wtorek, 22 grudnia 2015

Ostatnia wieczerza.

"Tego poranka, jeden z moich przyjaciół zadzwonił do mnie:
,,Jak się czujesz? Trzymasz głowę do góry?".
Po prostu potrzebujesz tych ludzi, którzy cię wspierają."


Cześć wam!

Wiecie co? Adwent minął mi tak niesamowicie szybko. W mgnieniu oka. Za dwa dni Wigilia, Boże Narodzenie, świąteczny czas! A ja w ogóle tego nie czuję. To chyba przez te nijakie roraty, przez brak śniegu, przez ogólną atmosferę. Ale wszystko się poprawi. Głęboko w to wierzę. I wam również tej wiary życzę.
Odbyła się dzisiaj nasza ostatnia, klasowa, szkolna Wigilia. Nienawidzę słowa "ostatni" i wszystkich jego osobowych zamienników. Wolę, kiedy coś jest pierwsze. Może bardziej napawa lękiem, ale... no ale. To był przepiękny dzień. Dostojny. Godny podziwu. I godny łez. Nie sądziłam, że będę płakała, ale cholernie się wzruszyłam, bo wszystko było takie cudowne. Wyszło perfekcyjnie. Naprawdę wspaniale. Otrzymałam moc, OGROM nieziemskich życzeń. Szczerych. Aż do bólu. I od serca. Tak myślę. Albo może… wiem to. Usłyszałam od mojej bohaterki, że ona nie zasługuje na to wszystko (podarowałam jej dłuższe życzenia), na bycie moim autorytetem. A ja odrzekłam, że jest nim i zawsze będzie. No błagam. Kiedy ktoś tak o tobie/do ciebie mówi, bądź dumny ze swojego życia, a nie kwestionuj tak wielkich słów. Nie czyta bloga (z tego co mi wiadomo) i szkoda, ale! Jeśli jakimś cudem uda jej się tutaj trafić… to dziękuję. Wdzięczność to istotna sprawa. I znowu słona ciecz wydobyła się z oczu… szlag. Ale warto. Warto wylać ocean łez.
Z powodu takiego życia. Uwielbiam tych ludzi. To była fantastyczna uroczystość. Jestem taka dumna. Właśnie dlatego płaczę. Bo już nie umiem inaczej wyrazić tego wszystkiego, co mi w sercu leży. A leży mnóstwo najlepszych emocji. Dawno się tak nie czułam. No może czułam, kiedy znów w me ręce wpadł wspaniały komentarz mojej nauczycielki, ale dzisiaj było inaczej. Jeszcze lepiej. To jest najcudowniejsze życie!!!
Wiecie co mnie jeszcze cieszy? Brak lęku przed wyrażaniem najszczerszych życzeń. Starałam się każdemu indywidualnie powiedzieć coś dobrego. Udało się!
I patrzyłam im w oczy. Wszystkim. Cały czas. Jestem taka szczęśliwa. Coraz bardziej udaje mi się spełnić to, na czym mi tak zależy.


Za wszelką cenę staram przypomnieć sobie, co powiedzieli mi nauczyciele… ale może nie oto w tym chodzi? Pamiętam, że to było niesamowite i chyba przy tym powinnam pozostać. Właśnie tutaj postawić kropkę. Było niewiarygodnie dobrze
i tyle. Widziałam uśmiechy na ich twarzach i szczerość w głosie, kiedy życzyli mi powodzenia… gdy dziękowali. I tak dalej.
„Żeby wam się udało.” – uda.
„Jesteś wyjątkową osobą.” – miło… bardzo.
„Żeby spełniły się marzenia, ale najpierw trzeba nauczyć się marzyć.” – słuszne stwierdzenie.


Pan od informatyki przypomniał mi rozmowę, którą przeprowadziliśmy podczas powrotu do domu jego autem.
I bardzo doceniam, że o tym wspomniał. Bardzo miło mieć świadomość, że ktoś pamięta takie chwile.
Sala wystrojona jak na weselu. Dodawała mnóstwa uroku.

Elegancko i na wesoło!
Mam nadzieję, że nasza wychowawczyni mnie za to nie zabije.
Ale pewnie nawet na to nie spojrzy, ufff.


