środa, 30 grudnia 2015

"Prostota wywiera piorunujący efekt."

"Uważaj na swoje myśli - bo stają się słowami.
Uważaj na swoje słowa - bo stają sie czynami.
Uważaj na swoje czyny - bo stają się przyzwyczajeniem.
Uważaj na swoje przyzwyczajenia - bo stają się nawykiem.
Uważaj na swoje nawyki - bo stają się charakterem."

Cytuję pana Hitlera w tytule. O cholera! Jak to tak można, nie? Kupiłam przedwczoraj książkę... ciekawą książkę. Właśnie o nim. Z trochę innej perspektywy. Z perspektywy bycia człowiekiem. O tak. Bo to do czego doprowadził to jedno, ale to, jaką był prywatnie osobą, to inna sprawa. Jakkolwiek to zabrzmi... intrygujący z niego był facet. I tyle. A ludzie powiedzą, że to złe określenie, bo spoglądają na jego osobę tylko mając w głowie II wojnę światową. No cóż.


To mnie osobiście bardzo poruszyło!
Nie przyszłoby mi do głowy, że mogło być w nim coś takiego...
co urzekało wiele osób. Dużo jest tu właśnie o jego oczach. O tym spojrzeniu.
Zaskakująca sprawa.
A teraz... teraz chciałabym podsumować ten rok. W jak najlepszy sposób. Choć wcale najlepszym nie był.

„Kurczę, ten rok to była miazga, ale przyszły to będzie coś jeszcze większego, coś jeszcze bardziej utwierdzającego w przekonaniu,
że jest po co żyć.”
 
Czytam wpis sprzed roku i najbardziej mnie poruszyły te słowa u góry. 2014 to był naprawdę dobry czas. Nie mówię, że tegoroczne życie było złe… było po prostu inne. Najlepsze wydarzenie – spotkanie z Kasią. Ale poza tym? Pochrzaniło się.
I to nieźle. A miało być tak wspaniale… odeszło wiele osób, które deklarowały bycie „zawsze", „na dobre i na złe”. I nagle bum! Nie ma ich. I już nie będzie. Przykro mi pisać właśnie takie wspomnienia. Dla mnie to też wielki cios. Niech sobie przypomnę dobre momenty… no jest ich trochę, ok, ale to nie to samo. To nie to samo, co wspominać rok z taaakim uśmiechem.

Nie wiem, co jeszcze napisać. Czekam jeszcze na informację, decydującą informację, odnośnie spędzenia tegorocznego Sylwestra. Oby było dobrze. No musi być. Błagam.

Co mi pozostało? Modlić się, trzymać kciuki i w końcu... DZIAŁAĆ. Działać na rzecz lepszego życia. Ciągle to powtarzam. I cały czas staram się stawiać kolejne kroki ku dobroci. Czy mam jakieś postanowienia? Znaleźć w sobie ten spokój. Zdecydowanie. Polepszyć relacje z bliskimi. I z samą sobą. Będzie dobrze. Zawsze w końcu jest.

Zaje... świetnej zabawy wam życzę! Żebyście ją zapamiętali.

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 27 grudnia 2015

Jak pozdrowisz, tak zostaniesz pozdrowiony.

"Jak można kochać Boga, który jest niewidzialny,
nie kochając człowieka, który jest obok nas."

Cześć i czołem!

Ciekawy dzisiaj był list na kazaniu. Dopiero przed chwilą go dogłębnie zanalizowałam i już nie mam nic do powiedzenia.

