środa, 23 sierpnia 2017

Być albo nie być.

"Zatęskniłem bardzo do takiego spokoju, chciałem, aby już wszystko się we mnie ostatecznie uspokoiło. Aby nie szastał się we mnie gniew, wściekłość, sprzeciwy losowi i inne ciężkie do znoszenia namiętności."

"Bóg może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w Jego kierunku musimy zrobić sami."

Cześć i czołem!

Odkąd wstałam i zajrzałam do dwóch źródeł Dobrego Słowa (http://grzegorzkramer.pl/jaki-on-jest/https://www.youtube.com/watch?v=tegakSqkAJo), wiedziałam, że to nie będzie najlepszy dzień.
W poniedziałek zdałam fizykę śpiewająco. Idealne pytania, niewiele stresu, miła atmosfera. Dzisiaj, choć nie byłam sama, skumulowały się we mnie same negatywne emocje. Gdzieś w głębi siebie czułam, że to chyba byłoby zbyt piękne, by osiągnąć dwa sukcesy w ciągu tygodnia. Dość pesymistyczne podejście... wiem, przepraszam. Z tego wszystkiego cieszy mnie jednak fakt, że mam pewność co do bycia w drugiej klasie, tylko jeszcze będzie trzeba trochę popracować. Ale dam radę. Nie ma innej opcji. Mimo wszystko jestem bardzo dumna ze zdania fizyki, bo to moja pięta achillesowa i mając dwa miesiące na spojrzenie do notatek... zrobiłam to w jeden dzień. Dzień przed egzaminem. I się udało. A na historię, bądź co bądź, poświęciłam znaczną część wakacji, pomoc zaoferował nawet nauczyciel z poprzedniej szkoły i nie wyszło. Ale czy to koniec świata? Skądże! Byle do przodu. Cały czas, spokojnymi krokami przed siebie. Jest w porządku. Co by się nie działo.

Co do drugiego cytatu i całego tekstu o. Grzegorza... Bóg jest i działa. Nie mam co do tego wątpliwości, ale to co się dziś wydarzyło pokazało i uświadomiło mi, że modlitwa to nie wszystko. Trzeba do Boga przyjść, upaść na twarz, zapłakać, prosić i... pomóc Mu w działaniu. Nie wystarczy z całych sił trzymać różaniec w dłoni. Grunt to schować go w kieszeni, w pełni zaufać i robić swoje. Z leżenia na kanapie albo narzekania nic nie wynika. Nigdy nie wyniknie. To jest dosłownie BYĆ albo NIE BYĆ. Nie zawsze warto upierać się przy swoich racjach i obarczać winą Najwyższego, bo On jest najsprawiedliwszym z najsprawiedliwszych i wie, co robi. No i wie na co nas stać, więc nic do czego nas posyła nie będzie ponad nasze możliwości. Uwierzcie. Ja z każdym podobnym doświadczeniem jak to dziś utwierdzam się w przekonaniu, że Bóg jest najlepszy. Jest przy nas. Czy tego chcemy, czy nie. Czy to czujemy, czy nie. Robi dla nas tysiąc kroków, a tysiąc pierwszy wciąż nie należy do nas. Do nas należy ten JEDEN... najmniejszy, najszczerszy. Otwórzcie drzwi Chrystusowi. Już dziś. 
Nie obiecałam relacji z wyjazdu w góry i póki co nie ciągnie mnie do jego opisania, jednak postanowiłam, że podzielę się z wami choćby samymi widokami wobec których czasami nie potrzeba żadnych słów. Aczkolwiek szczerze i dłużej pomyślę nad tym wszystkim w weekend, bo ostatnie dni były wyczerpujące. Szczególnie psychicznie, a uwierzcie, że żeby dawać autentyczną nadzieję i w jak najlepszy sposób przekazać radość... chyba trzeba samemu czuć te emocje i to nie powinno prawdopodobnie dziwić. Więc ufam, że nikt niczego na siłę ode mnie nie oczekuje, bo muszę odpocząć. Ale przyjdę z czymś dobrym. Bo na tym mi w głównej mierze zależy.
Dwudziesty trzeci sierpnia... ulga jak cholera. To były bardzo udane
i dobre wakacje, ale niesmak świadomości o egzaminach poprawkowych zawsze siedział z tyłu głowy. Przetrwałam. 