 Część artystyczna to był stres, ale tylko chwilowy.
Zamazałam twarz mojego katechety, bo...
oj, sami sobie odpowiedzcie.


Gwiazdor/Mikołaj był i chwała mu za to!

Mmm, na zimowe dni idealna.
Dziękuję.


Chciałam tu jeszcze ująć świąteczne życzenia dla każdego, kto kiedykolwiek będzie tak miły, by tu zajrzeć, ale zrobię to jutro. Krótko, zwięźle i na temat. Jak ostatniego roku.

Trzymajcie się, hej!

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 18 grudnia 2015

"Porządność nikogo nie hańbi."

"Skurwiele mają się najlepiej, święci cierpią,
lecz jesteś zbyt zabiegany, by na to zerknąć."

Cześć.

O czym dziś? Znów zbiór różnych myśli z tygodnia. Szalonego. Jak zawsze.


16.12.15
To był taki miły dzień… otrzymałam trzy oceny celujące z trzech prac pisemnych! Niewiarygodnie pozytywny bieg wydarzeń. Ale… coś w tych pracach musiało się jednak wyróżnić i był to komentarz pani od angielskiego. O nie, co ona znowu tutaj będzie biadoliła o nauczycielce? A dużo, wiecie? Chcę po raz kolejny zaznaczyć w swoich przemyśleniach, jak ważne jest, by spotkać na swej drodze wspaniałych ludzi. Jestem bardzo szczęśliwa, że mam takich nauczycieli. I to jest naprawdę moja wielka duma.
Bo jeśli nauczyciel dziękuje uczniowi za zaangażowanie, a uczeń jemu, to jest to ogromna sprawa. Tak na serio, to uwielbiam tych ludzi. Bo to, że coś się spieprzyło w tym roku to jedna sprawa. Ale to, co zrobili na przestrzeni tych wszystkich lat, no to jest to już druga, znacznie bardziej istotna kwestia. Chyba mi tego brakowało. Tego dobrego słowa. Tego naprawdę, cholernie motywującego słowa.
I takiego komentarza, który znów uświadomi mi, że to wszystko, pomimo wszystko, jest piękną sprawą. Takie rzeczy pokazują, że warto. Działać. Żyć. Bo jest po co. Dla kogo. Jest w tym jakiś cel. Wiem, że przecież to wszystko robi się również dla siebie, ale jeśli ktoś dziękuje ci za twoją jakąś tam pracowitość… jest to fantastyczne uczucie. Poczucie dumy. Jestem taka szczęśliwa, że znam osobę, która nie gna przed siebie w owczym pędzie. Tylko wciąż jest takim samym człowiekiem. Bardzo to doceniam. „Czas wszystko zmienia”… nie do końca. I to najbardziej raduje moje serce.
Jutro ostatnie roraty. To nie były udane spotkania. W moim odczuciu. Czasami mam wrażenie, że to jest cyrk, a nie msza. Czyli uroczysta, poważna sprawa. Dzisiaj znów zatęskniłam... bardzo, bardzo mi smutno, że ludzie w naszym życiu odchodzą tak gwałtownie i pozostawiają bolesny ślad oraz wielkie poczucie tęsknoty. Ale trzeba iść dalej, no bo cóż...

"Już czas..."
spadam z siódmego piętra
i bezwładnie lecę w dół
pokonałem wszelkie granice
stoczyłem istotny bój
życie mnie przerosło
czasami i tak zdarza się
wszystko co chciałem
zrobiłem
teraz już czas na mnie.
Dobrze jest czasem uchwycić takie ciekawe sytuacje.

Coraz bliżej święta. Chcę coś zmienić. Chcę, żeby w końcu było dobrze. Ale tak naprawdę dobrze, a nie po prostu "okej". 

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 13 grudnia 2015

Trudy przynoszą zaszczyty.

"Boimy się lubić zanadto z obawy, że ktoś nie lubi wcale."

Dzień dobry! Bardzo, bardzo, bardzo dobry. Miło znów to napisać.