Chciałabym wspomnieć o tym, co wydarzyło się na pasterce. Nowy proboszcz, nowe zwyczaje. Ale jakże ładne! Pod koniec mszy ksiądz nagle oznajmił, że za chwile każdy dostanie opłatek i będzie mógł przełamać się nim z bliźnim. To był piękny gest. Taki inny. Polacy nie są chyba, chyba na pewno, przyzwyczajeni do tego typu sytuacji. I szkoda. Starałam się być miła, nie każdy odpowiadał tym samym. Trudno. Ale! Ksiądz pokazał, że można. Zrobić coś dobrego. Od serca.
Dla każdego. Nie czuję, kiedy rymuję, hehe. Świetna sprawa i tyle. Nie mogłam przestać się uśmiechać. A po wyjściu z kościoła słyszałam tylko: „jakie to miłe", „miły ksiądz”, „super sprawa"… wiecie, same komplementy i to było naprawdę wspaniałe.
26.12.15 r.
15:40

Jestem świeżo po seansie filmu: „Furia”. Ależ mnie on dobił. Chciałabym napisać wam coś szczerego na ten temat. Pod wpływem emocji wychodzą najlepsze sforumułowania, rzeczy, rozumiecie. Jednak nie potrafię się otrząsnąć. Wiecie, oglądam wojenne filmy, bo chcę zobaczyć, jak to było. I ile przez to powinnam mieć dziś w sobie wdzięczności za takie, a nie inne czasy. Naprawdę dziękuję za takie życie, jakie jest mi dane właśnie tu i teraz. Choć kwiaty są sztuczne, jedzenie jest sztuczne i ludzie są sztuczni. Ale przynajmniej jest wolność. Którą nie każdy szanuje, nie wszyscy ją dostrzegają, ale ona jest. I chwała jej za to. Poważnie – chwała. Jak… JAK po tym wszystkim, co się stało, wciąż ktokolwiek, gdziekolwiek, pocokolwiek zaczyna bójki, zamieszki, domowe wojny? Na co to komu? Nie mogę zrozumieć… jak można z własnej woli znowu chrzanić ten piękny świat. Nienawidzę ludzi, którzy się tak zachowują. MAJĄC świadomość wydarzeń z przeszłości.
Przeglądam stare wpisy, nie ważne gdzie, i zdałam sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę nie podziękowałam jednej z moich nauczycielek za to, co dla mnie zrobiła. A zrobiła. Chyba najwięcej. Poważnie. Ona mnie uratowała i nie wstydzę się tak o tym mówić. Może „to wszystko” co się działo było tylko wytworem mej wyobraźni, ale jakieś ślady jednak pozostały. I przypominają o tym, że rzeczywistość była jaka była. Nie wiem, dlaczego, ale czuję, że wdzięczność wobec tej osoby powinna być ogromna. Bo w końcu od niej otrzymałam pierwszą 6 za pierwsze opowiadanie. Ona jako pierwsza szczerze mnie wysłuchała. Jej jako pierwszej zaufałam. To ona była pierwszym nauczycielem/dorosłym, z którym moje relacje były „inne”, jakieś takie… głębsze i naprawdę, cholera, szczere. I od czasu do czasu właśnie przypominam sobie o tym, co się wydarzyło i czuję, że tego dziękczynienia jest za mało. Coś się pochrzaniło i to już tak nie wygląda. Popełniłam tyle błędów… które ona odrzuciła na bok i pokazała lepsze życie. Lepszą mnie. Chyba zaczynam się trochę gubić w relacjach z takimi dobrymi ludźmi. Ale to jest czas, kiedy mam chwilę… dłuższą chwilę, aby się zastanowić nad tym wszystkim. I staram się takie momenty wykorzystywać. Zmienię swoje życie na lepsze. Już je zmieniam. Każde jutro jest ciut lepsze niż wczoraj.
Podzielę się takim ładnym widokiem... niby zima, niby święta. Ha ha! I tyle.
Byle do Sylwestra.
Trzymajcie się, hej!
~~Zbuntowany Anioł

środa, 23 grudnia 2015

Życzenia świąteczne!

"Każdy hipokryta, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi,
zawsze miał kieszenie wypełnione po brzegi miłością!"


Dzień dobry, dzień dobry!