To chyba tyle... Krótko i na temat. Jeszcze nie raz się dla was rozpiszę. 

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wpatrzeć się do oślepnięcia.

"Bądź normalna, niezaprzeczalnie normalna. Bądź miła, bardzo miła. Bądź sobą, tylko sobą. Pragnij wolnego i tylko wolnego, bo to co zajęte, nie powinno być tknięte."

"Świat jest pełen wielkich, przedziwnych rzeczy, czekających na tych, którzy są na nie przygotowani."

Hej!

Niedawno proboszcz wspomniał o ludziach, którzy podczas przeistoczenia, w trakcie pełnego ukazania się nam Jezusa Chrystusa, w ogóle na Niego nie patrzą. Może ze wstydu, może to lęk, może nieufność. Myślę sobie jednak (bo także mnie ten temat intryguje), że warto za każdym razem oderwać wzrok od ściany, człowieka klęczącego naprzeciwko nas, czy podłogi i skierować go ku naszemu Panu, bo choć dotychczas dwa tysiące razy nie poczułeś absolutnie NIC, to może właśnie dziś Duch Święty tchnie twoje serce i będziesz chciał, by ta chwila trwała wiecznie.
Pamiętam lednicką Adorację Najświętszego Sakramentu. To było niezwykle wyniosłe wydarzenie. Kiedy kilkanaście tysięcy ludzi spogląda na Jezusa skromnie ukrytego w monstrancji, to serce zdecydowanie szybciej bije.
Biskup Ryś powiedział podczas homilii: "Księga Liczb i Księga Wyjścia mówi, że kiedy Mojżesz uderzył laską w skałę, to "wytrysnęła woda tak, że cały lud mógł się napić". Naprawdę chcecie pić sami Ducha Świętego? Naprawdę chcecie doświadczenia miłości od Boga w pojedynkę? Nie chcecie tego, żeby Duch Święty tej nocy uczynił nas wszystkich Kościołem? Żeby nas uczynił Ciałem? Żeby nas uczynił dla siebie wzajemnie członkami?" Czy zdajecie sobie sprawę z tego, jaką wspólnie mamy moc? R a z e m. Dlatego tak ważne jest, by mieć ufność wobec tego,
że w Kościele naprawdę dzieją się cuda. Bo choćby szczerze do Boga wołała tylko połowa zgromadzonych na Mszy, to lepsza owa połowa niżeli my sami. Wspólna modlitwa jest potęgą. Miłością. Pełnią naszej wiary. Cholernie istotne jest bycie razem. Na dobre i złe. Jako rodzina Chrystusa. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami w wierze. W ufności w Jego łaskę i otwartość na nasze "widzimisię", naszą niepewność, nasze wszelakie grzechy przeciwko Najwyższemu oraz bliźnim. A najlepsze jest to, że Pan zna nas także od strony naszych dobrych uczynków, uśmiechu skierowanego wobec własnego odbicia w lustrze i wobec drugiego człowieka. Zna nas na wylot. Zna nasze myśli zanim w ogóle pojawiają się w naszych głowach. Pomyślcie, jaki jest wasz obraz Boga; tego co ma miejsce podczas Eucharystii; gdy klęczycie w konfesjonale; kiedy patrzycie (lub właśnie nie!) na Ciało i Krew Chrystusa, który chce się całym sobą z nami podzielić. Co czujecie podając sąsiadom z pobliskich ławek rękę lub kiwając głową. Czy jest w was wtedy pokój? Pozytywna energia? Miłość?
Wiem, że jakość tego zdjęcia nie jest powalająca (efekty zabawy aparatem bez statywu), ale gdy na nie patrzę, myślę o Duchu Świętym, który jest w stanie rozpalić w nas ogień najcudowniejszych uczuć. I w gruncie rzeczy bardzo niewiele potrzeba, by Mu w tym pomóc. Wystarczy, że szczerze zaufasz i w pełni poddasz się temu, co dla ciebie przygotował. Nikt nie musi kłaść swych dłoni na twej głowie. Nie ma potrzeby, byś tarzał się po ziemi, nie mogąc opanować śmiechu (to nawiązanie do "spoczynku w Duchu Świętym"). Po prostu usiądź i zaufaj. Pomódl się w spokoju. W zaciszu czterech ścian albo na plaży, w górach, w lesie, podczas przejażdżki rowerem czy niedzielnego spaceru. Zaufaj! I proszę, nie czekaj na żadne spektakularne wydarzenie. Duch Święty nie stanie przed tobą i nie da ci w gębę, byś się opamiętał. Bóg w Trójcy jest cichy i pokornego serca. Pierwsza Księga Królewska mówi o tym, że Pana nie było w wichurze, ani w trzęsieniu ziemi, nawet w ogniu Go nie było. Natomiast po ogniu nastał szmer łagodnego powiewu. I to właśnie w tej delikatności i łagodności Eliasz odnalazł Pana.
Myślę, że Bóg nie chce, byśmy podczas wichury, trzęsienia ziemi, pożaru czy innego kataklizmu Go obwiniali. I naprawdę nie powinniśmy tego robić. Raczej czeka na to Piotrowe "Panie, ratuj mnie!" i nie ma w tym nic złego. "Jak trwoga, to do Boga" - owszem! To mega ludzki odruch. Kiedy jest źle, to się człowiek łapie czegokolwiek lub kogokolwiek. Ważne, by w ciężkich momentach nie zapomniał prosić o pomoc i nie przegrał.
To chyba na tyle. Póki co nie potrafię zabrać się do opisania wyjazdu w góry. Czekam na przypływ weny. Są to jednak dość stresujące dla mnie dni i raczej mam w głowie myśli związane właśnie z ufnością Bogu. Dużo się modlę i działam w kierunku unormowania pewnych niedokończonych spraw.