Nareszcie znalazłam chwilę na napisanie dla was czegoś odnośnie ostatnich trzech dni. Były szalone! Pozytywne. Po prostu niesamowite. Pod każdym względem.
W czwartek wygraliśmy zawody strzeleckie, a w piątek odbyła się wycieczka do Berlina.
I teraz chciałabym skupić się na niej. To był dobry wyjazd. Inaczej! To był wspaniały pobyt w równie wspaniałym miejscu. Cieszę się, że w końcu miałam okazję przekroczyć granicę naszego kraju. Dlatego kieruję podziękowania, z całego serca, mojemu germaniście, bo to za jego zasługą się tam znalazłam. Jestem szczęśliwa, że miałam możliwość poznania choć skrawka niemieckiej kultury. Chociażby tej osobistej. Mili ludzie! Nawet bardzo. O tak. Porównując naszych rodaków... aż żal nawet porównywać, wiecie? Oczywiście tylko niektórych. Spokojnie. Przypominam sobie sytuację sprzed wyjazdu. Dosłownie na parkingu. Przed autobusem. Polaki cebulaki. Chyba tak się mówi. No… nie ważne. Wyjazd dał mi w ogromnym stopniu do zrozumienia, jak bardzo boimy się odrzucenia. Mam na myśli mówienie w języku obcym. To było skomplikowane, bo w szkole uczymy się teorii, a nie praktyki, czyli rozmów, które są sto razy bardziej istotne.
I to naprawdę jest, cholera, przykre. Bo to pokazuje jak niewiele wynosi się ze szkoły. To znaczy… coś tam się wynosi, ale jednak było trudno. Aż głupio w niektórych momentach. Nie chodzi tu o nieznajomość języka. Bardziej o nieznajomość tego, jak się nim posługiwać. No ale. Najważniejsze, że każdy w jakimś stopniu się dogadał. Bo dogadał, choćby gestykulując, co ma na myśli. Wiecie co jest tak naprawdę, w moim odczuciu, najważniejsze w tego typu wypadach? Ludzie. Ekipa. Ci, z którymi w dane miejsce jedziesz i ci, których na wyjeździe spotykasz. Dlatego jestem taka szczęśliwa. Bo najważniejsze, to mieć wokół siebie kogoś wspaniałego. A takch ludzi tam nie brakowało. Myślę, że humor dopisywał każdemu. To był mój pierwszy wyjazd za granicę i był wspaniały! Nadal do mnie nie dociera, że to wszystko miało miejsce. Właśnie w moim życiu. Szczęśliwe dziecko ze mnie ostatnio. Wybaczcie, że tak ciągle tylko: „ja, ja, ja”, ale… ale to wielka sprawa. Ostatnio dzieje się tak wiele. Mają miejsce takie piękne sytuacje. Pierwsze miejsce w świetnym sporcie. Wyjazd do stolicy Niemiec. I jeszcze… możliwość darmowego wyjazdu do teatru muzycznego w Poznaniu.
I to właśnie za sprawą sukcesu w zawodach. Spektakl naprawdę przecudowny! Świetna atmosfera na scenie. Wszyscy uśmiechnięci. Aż chciało się się na nich patrzeć. A po wyjściu do szatni znowu szara rzeczywistość Polaków, przepychanie się, ani to przepraszam, ani pocałuj mnie w tyłek. Narzekam, wiem, ale strasznie mi głupio na to patrzeć. Starsze osoby wcale nie dają mi przykładu. One mnie niesamowicie irytują. I to jest trochę „niefajne”. A tak poza tym… chyba Bóg mi wynagrodził te ostatnie naprawdę złe tygodnie. Jestem wdzięczna. Jemu. Sobie. Ludziom, dzięki którym spełniam marzenia. Nic, tylko być dumną z takiego życia.
Na początek galeria A10, jeszcze przed Berlinem.

Naprawdę imponujący plac!

Znana zapewne wszystkim, ogromna wieża telewizyjna.

 Zegar czasu światowego Urania.

Weihnachtsmarkt na Alexanderplatz.

To uczucie, gdy prosisz człowieka o zdjęcie i nagle: "O, nasz!"

Słynny sklep, w którym, szczerze powiedziawszy, dane było mi się zgubić.

Bardzo pozytywni panowie do których podeszłam z aparatem, bez słowa.
No może udało mi się wydusić tylko: "Ich nicht verstehen."


Pomink Holocaustu był niezwykły. Bo inny. Naprawdę inny.
Dlatego też cholernie intrygujący. I historia jego powstania również.
Albo fakt, że to właśnie w tym miejscu zrodziły się najgorsze pomysły III Rzeszy.
Mroził krew w żyłach.


