważne, by ludzie zawczasu dowiedzieli się o tym, jak uszanować najcudowniejszy dar jakim jest wolność.
Jestem dumnym Polakiem i dzielę się tą dumą z innymi, by mogli chociażby spróbować wyobrazić sobie to wszystko, co miało rzeczywiste miejsce na tym świecie, w tym kraju. Doceniajcie zawsze i bez względu na wszystko to, co macie, bo sami spójrzcie, jak szybko można to utracić, jak niesamowicie prędko tak ważne sprawy wymykają się spod kontroli. Oby wam nigdy nie umknęły.
I życzę wam, by wasze decyzje, szczególnie te trudne kończyły się na tym, jaką koszulkę macie ubrać, wychodząc na spacer w tym pięknym, wolnym kraju.
~~Zbuntowany Anioł
sobota, 4 kwietnia 2015
Wielkanoc.
Cześć i czołem!
Tak niewiele brakuje do 3000 wyświetleń. Jesteście wielcy.
Dziś życzenia i refleksje związane z Triduum Paschalnym.
Może nie są to aż tak wyniosłe święta jak Boże Narodzenie, ale z punktu widzenia wiary są ważniejsze. Chociaż ja bym polemizowała, bo jednak co jest istotniejsze? To, że wydam książkę, czy moje narodziny, które do tego sukcesu doprowadziły?
Ale to już indywidualna kwestia. Takie jest moje odczucie i nie zmienię go. Póki co.
Myślę, że każda pora roku jest właściwa do życzenia innym dobrze. Nie ważne czy będą to Boże narodziny, czy te ludzkie. Nie ważne czy będzie to zmartwychwstanie Jezusa, czy podniesienie się naszego bliskiego z upadku. Każdy moment jest dobry do okazywania miłości. Do dzielenia się nią. Dlatego życzę wam tego uczucia, którym możecie obdarzać cały świat. Poważnie. Także swoich nieprzyjaciół. Może nawet kochać ich jeszcze bardziej i wybaczać błędy, które popełnili nieumyślnie.
''Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią''. To ludzkie, to życiowe, to naturalne i proste, a jednak takie trudne do rzeczywistego spełnienia. Ale może właśnie te święta, te kilka dni przybliży nas do tego, w którego wierzycie, a do którego niektórym (w tym i mi) miłości brakuje. Dlatego życzę wam, z całego serca, żebyście odnaleźli w tych świętach, i w Jezusie, moc dobrych uczuć wobec niego i w stosunku do bliźniego. Dużo łask od wszechświata, smacznego śniadania i wszystkiego co najlepsze, bo to ważne.
To naprawdę znaczące.
Wiecie, w tym roku pierwszy raz wybrałam się do kościoła w Wielki Czwartek i Piątek. Byłam pod wrażeniem. Ten akt obmycia nóg jest dla mnie wielką sprawą, bo to nie tylko odwaga i wywyższenie kapłana, ale również tych dwunastu prostych, zwykłych mężczyzn, którzy w jednym momencie mieli okazję poczuć się jak Apostołowie.
To kolosalne wydarzenie.
W Wielki Piątek nie mniej piękna sytuacja. Ksiądz kładzie się na podłodze i przez chwilę jest niczym Jezus. Uniża się wobec Boga i pokazuje skruchę. A uczniowie, czyli wierni, klęczą w absolutnej ciszy. To coś niesamowitego, pomimo mojego dystansu. I ta chwila, w której każdy podchodził, by ucałować jego ciało. Ktoś pomyśli: ''Kretyni, przecież to tylko figura, nie rzeczywista osoba''. Ale to nieprawda. Moim zdaniem właśnie ta jego ''figura'' jest osobistym spotkaniem. OSOBISTYM. Pocałowałam jego stopy i byłam w szoku, bo to naprawdę wyraża cholernie wiele i czujesz w ciele ciepło. Przyjemny moment. Cieszę się, że odważyłam się na taki czyn i jestem radosna, bo mogę wam o tym pisać, a to ważne, ponieważ takimi sytuacjami, takim prawdziwym spotkaniem... warto się dzielić i wskazane jest czuć z tego powodu dumę. I ja, po raz kolejny, w moim skromnym życiu, czuję ją. Coś fantastycznego.