PS: Pamiętajcie, żeby po każdej wyciągniętej dłoni czy to Pana Jezusa, czy drugiego człowieka... podziękować za ratunek. Wiecie jak to jest. Czasem się w tych prośbach potrafimy zatracić i zapominamy, że dziękczynienie jest z nimi ściśle związane.

Do następnego! 

~~Zbuntowany Anioł

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ratunku!

"Obraziłam się na świat
bo mnie kiedyś obraził
nie odzywałam się
czas jakiś
nawet
nie zauważył"

"Może nie chodziło o sklejanie złamanych serc. Może chodziło
o kochanie pokruszonych kawałków takimi, jakie one były."

Czołem.

Wracam... Po prawie miesięcznej przerwie. Byłam w ciągłych rozjazdach. A właściwie smażyłam się dwa tygodnie na plaży, a w sobotę wróciłam z sześciodniowego wyjazdu w góry. Trzęsło mną niemiłosiernie. Tak bardzo chciałam coś dla was napisać, bo mam wrażenie, że już każdy zapomniał o tej stronie. W pewnym momencie nawet z mojej głowy uciekł fakt, że prowadzę bloga. I teraz nie mogę się połapać. Systematyczność w życiu jest cholernie ważna. Po tak długiej przerwie naprawdę trzeba na nowo uczyć się pisać coś dłuższego. Byłam aktywna na Facebooku, ale to nie to samo. Najśmieszniejsze, że w dodatku bazgrolę teraz z zupełnie innego laptopa i nie ukrywam, że przelewanie myśli jest jeszcze bardziej utrudnione. Ale staram się jak mogę i oby wyszło z tego coś sensownego.
Do wyjazdów odniosę się może jutro. Natomiast teraz chcę poruszyć kwestię piątkowej nawałnicy
Będąc w Karpaczu starałam się zachować względny spokój. Wiedziałam, że dom stoi, drzewa na ogrodzie także, rodzice cali i zdrowi. Jednak w drodze powrotnej, już w miejscowości oddalonej o ponad sześćdziesiąt kilometrów zauważalne były skutki tego cholerstwa, które nas zaatakowało. I niestety, im bliżej domu byliśmy tym straszniejsze widoki ukazywały się naszym oczom. Nie do wiary, co się stało przez te kilkadziesiąt minut. Miałam wczoraj ciarki na całym ciele, gdy jechałam do kościoła i widziałam lasy (a raczej ich pozostałości) po obu stronach ulicy. Nie wspomnę o tym, co zastałam na cmentarzach. Ledwo przełykałam ślinę, a łzy momentalnie cisnęły się do oczu. Tak naprawdę to, co się wydarzyło jest nie do opisania. Przysięgam. Widziałam podobne obrazy w telewizji i czułam się bezpiecznie, myśląc, że naszych okolic nigdy coś podobnego nie spotka. A jednak. Życie jest tak nieprzewidywalne. Tak szalone. I tak niesamowicie przykre momentami.
Nie było prądu. Płakałam i prosiłam dobrego Boga, by przywrócił nam dostęp do świata. Na Mszy także modliłam się w tej intencji. Wczoraj przed dwudziestą pierwszą mama przybiegła do pokoju i oznajmiła, że wszystko wróciło do normy. Aczkolwiek wciąż proszę, a wręcz błagam Pana, by miał w swej opiece ludzi, którzy nadal naprawiają skutki tej feralnej burzy. Bardzo Mu ufam.
Bóg wie, że któregoś dnia krzykniemy z całych sił: "Panie, ratuj!" i On wyciągnie do nas dłoń, zapewniając, że nie ma czego się bać.

Na razie chyba tyle. Muszę porządnie zebrać myśli i napisać dla was coś bardziej rzetelnego. Jeśli jeszcze jest dla kogo pisać.

Do jutra.

~~Zbuntowany Anioł

czwartek, 20 lipca 2017

Każde pokolenie ma własny czas.

"-Świat się wtedy Pani nie załamał?
-Załamał kompletnie. Ale człowiek trochę te ruiny przydepcze i ruszy dalej."

"-Nie wszyscy postrzegają cię w taki sposób, jak ty widzisz siebie. Czasami nasze niedoskonałości sprawiają, że stajemy się wyjątkowi."

Czołem!

Absolutnie nie mieszam się w żadne polityczne dyskusje, bo naprawdę nic dobrego nigdy z tego nie wynika, ale kiedy tak patrzę na to, co się dzieje w tym kraju od bodajże trzech dni to automatycznie mam w głowie ten utwór: https://www.youtube.com/watch?v=m00udFijVf0