Brama Brandenburska zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Zwykle było mi dane
widzieć ją tylko na zdjęciach innych ludzi. A w piątek...


 

Gmach parlamentu Rzeszy.

W końcu przyszedł czas na największy jarmark w Berlinie.
Ogromny i piękny!


Pałac Charlottenburg, który zmieniał kolory... chcę tam wrócić. Zdecydowanie.
 
~~Zbuntowany Anioł

środa, 9 grudnia 2015

W działaniu rozpoznajemy cnoty.

"Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia."
Dobry wieczór wszystkim.

Piszę z naprawdę szczerym uśmiechem na ustach!
Dzisiaj trochę "na luzie", spokojniej, niezbyt filozoficznie i po prostu - pozytywnie.

Po ośmiu miesiącach znów wygraliśmy!!! Niesamowite. Jestem taka szczęśliwa! Absolutnie się tego nie spodziewałam. Kolejny raz zmietliśmy konkurencję. Ponownie MÓJ sukces – pierwsze miejsce, Mateusz - pierwsze miejsce, Łukasz - drugie. I siły połączone wraz z Adrianem dały nam sukces jako drużyna na... pierwsze miejsce! Fantastyczny dzień. Duma mnie rozpiera, bo dostać ten medal to wielkie wyróżnienie i mam takie poczucie, że z niczego wyszło coś. Bo to, że dostałam się do drużyny było spontaniczną decyzją. Cytując moją polonistkę: "Nowe zawsze jest trudne." Otóż to! Ale cóż byśmy osiągnęli bez pierwszego, stresującego, niepewnego kroku? Właśnie. I oto w tym wszystkim chodzi. O brak lęku. Bo on nas paraliżuje zbyt dosadnie, a przecież: "Mamy zadatki do bycia nieśmiertelnymi." Przytaczając słowa ulubionego księdza...

Tak poza tematem zawodów… Justin znowu będzie w Polsce! Kiedy dwa lata temu dowiedziałam się o koncercie, naprawdę mocno płakałam i byłam w ogromnym szoku. A dziś? Uśmiecham się, bo może będzie to okazja na spełnienie marzeń tych, którym nie udało się to wtedy, kiedy mi tak. Więc wielkie brawa dla organizatorów. Osobiście się nie wybiorę, bo… uwielbiam Biebera, ale…ale to jakoś nie dla mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, jak będzie to wyglądało. 3/4 areny
z telefonami, nie chcę na to patrzeć, fuj. Ale gratuluję i tyle.
Wiecie, obił mi się niedawno o uszy taki krótki dialog, coś w stylu:
-Co dostałeś od Mikołaja?
-[...], no i princesse od Boga.
-Jak to?!
-No w Kościele, ksiądz mi podarował.

Nie wiem, dlaczego, ale uważam, że to było naprawdę przepiękne stwierdzenie. Mógł od razu powiedzieć, że to ksiądz dał mu batonika, ale rzekł o nim jako o prezencie od Boga. Nie mogłam tego nie zapisać. Miły dla uszu był fakt, że powiedział to młody człowiek, a wiecie jak to teraz z tymi buntowniczymi okresami bywa. Jestem naprawdę szczęśliwa!


Nie rozumiem tej „mody” na pokazywanie wszystkiego, co z naszą osobą związane. Szczególnie tutaj, w Internecie, do którego naprawdę mają dostęp osoby, które mogą nas zgnoić za nasze zachowanie. Prosty przykład: Palisz fajki? Spoko, nie moja sprawa, każdy ma coś za uszami, ale po jakiego czorta pokazujesz to całemu światu? Kogo to obchodzi? Szczerze? Osobiście to bym się bała za cholerę, że mnie przyłapią osoby, które przyłapać mnie nie powinny. Tzn… nie byłoby to fajne. Trzeba uważać, szczególnie z obnażaniem takich spraw.


Wiele razy przymierzałam się do tego, by pokazać wam, a także polecić, książkę Czesława Mozila. Jest świetna. Nie tylko dla tych, którzy lubią jego twórczość
i przepadają za jego osobą. Myślę, że ta książka idealna jest także dla tych, którzy dopiero chcą poznać tego człowieka. Jest naprawdę interesującym facetem.