Wróciłam godzinę temu z mszy. Ostatniej, roratniej mszy. I było naprawdę dobrze. Co prawda, wraz z moim katechetą załamaliśmy się, gdy ksiądz robił zdjęcie parafianom, no ale... nie ważne. Kazanie mi się bardzo podobało. A może nawet mnie poruszyło. Bo pokazał krótką opowieścią, jak to właśnie wygląda, kiedy czekamy na Boga. On przysyła nam siebie pod postacią innych ludzi. Ale my jesteśmy zbyt chętni na wielkie rzeczy i trudno nam dostrzec takie drobne, a jakże ważne sytuacje. Dało mi to trochę do zrozumienia. No. I to chyba jest najważniejsze. Najważniejsze, że te jego słowa nie poszły na marne i coś do mego serca trafiło. To miłe. Zresztą, uśmiech katechety przy przekazaniu sobie znaku pokoju i kąciki ust uniesione ku górze księdza przy rozdawaniu komunii, to równie miłe gesty.
No i nadszedł w końcu dzień na świąteczne życzenia. Na przypomnienie sobie, jak wyglądało to wszystko DOKŁADNIE rok temu. Świetna sprawa. Jestem bardzo szczęśliwa, że moje życie potoczyło się właśnie w taki sposób. Obrało właśnie taką ścieżkę. To zabawne, jak wiele się zmieniło. Niektóre sprawy obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni w dobrą stronę, a inne... wręcz przeciwnie, w cholernie złą. Ale to nic. Czasami pewne sytuacje po prostu należy zamknąć. Odstawić na bok. Zostawić w tyle. Zapomnieć. Tylko... "Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapomnieć?" Może kiedyś będę potrafiła na to odpowiedzieć. Ale to jeszcze nie ten moment.

Jeszcze kilka wyświetleń i na liczniku będzie już DZIEWIĘĆ TYSIĘCY... dziewięć tysięcy... cudowny prezent na święta. Jesteście wielcy. Dziękuję. Ciągle zadaję sobie pytanie: "Jak to możliwe?" Bo nie mogę pojąć, jakim cudem doszłam tak daleko. I wciąż idę. Po więcej - uśmiechu oraz wdzięczności. To dobre życie. Kurczę, przejdę może już do głównego celu tego wpisu, a mianiowicie: ŻYYYCZEŃ.
A więc...


Życzę wam w tym roku spokoju ducha. Jak pisałam w "liście" (nie wiem, jak to nazwać) do mojej bohaterki... jeśli znajdziecie w sobie spokój, taki wewnętrzny spokój, to myślę, że i radość uda wam się zauważyć. I miłość. I wdzięczność. Wszystkie najwspanialsze emocje. Bo czasami dopiero wtedy, gdy odważymy się zatrzymać na moment, będziemy mogli dostrzec wszechogarniające nas piękno tego świata. Dlatego właśnie życzę wam, abyście się odważyli spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy. Życzę wam również, aby ten świąteczny czas zbliżył was do rodziny. Bliższej, dalszej, jakiejkolwiek. To ważne. Bądźcie szczerzy. Proszę was, poświęćcie ten okres na zmianę. W lepszych ludzi. Każdy z was ma zadatki do bycia kimś dobrym. Pamiętajcie. Życzę wam zdrowia. Oklepana sprawa, ale jakże istotna. Bo nie chcę, żeby ktokolwiek z was spędzał święta w szpitalu albo co gorsza... w ogóle ich nie spędził. Wiecie, co mam na myśli. Pomińmy tę kwestię. Więc uważajcie na siebie. Życzę wam braku samotności. Nie tylko przy wigilijnym stole, ale w życiu. Chcę, żeby każdy z was otaczał się przyjaciółmi. Na dobre i na złe. Oni przyjdą. Prędzej czy później. Wiem to. Życzę wam również, żebyście nie stracili wiary i nadziei. Wiary w siebie, w innych i w Boga. Oraz nadziei na lepsze jutro. Życzę wam duchowej siły. Odnajdujcie ją w sobie. Jak najczęściej. Czego jeszcze mogę wam życzyć? Proszę, wykorzystajcie ten czas na pojednanie się ze swoimi wrogami. Łamcie się opłatkiem z uśmiechem na ustach i nie bójcie się powiedzieć PRZEPRASZAM. Bo ja was przepraszam, właśnie teraz, wirtualnie bo wirtualnie, ale przepraszam... że nie zawsze te wpisy były przepełnione ciepłem. Każdy upada. Więc życzę na koniec NAM wszystkim, byśmy jak najrzadziej upadali. A jeśli już, to od razu powstawali z jeszcze większą mocą.