Cholera, dziesięć minut pisałam drugi akapit, a i tak w ostateczności wszystko usunęłam. To jeszcze nie ten czas na pisanie o pewnym "nowym etapie", który niedawno rozpoczęłam. Dam wam znać. Ale muszę chyba nabrać odwagi, chociaż doskonale wiem, że to nic wstydliwego, głupiego, nienormalnego. Zobaczę jak to się potoczy, wtedy się odezwę.
Fotografia uliczna to niebywale trudny kierunek. Potrzeba nie lada odwagi, by wykonywać tego typu ujęcia.
Nie podeszłam zbyt blisko. Jeszcze zachowuję dystans. Mam aparacik i to już zmienia postać rzeczy (niżeli zdjęcia miałabym robić telefonem; mam wrażenie, że aparat fotograficzny budzi ciut większy respekt), ale nadal wyglądam na dzieciaka, który może robić fotki tylko po to, by stworzyć z czyjegoś wizerunku prześmiewczy mem, który rozbawi pół Internetu i będzie miał swoje "pięć minut" tydzień czy dwa. Rozumiecie... Lęk jest, ale z każdym kolejnym zdjęciem jest coraz lepiej. Staram się zagadywać, uśmiechać. No wiecie, takie interakcje budują miłą atmosferę, a to chyba najważniejsze w zatrzymywaniu w obiektywie aparatu danego momentu.
Spójrzcie tylko jaki przełom pokoleniowy! Kumpel z kumplem siedzą w odległości kilku centymetrów, rozmawiają, obserwują wspólnie przechodniów, kierowców, amatorskiego "fotografa", który spogląda na nich zza przeciwsłonecznych okularów, szybciutko strzela fotkę, chowa aparat i po wszystkim.
A dziewczynka siedzi przynajmniej metr od własnego ojca, który by móc zająć się tym martwym, nic nie wartym urządzeniem kupił córeczce loda, by mogła w pełni oddać się przyjemności związanej ze smakowaniem tej małej radości. Nie do końca wiem, w jaki sposób skomentować tę sytuację. Dla mnie rodzicielstwo to stuprocentowe bycie "dla". Szczególnie podczas spacerów. Kosztowania lodowych przysmaków. To jest to, o czym wspominałam w poprzednim wpisie. Tu i teraz. Nic więcej nie powinno się liczyć. Bo szczególnie dzieciaki w wieku przedszkolnym tak niesamowicie potrzebują miłości tych, którzy przyczynili się do tego, że mogą teraz podziwiać świat. I one naprawdę nie chcą tego robić bez rodziców. Warto się nad tym zastanowić.
Pięć dni temu natknęłam się na ten "plakat" podczas przeglądania instagrama. Zapytałam autora zdjęcia, gdzie w takim razie szukać TAKICH inspiracji... Co najlepsze - okazało się, że są one bliżej niż mogłoby się człowiekowi wydawać.
Gniezno, ul. Rzeźnicka.
Nie ukrywam, że pojechałam do miasta tak naprawdę tylko po to, by w swojej kolekcji zdjęć również mieć coś tak pięknego. Naprawdę chylę czoła tym, którzy zechcieli ozdobić jeden z gnieźnieńskich budynków takimi słowami. Konkretnym pytaniem i nadzieją, że z Bogiem naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo mi się buzia cieszy, gdy na to patrzę. Myślę, że ten projekt jest właśnie jedną z tych WŁAŚCIWYCH rzeczy. Pięknie!

Znikam na jakiś czas.

Bawcie się dobrze, trzymajcie i w ogóle wszystkiego dobrego!

Z Bogiem! Albo z czymkolwiek/kimkolwiek innym, co/kto nadaje waszemu życiu sens! 

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 16 lipca 2017

Oczyszczenie.

"Jak ona mogłaby pojąć, że jego utrata była dla mnie czymś takim, jakby ktoś przestrzelił mnie na wylot, zostawiając otwartą dziurę, ciągle boleśnie przypominającą mi o braku, którego nigdy nie uda mi się wypełnić?"

"Poczuł się jeszcze bardziej zmęczony na myśl o całym tym czasie, który przelatywał mu przez palce. (...) czekanie na coś, czekanie na kogoś, czekanie na czekanie. Czekanie jako wymówka, żeby absolutnie nic nie robić. Czekanie jako najbardziej męcząca profesja świata."

Cześć!

To cholernie frustrujące, gdy człowiek zestawia ze sobą dwa cytaty, które mają tak wiele wspólnego. Uzupełniają się wręcz. Coś okropnego. Czuć nieodwracalną stratę drugiego człowieka i zdawać sobie z tego cały czas sprawę. A z drugiej strony wciąż czekać. Na jakikolwiek "zwrot akcji" w naszej ziemskiej przygodzie. Człowiek czeka, bo go tęsknota i poczucie braku przynależności wbijają w ziemię
i wtedy bardzo pragnie się siły z zewnątrz, która by mogła nam choćby jedną nogę wyciągnąć. To by może lżej było. Życie jest kurewsko trudne. Ale wciąż tu jestem, ha! I będę dopóki sam Bóg nie zapragnie mnie u siebie. 

"People say they love you, but what they mean is they love how loving you makes them feel about themselves."

Wczoraj złapałam się na tym, że oglądając film ("Aż do kości") przy jednej scenie prawie rozpłynęłam się na fotelu, ponieważ była prześwietna. Wzruszyła mnie... tak naprawdę swoją prostotą. Dodajmy do tego genialną muzykę i mamy moment idealny. Nie tylko dzięki tej czterominutowej cudownej chwili, ale także mając w głowie całościowy obraz - bardzo wam polecam tę ekranizację.
Co właściwie chcę przekazać poprzez przytoczenie emocji związanych z ową sceną?