Trzymajcie się i kolejny raz proszę... nie zapominajcie o nim w tych dniach i miejcie świadomość, że to właśnie dzięki jego historii zapychacie żołądki jajkami, oblewacie wodą i robicie te wszystkie ważne, czy mniej istotne rzeczy.
Do następnego.
~~Zbuntowany Anioł
Tak niewiele brakuje do 3000 wyświetleń. Jesteście wielcy.
Dziś życzenia i refleksje związane z Triduum Paschalnym.
Może nie są to aż tak wyniosłe święta jak Boże Narodzenie, ale z punktu widzenia wiary są ważniejsze. Chociaż ja bym polemizowała, bo jednak co jest istotniejsze? To, że wydam książkę, czy moje narodziny, które do tego sukcesu doprowadziły?
Ale to już indywidualna kwestia. Takie jest moje odczucie i nie zmienię go. Póki co.
Myślę, że każda pora roku jest właściwa do życzenia innym dobrze. Nie ważne czy będą to Boże narodziny, czy te ludzkie. Nie ważne czy będzie to zmartwychwstanie Jezusa, czy podniesienie się naszego bliskiego z upadku. Każdy moment jest dobry do okazywania miłości. Do dzielenia się nią. Dlatego życzę wam tego uczucia, którym możecie obdarzać cały świat. Poważnie. Także swoich nieprzyjaciół. Może nawet kochać ich jeszcze bardziej i wybaczać błędy, które popełnili nieumyślnie.
''Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią''. To ludzkie, to życiowe, to naturalne i proste, a jednak takie trudne do rzeczywistego spełnienia. Ale może właśnie te święta, te kilka dni przybliży nas do tego, w którego wierzycie, a do którego niektórym (w tym i mi) miłości brakuje. Dlatego życzę wam, z całego serca, żebyście odnaleźli w tych świętach, i w Jezusie, moc dobrych uczuć wobec niego i w stosunku do bliźniego. Dużo łask od wszechświata, smacznego śniadania i wszystkiego co najlepsze, bo to ważne.
To naprawdę znaczące.
Wiecie, w tym roku pierwszy raz wybrałam się do kościoła w Wielki Czwartek i Piątek. Byłam pod wrażeniem. Ten akt obmycia nóg jest dla mnie wielką sprawą, bo to nie tylko odwaga i wywyższenie kapłana, ale również tych dwunastu prostych, zwykłych mężczyzn, którzy w jednym momencie mieli okazję poczuć się jak Apostołowie.
To kolosalne wydarzenie.
W Wielki Piątek nie mniej piękna sytuacja. Ksiądz kładzie się na podłodze i przez chwilę jest niczym Jezus. Uniża się wobec Boga i pokazuje skruchę. A uczniowie, czyli wierni, klęczą w absolutnej ciszy. To coś niesamowitego, pomimo mojego dystansu. I ta chwila, w której każdy podchodził, by ucałować jego ciało. Ktoś pomyśli: ''Kretyni, przecież to tylko figura, nie rzeczywista osoba''. Ale to nieprawda. Moim zdaniem właśnie ta jego ''figura'' jest osobistym spotkaniem. OSOBISTYM. Pocałowałam jego stopy i byłam w szoku, bo to naprawdę wyraża cholernie wiele i czujesz w ciele ciepło. Przyjemny moment. Cieszę się, że odważyłam się na taki czyn i jestem radosna, bo mogę wam o tym pisać, a to ważne, ponieważ takimi sytuacjami, takim prawdziwym spotkaniem... warto się dzielić i wskazane jest czuć z tego powodu dumę. I ja, po raz kolejny, w moim skromnym życiu, czuję ją. Coś fantastycznego.
Trzymajcie się i kolejny raz proszę... nie zapominajcie o nim w tych dniach i miejcie świadomość, że to właśnie dzięki jego historii zapychacie żołądki jajkami, oblewacie wodą i robicie te wszystkie ważne, czy mniej istotne rzeczy.
Do następnego.
~~Zbuntowany Anioł
Subskrybuj:
Posty (Atom)