I znowu, kurczę, spuśćcie te cholerne rolety i miejscie gdzieś tę pochrzanioną pogodę.
Uśmiech, uśmiech, uśmiech!


Trzymajcie się i powtórzę słowa sprzed roku... nie zapominajcie, dlaczego robimy to wszystko.

~~Zbuntowany Anioł

wtorek, 22 grudnia 2015

Ostatnia wieczerza.

"Tego poranka, jeden z moich przyjaciół zadzwonił do mnie:
,,Jak się czujesz? Trzymasz głowę do góry?".
Po prostu potrzebujesz tych ludzi, którzy cię wspierają."


Cześć wam!

Wiecie co? Adwent minął mi tak niesamowicie szybko. W mgnieniu oka. Za dwa dni Wigilia, Boże Narodzenie, świąteczny czas! A ja w ogóle tego nie czuję. To chyba przez te nijakie roraty, przez brak śniegu, przez ogólną atmosferę. Ale wszystko się poprawi. Głęboko w to wierzę. I wam również tej wiary życzę.
Odbyła się dzisiaj nasza ostatnia, klasowa, szkolna Wigilia. Nienawidzę słowa "ostatni" i wszystkich jego osobowych zamienników. Wolę, kiedy coś jest pierwsze. Może bardziej napawa lękiem, ale... no ale. To był przepiękny dzień. Dostojny. Godny podziwu. I godny łez. Nie sądziłam, że będę płakała, ale cholernie się wzruszyłam, bo wszystko było takie cudowne. Wyszło perfekcyjnie. Naprawdę wspaniale. Otrzymałam moc, OGROM nieziemskich życzeń. Szczerych. Aż do bólu. I od serca. Tak myślę. Albo może… wiem to. Usłyszałam od mojej bohaterki, że ona nie zasługuje na to wszystko (podarowałam jej dłuższe życzenia), na bycie moim autorytetem. A ja odrzekłam, że jest nim i zawsze będzie. No błagam. Kiedy ktoś tak o tobie/do ciebie mówi, bądź dumny ze swojego życia, a nie kwestionuj tak wielkich słów. Nie czyta bloga (z tego co mi wiadomo) i szkoda, ale! Jeśli jakimś cudem uda jej się tutaj trafić… to dziękuję. Wdzięczność to istotna sprawa. I znowu słona ciecz wydobyła się z oczu… szlag. Ale warto. Warto wylać ocean łez.
Z powodu takiego życia. Uwielbiam tych ludzi. To była fantastyczna uroczystość. Jestem taka dumna. Właśnie dlatego płaczę. Bo już nie umiem inaczej wyrazić tego wszystkiego, co mi w sercu leży. A leży mnóstwo najlepszych emocji. Dawno się tak nie czułam. No może czułam, kiedy znów w me ręce wpadł wspaniały komentarz mojej nauczycielki, ale dzisiaj było inaczej. Jeszcze lepiej. To jest najcudowniejsze życie!!!
Wiecie co mnie jeszcze cieszy? Brak lęku przed wyrażaniem najszczerszych życzeń. Starałam się każdemu indywidualnie powiedzieć coś dobrego. Udało się!
I patrzyłam im w oczy. Wszystkim. Cały czas. Jestem taka szczęśliwa. Coraz bardziej udaje mi się spełnić to, na czym mi tak zależy.


Za wszelką cenę staram przypomnieć sobie, co powiedzieli mi nauczyciele… ale może nie oto w tym chodzi? Pamiętam, że to było niesamowite i chyba przy tym powinnam pozostać. Właśnie tutaj postawić kropkę. Było niewiarygodnie dobrze
i tyle. Widziałam uśmiechy na ich twarzach i szczerość w głosie, kiedy życzyli mi powodzenia… gdy dziękowali. I tak dalej.
„Żeby wam się udało.” – uda.
„Jesteś wyjątkową osobą.” – miło… bardzo.
„Żeby spełniły się marzenia, ale najpierw trzeba nauczyć się marzyć.” – słuszne stwierdzenie.