Kiedy trzy lata temu zaczynałam "tworzyć" moim mottem było: Carpe diem! Nie do końca jednak stosowałam się do tej niezwykle istotnej sentencji. A dziś myślę sobie, że to mega ważne, by łapać chwile, cieszyć się tymi sekundami, minutami czy godzinami, które właśnie trwają. Nie tym, co będziemy czuli po spotkaniu z ukochaną osobą. Nie tym, jak bardzo intensywny smak jakiegoś dania pozostanie na naszym podniebieniu. Nie tym, co możemy zyskać PO ZAKOŃCZENIU wydarzenia, ale co czujemy W JEGO TRAKCIE. Właśnie tu i teraz. No, pomyśl, co czujesz?

Tak bardzo ujęła mnie w swym pięknie ta jedna scena, że wróciłam do niej jeszcze raz. I jeszcze. I nawet przed pisaniem spojrzałam na nią po raz kolejny. Jakie wnioski? To już nie ta sama radość. Nie ten sam zachwyt. Nie to "wow" wyszeptane podczas seansu. Rozumiecie? Żyć chwilą. Tą niedzielą, która jest nam dana choć mogło tak nie być. A jak jest z wami? Proszę was, przystopujcie, wrzućcie na luz, dajcie sobie czas na refleksje nad tym, w jaki sposób przeżywacie moment na który być może bardzo długo czekaliście. Potraficie w pełni mu się oddać?

https://www.youtube.com/watch?v=jFuhB8N2CLk - gdyby ktoś nie był zbyt przychylnie nastawiony do obejrzenia całego filmu... polecam wam chociaż ten fenomenalny utwór przesłuchać. Aż by się chciało stanąć w deszczu i ze szczęścia rozpłakać. Czasami zastanawiam się, co bym zrobiła bez muzyki...
Krótko dziś. Mam nadzieję, że sensownie.

Do następnego.

~~Zbuntowany Anioł

środa, 12 lipca 2017

Idź.

"Nie jest ważne jak wolno idziesz, bylebyś szedł."

"Po prostu jest lato. Po prostu jest gorąco i wtedy w każdym otwiera się tunel potrzeb, wysyłanie serii żarliwych próśb, aby w twoim życiu stało się coś, co naprawdę zapamiętasz i aby było rzeczywiste, dotykowe, z całą gamą zmysłów."


Hej.

https://www.youtube.com/watch?v=w3fSUBC3AQU - gdyby ktoś chciał... polecam włączyć w tle.

Co robicie, gdy nie możecie zasnąć? Bo ja się modlę. Chwytam za różaniec i niespokojne myśli znikają. Świetna sprawa. To nie tylko moc modlitwy, to przede wszystkim moc wiary w ową prośbę skierowaną do Boga.
Swoje siedemnaste urodziny spędziłam na placu św. Wojciecha, gdzie grał świetny zespół - Happysad. Lubię takie koncerty. Są bardzo szczere i wiarygodne. No i spójrzcie tylko jaką świetną okazję do zrobienia zdjęcia miałam. Nogi jak z waty na samej górze człowiek miał, ale było warto.
W poniedziałek natknęłam się na filmik z państwa Ameryki Środkowej, co się zwie Nikaragua i zrobiło mi się przykro, że takie piękne widoki są tak odległe od moich oczu... Aż tu nagle wyjrzałam przez okno własnego domu i zobaczyłam prawie identyczny obraz nieba. To niesamowite. Świat natury na każdym kroku mnie pozytywnie zaskakuje i zdumiewa swym niepojętym pięknem. Kłaniam się nisko Stwórcy tego genialnego świata. Naprawdę byłam onieśmielona tak fenomenalnym widokiem. Zdjęcie bez jakiejkolwiek przeróbki.