Trzymajcie się! Oby w moim życiu więcej takich wspaniałych dni.
A jak u was? Jest dobrze?


~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 6 grudnia 2015

"Czas wszystko zmienia."

"Ból jest ceną za wszystko co wartościowe."

Dzień dobry.

Jest naprawdę dobry. Dzisiejsze kazanie było bardzo mądre. Tylko trochę za długie, jak dla mnie, bo jestem wzrokowcem i trudno mi się skupić na samej mowie. Stresowałam się przed piątkową spowiedzią, bo miałam do księdza pytanie, którego trochę się wstydziłam. Ale! Powiem wam, że to była taka cudowna spowiedź… tak przyjemna rozmowa. ROZMOWA. Nie odklepanie jakiejś regułki. Ten ksiądz to mistrz. Lubię trafiać w swoim życiu na ludzi, którzy robią coś od serca. Z pasją. Uwielbiam tych, którzy są powołani do spełniania danej pracy, być może nawet przez samego Boga. Coś fantastycznego. Aż chciało mi się modlić. Dziękować. I prosić. Nawet Komunia smakowała jakoś inaczej. Lepiej. Była taka smaczna… dla mojego serca, dla mojej duszy. Niewiarygodne przeżycie. Kiedy podchodzisz do tego wszystkiego na poważnie. Kiedy w jednej chwili zapominasz o swoim zwiątpieniu i mówisz do Niego szeptem: „Kocham Cię”
i uśmiechasz się nieśmiało. Takie momenty są warte zapamiętania. To bardzo ważne, żeby się nie bać. Nie bać się mówić o miłości. A powiem wam, że zostałam przez niego (księdza) zapytana właśnie o to, czym jest dla mnie miłość i od tego wszystko się zaczęło. No mówię wam, cudowny człowiek! Najważniejsze to szukać. Bo ja szukam. I szukam. I, jak widać, czasem udaje mi się znaleźć kogoś niezmiernie wartościowego. Chciałam rozmowy – proszę bardzo. Czuję się, póki co, naprawdę spełniona i szczęśliwa. Uwielbiam ten świat. Szczególnie w takich momentach.


Dzisiejsza noc była już trzecią w tym tygodniu, kiedy w śnie pojawiła się ta sama osoba. A ja... tylko się za nią modliłam i trochę o niej myślałam. Ciekawe. Jeżeli sny mogą być zapowiedzią rzeczywistości... to tylko na taki moment czekam.


https://www.youtube.com/watch?v=WyxXGdG3-Io
~~
https://www.youtube.com/watch?v=LLy4ip7AiHk

Muzyka dla moich uszu.

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 4 grudnia 2015

Nikt nie może zmienić przeszłości.

"Gdy już posmakowałeś lotu, zawsze będziesz chodzić po ziemi
z oczami utkwionymi w niebo,
bo tam właśnie byłeś i tam zawsze będziesz pragnął powrócić."

Hej.

Co za cholernie prawdziwe słowa. Mam tak właśnie. Chodzę do Kościoła z oczami utkwionymi w ołtarz, bo tam "poznałam" wspaniałych księży, a teraz ich już nie ma. I bardzo tęsknie. Mam ciut nadziei, że kiedyś jeszcze uda mi się spotkać któregoś z nich i powiedzieć chociażby to: "Niech będzie pochwalony."

Święta… nie! Próbne egzaminy, próbne egzaminy i po próbnych egzaminach. Och, to były dni pełne uśmiechu, niepewności i stresu. Pierwszy dzień – historia i WOS oraz polski. O historii i wiedzy o społeczeństwie nie rozmawiajmy. To była porażka. Polski bardzo przyjemny, moi mili, bardzo! Świetne teksty, super rozprawka. Będzie dobrze. Drugi dzień – przyrodnicze i, o zgrozo, matematyka. Pomińmy tę kwestię. I ostatni dzień – angielski. Podstawowy był niesamowicie łatwy. Krótko, zwięźle i na temat. Bardzo mi się podobało. Jakbym wypełniała co najmniej polski test. Ale, ale! Jest przecież jeszcze rozszerzenie, które było… straaaszne. Tak dla mnie. Trudno było mi się skupić. Naprawdę to był zaawansowany poziom, bez owijania w bawełnę, że się tak wyrażę. Modlę się, żeby to tylko nie był przysłowiowy „pogrom”.
Lubię patrzeć na dzieci. Uśmiechnięte dzieci. Których cieszą najbardziej błahe sprawy. I cieszą je naprawdę. Od serca. Nie dla pokazu. Akceptacji. Chęci bycia „innym”. Te maluchy mają świetne życie. Tak myślę. A raczej super byłoby, gdyby takowe mieli. Kiedy widzę jak rodzice odprowadzają je na przystanek, a one dają swoim opiekunom buziaka i tak bardzo się uśmiechają… automatycznie też to robię. A wiecie dlaczego sprawia mi przyjemność spoglądanie na te młode istotki? Bo one są… takie bezbronne. Delikatne. Są piękne. Żyją teraźniejszością. Zero stresu. Zero martwienia się o jutro. O swoją przyszłość. One po prostu żyją i to ich raduje. One nie myślą o samobójstwie. Nie mają w sobie nienawiści (oby). Obdarzają świat wielką miłością. Uśmiechem. Dają światu całych siebie.
I cholernie im tego zazdroszczę. Tak, zazdroszczę tym dzieciakom tego wszystkiego, bo jeszcze nie wiedzą, co ich czeka i to jest najlepsze. Nie mają powodów do załamywania się. I chwała im za to. Wciąż jestem dzieckiem i nie wstydzę się tak nazywać, jednak niektóre młodzieńcze nawyki sprzed kilku lat zniknęły. Szkoda. Życie toczy się dalej i nie ma co płakać za przeszłością. Najważniejsze to nie żałować czynów w niej wykonanych. Jestem dumna ze swojego dzieciństwa. Bo zdaję sobie sprawę, że nie każde dziecko takowe miało. I oby takich młodych ludzi było jak najmniej. Póki jest młodość, jest również wielka radość i miłość dla świata, i ludzi. Z czasem to zanika, bo zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko jest takie proste… że nie każdy człowiek jest w porządku.

Jeszcze jedna, niezmiernie istotna sprawa. Takie refleksje po odczytaniu wiadomości od pewnej osoby. Słuchajcie, jeżeli chodzi o moje prywatne życie, coś w stylu: „Ale mi ciężko się żyje”… nie bierzcie sobie tego do serca. Bo to minie. Zawsze przemija. Jeden wpis przepełniony jest chęcią wyskoczenia przez okno i uwolnienia się od tego świata. A w innym będzie ogrom nadziei i dziękczynienia wobec tego bytu. Tacy jesteśmy. Skomplikowani. Moje spadki humoru trwają kilka dni i tyle. Każdy ma takie chwile. Spokojnie. Nic mi się nie stanie... to życie, pomimo wszystko, jest zbyt cenne. Uwierzcie. Jednak w Internecie trzeba się hamować z tym, o czym piszemy. Jakie emocje tu wylewamy. To bardzo ważne, by się nie zapędzić. No bo, ok, przekraczajmy granice, przesuwajmy narzucone bariery, czemu nie, ale trzeba znać umiar. Kolejne postanowienie. „Ogarnąć” swoją prywatność.
Dokładnie za tydzień jadę na wycieczkę do Berlina. To niesamowite przeżycie.
Niby tylko Berlin, ale to zawsze opuszczenie granic tego kraju. Jestem bardzo szczęśliwa. A w środę zawody strzeleckie. Dużo się będzie działo. Czekam.
Dzisiaj spowiedź... po ostatniej bardzo się stresuję.
~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 1 grudnia 2015

"Ludzie widzą tylko efekt."

"Musimy? Nic w życiu nie musimy, my ewentualnie "możemy".
Chociaż przywykliśmy do rutyny, zerwanie z nią może zmienić życie na lepsze.
Tylko się nie bój, bo strach niszczy wszystko."
Cześć i czołem!