Seria "SzustaRano" to takie filmiki, które napędzają mnie do działania. Nie do robienia spektakularnych rzeczy, ale chociażby do wstania z łóżka i poświęcenia tych kilku minut na dobre słowo.

„(…) Nawet jeżeli się posuwamy bardzo powoli do przodu, jeżeli wykonujemy jakieś takie ślamazarne ruchy, które wydają nam się żenujące, to jednak one są pewnym ruchem, są pewnym wejściem w inne miejsce, a w innym miejscu (nawet jeśli ono jest centymetr od tego, gdzie byłeś wcześniej) już może inaczej padać światło, już może być mniej deszczu, już może być trochę bardziej osunięte od wiatru i tak dalej. Centymetr za centymetrem, aż wejdziesz za róg i się okaże,
 że za rogiem jest coś zupełnie nowego.”

Muszę wam powie... napisać, że naprawdę zaczynam doświadczać świadomości dotyczącej tego, że w życiu można oczekiwać wielu sytuacji, ale w gruncie rzeczy te najlepsze, najbardziej poprawiające humor i motywujące przychodzą w najmniej spodziewanym momencie. Poważnie. Podoba mi się to, co powiedział ojciec Adam, bo sama po sobie wiem, iż czasem pragnę czegoś tak mocno i możliwie jak najszybciej, że mam klapki na oczach i brnę przed siebie nie widząc skromnych, pobocznych elementów, które oferuje mi świat, a przecież doskonale wiem, że szczególnie one mogłyby przyczynić się do lepszej zmiany.

"A więc idźmy do ludzi, swoich współsióstr, swojej matki i ojca, swojej żony i męża, dzieci i przyjaciół i powiedzmy im, że „bliskie jest Królestwo”. Zwróćcie uwagę na słowo: „bliskie”. Bóg jest bliski, nie daleki, nie zdystansowany, zimny. Jest bliski. Jest dobry. Nie tylko dla dobrych, ale dla wszystkich."

A to są, moi drodzy, słowa ojca Grzegorza Kramera z dzisiejszego wpisu na jego blogu. Z kolei to wezwanie zapoczątkowało u mnie takie refleksje:

Bóg w którego wierzę nie jest Bogiem Szczęścia. Jest Bogiem Miłości. A miłość objawia się we wzlotach i upadkach. Przede wszystkim we wzajemnym kompromisie. Chodzi o uświadomienie sobie, że nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Są momenty zwątpienia, kłótni, żalów czy pretensji. Ale to jest coś, co umacnia. I jeżeli wytrwamy w tej relacji, to będziemy autentycznymi świadkami Jego Miłosierdzia. Bo Bóg mówi nam: weźcie na siebie Moje jarzmo, które jest… słodkie. Słodkie udręczenie. Kto to słyszał! Uwierzcie jednak, że ból, którego doświadczamy będąc w relacji z Chrystusem jest bólem, który ma sens. Który, choć potrafi być nie lada udręką, to jednak nie jest w stanie przytłoczyć nas na tyle, na ile by chciał, ponieważ jest przy nas Jezus, trzyma naszą dłoń i mówi:
Nie bój się. Cierpienie ma konkretne znaczenie w twoim życiu i przeminie. Bo wszystko przemija. Więc nie lękaj się i weź to jarzmo, ten ból, niemoc i niepewność, jednocześnie mając pełną świadomość, że Ja trzymam cię za rękę, Ja tu jestem i że to Ja – Jezus Chrystus, cichy i pokornego serca, mówię ci: Jestem z tobą. Więc przyjmij nawet to co nieprzyjemne i... przetrwaj. Ze Mną dasz radę.

To wszystko na dziś. Mam nadzieję, że ktoś skusił się, by przeczytać choćby skrawek tych przemyśleń. Dzięki!

Trzymajcie się!

~~Zbuntowany Anioł

sobota, 8 lipca 2017

"... jak jeden dzień."

 "Nie masz pojęcia ile granic stawiasz sobie sam. Masz w głowie bariery nie do pokonania, bo coś nakłoniło Cię do tego, żebyś je postawił." 

"(...) Lepiej jest prosić Boga o siłę, aby przejść przez cierpienie, niż prosić o pozbawienie nas tego cierpienia." 