Od czego mam zacząć? Nie wiem. Wszystko mi się miesza. I najbardziej to mnie boli, że nie mam z kim o tym pogadać. Bo kogo to interesuje? Mam już dość. Kompletny brak sił. Zero motywacji. Do wszystkiego. Już nie wiem, po co to wszystko. Po co to pisanie. Dla kogo. Z jakiej racji. Wszystko się pierdzieli. Tak mocno. Tak dosadnie. Tak szybko. Udajecie, że niczego nie widzicie. Ludzie się obok was wewnętrznie wykrwawiają, a wy się do nich jeszcze perfidnie uśmiechacie. Z myślą, że to pomoże. Ukoi każdy ból. Co się z nami stało?
Nie mam już siły patrzeć na to wszystko. Jestem bezsilna wobec ludzkiej obojętności na otaczający świat. Nienawidzę być tak wrażliwą osobą. To tak boli. Wszystko dotyka mnie mocniej.


Oglądałam wczoraj Top Model, może wy też? Oby, bo przynajmniej będziecie w temacie. Wygrał młody chłopak i chwała mu za to. Bardzo się cieszę. Bo to była naprawdę dobra edycja. I tak mnie wczoraj naszły refleksje odnośnie tego, co działo się PO programie. Po wygranej Radka. Trochę o tym i fragment przemyśleń związanych z adwentem. Uwaga...

Nie wiem, skąd bierze się w ludziach taka zazdrość. Dlaczego mają w sobie tyle nienawiści. Nie rozumiem tego! Właśnie dlatego ciężko mi się żyje. Bo otaczają mnie takie paskudne istoty. Brzydzę się tym wszystkim, czym oni się szczycą.
To jest naprawdę smutne.
To nie jest ich wygrana. Oni tylko siedzą przed komputerami/telefonami i mają przysłowiowy „ból dupska”, bo im czterech liter się podnieść nie chce, by zrobić coś, za co i ich można byłoby wychwalać. To mnie najbardziej przeraża. Ludzie są strasznymi egoistami, ale nie robią niczego w kierunku zmiany… moje postanowienie adwentowe, noworoczne, a może nawet i życiowe, to właśnie bycie dobrą dla innych. Dla tych, dla których reszta jest zła. Chcę uwierzyć w tych, w których wszyscy inni zwiątpili. Bardzo chcę zmienić swoje życie, bo jeśli mi się uda, być może uda się także zmienić życie bliźniego. Ale najpierw… najpierw trzeba zacząć od siebie. Chciałabym również zacząć budować w sobie wewnętrzny spokój, ażeby dać radę przetrwać to życie, pomimo wszechobecnego idiotyzmu. Chcę nauczyć się odstawiać głupotę innych na bok i skupić się na mądrych, wartościowych i radosnych aspektach tego bytu. Mam również pewne dość osobiste postanowienie, o którym tutaj, no cóż, napisać nie mogę. Nie ważne.
A wy? Jak to wygląda u was? Jeśli nie macie jeszcze zarysu postanowień w głowie… chcę prosić was o to, byście jako pierwsi wyciągnęli rękę na zgodę. Postawcie wszystko na jedną kartę. „Nie będę jadł/a słodkiego” – ok, to też jest bardzo dobre. Ale spróbujcie wykorzystać ten czas na coś więcej. Postarajcie się, na przykład, wybaczyć swym nieprzyjaciołom winy. Może tylko dlatego, że są ludźmi. I też im się to należy. Proszę was, abyście pierwsi przesunęli granice, jakieś odgórnie postawione normy. Chcę, żebyście… ŻEBYŚMY wszyscy byli dla siebie. Damy radę, jasne?! Damy radę.
I tak jeszcze coś odnośnie tytułu wpisu:

"Ludzie nie rozumieją, bo widzą tylko czubek góry lodowej, a to jest tylko 30%, reszta jest ukrywana. To, że schudłam i zrobiłam się bardziej wysportowana, to wow i super!
Ale tylko to widzą ludzie. Nie wiedzą, że mnie to kosztowało łzy, złość, pot, zmęczenie, gorsze dni. Ludzie widzą tylko efekt."
Moja koleżanka ujęła to perfekcyjnie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, ile wylałam łez pisząc tu kilka zdań dla was. Nigdy nie widzieliście mojego zachowania podczas pisania tego wszystkiego. Widzicie tylko rezultaty ciężkiej roboty. Bo kogo obchodzi, ile człowiek musiał przejść przed pokazaniem końcowej pracy.
Bywajcie.
~~Zbuntowany Anioł