Dzień dobry.

https://www.youtube.com/watch?v=khZ8pQ8mNVo - zachęcam was do włączenia w trakcie czytania, a jeśli zechcecie, to zajrzyjcie później na więcej kawałków Toma, bo to prześwietny artysta! 

Dawno mnie tu nie było. Nic szczególnego się nie wydarzyło, dlatego nie pisałam. Żyję sobie powolutku i wszystko w temacie.

Ósmy lipca... troszkę do mnie nie dociera, że za dokładnie rok będę już teoretycznie dorosła. To będzie naprawdę spoko uczucie, kiedy zapytana o dowód osobisty będę mogła go okazać bez najmniejszego stresu. Ale co mi po tym? Co mi po pełnej odpowiedzialności za wszystkie popełnione czyny? To prawdopodobnie ostatni etap "typowego" dzieciństwa. To już nie wróci. A ostatni rok zaprzepaściłam w kwestii pełnej radości z tego, co zostało mi dane. Nie potrafiłam docenić swojego młodego życia. Nie żałuję, ale chciałabym to jeszcze naprawić. Sprawić, że może być dobrze. Autentycznie.
Poza tym, tak sobie myślę, że to niesamowite i niewiarygodne, że mija już trzeci rok, kiedy mam możliwość opisywania wam tego, co czuję w swoje urodziny. Pięknie jest patrzeć na postęp nie tylko w pisaniu, ale przede wszystkim w byciu/życiu. Rozumiecie. Spoglądać na samego siebie sprzed lat z przymrużeniem oka i tylko cieszyć się z ogromnej, pozytywnej zmiany. To mnie niezwykle cieszy. Jak człowiek w trzy lata może dojrzeć. Szczególnie do kilku istotnych dla niego kwestii.

Za co jestem wdzięczna z perspektywy tych siedemnastu lat? Za każdą chwilę. Poważnie. Za to, że doświadczyłam tak wielu sytuacji, które mnie nauczyły dystansu, patrzenia na świat z różnych perspektyw, niepopełniania więcej tych samych błędów i nauczyły mnie doceniania wszystkich chwil, które są niezwykle ulotne.
Czego życzę swojej osobie? Błogosławieństwa Bożego, zdrowia i więcej wiary w siebie. I umiejętności łapania pozytywnych, pięknych momentów. Niech Bóg ma mnie w swej opiece. Amen.
Co prawda zdjęcie po lewej stronie jest prawdopodobnie z 2013 roku, ale to nieistotne. Spójrzcie tylko na tę zmianę! Serio, przyjemnie się na to patrzy. Nawet sama zmiana kolorystyki fotografii mnie cieszy.

Mała edycja wpisu, bo zaczęłam go pisać około dziesiątej,
a jest prawie czternasta i wydarzyło się coś baaardzo miłego! Przed jedenastą zadzwoniła Asia i mówi: jedziemy do kościoła, bo chcę trochę poćwiczyć, a przy okazji wpłacić pieniądze na wycieczkę. No i jadę. I wyobraźcie sobie, że na chórze Aśka wyciąga prezent, którym był kubek z napisem "Happy" (z którego zresztą właśnie w tej chwili siorbię gorącą herbatkę), bym, jak to powiedziała, już tak nie marudziła na życie. No wiem, wiem! Zmienię to podejście. Małymi krokami. Niech ten kubek będzie tym pierwszym. Dziękuję z całego serca. Bo człowiek naprawdę czasem (choćby tylko w swoje urodziny) pragnie takich serdecznych, wypowiedzianych w cztery oczy i szczerze, słów. Kłaniam się nisko. 
Jest mi niezmiernie ciepło na serduchu, gdy ludzie życzą mi dobrego kontaktu z Bogiem. Dlatego Asia wybrała kościół.

Cytując mojego ulubionego i bardzo przeze mnie cenionego dziennikarza Filipa Chajzera:
"Mieć was to luksus, który bardzo doceniam!" 

Trzymajcie się! 

~~Zbuntowany Anioł