Pan od informatyki przypomniał mi rozmowę, którą przeprowadziliśmy podczas powrotu do domu jego autem.
I bardzo doceniam, że o tym wspomniał. Bardzo miło mieć świadomość, że ktoś pamięta takie chwile.
Sala wystrojona jak na weselu. Dodawała mnóstwa uroku.

Elegancko i na wesoło!
Mam nadzieję, że nasza wychowawczyni mnie za to nie zabije.
Ale pewnie nawet na to nie spojrzy, ufff.


 Część artystyczna to był stres, ale tylko chwilowy.
Zamazałam twarz mojego katechety, bo...
oj, sami sobie odpowiedzcie.


Gwiazdor/Mikołaj był i chwała mu za to!

Mmm, na zimowe dni idealna.
Dziękuję.


Chciałam tu jeszcze ująć świąteczne życzenia dla każdego, kto kiedykolwiek będzie tak miły, by tu zajrzeć, ale zrobię to jutro. Krótko, zwięźle i na temat. Jak ostatniego roku.

Trzymajcie się, hej!

~~Zbuntowany Anioł

piątek, 18 grudnia 2015

"Porządność nikogo nie hańbi."

"Skurwiele mają się najlepiej, święci cierpią,
lecz jesteś zbyt zabiegany, by na to zerknąć."

Cześć.

O czym dziś? Znów zbiór różnych myśli z tygodnia. Szalonego. Jak zawsze.


16.12.15
To był taki miły dzień… otrzymałam trzy oceny celujące z trzech prac pisemnych! Niewiarygodnie pozytywny bieg wydarzeń. Ale… coś w tych pracach musiało się jednak wyróżnić i był to komentarz pani od angielskiego. O nie, co ona znowu tutaj będzie biadoliła o nauczycielce? A dużo, wiecie? Chcę po raz kolejny zaznaczyć w swoich przemyśleniach, jak ważne jest, by spotkać na swej drodze wspaniałych ludzi. Jestem bardzo szczęśliwa, że mam takich nauczycieli. I to jest naprawdę moja wielka duma.
Bo jeśli nauczyciel dziękuje uczniowi za zaangażowanie, a uczeń jemu, to jest to ogromna sprawa. Tak na serio, to uwielbiam tych ludzi. Bo to, że coś się spieprzyło w tym roku to jedna sprawa. Ale to, co zrobili na przestrzeni tych wszystkich lat, no to jest to już druga, znacznie bardziej istotna kwestia. Chyba mi tego brakowało. Tego dobrego słowa. Tego naprawdę, cholernie motywującego słowa.
I takiego komentarza, który znów uświadomi mi, że to wszystko, pomimo wszystko, jest piękną sprawą. Takie rzeczy pokazują, że warto. Działać. Żyć. Bo jest po co. Dla kogo. Jest w tym jakiś cel. Wiem, że przecież to wszystko robi się również dla siebie, ale jeśli ktoś dziękuje ci za twoją jakąś tam pracowitość… jest to fantastyczne uczucie. Poczucie dumy. Jestem taka szczęśliwa, że znam osobę, która nie gna przed siebie w owczym pędzie. Tylko wciąż jest takim samym człowiekiem. Bardzo to doceniam. „Czas wszystko zmienia”… nie do końca. I to najbardziej raduje moje serce.
Jutro ostatnie roraty. To nie były udane spotkania. W moim odczuciu. Czasami mam wrażenie, że to jest cyrk, a nie msza. Czyli uroczysta, poważna sprawa. Dzisiaj znów zatęskniłam... bardzo, bardzo mi smutno, że ludzie w naszym życiu odchodzą tak gwałtownie i pozostawiają bolesny ślad oraz wielkie poczucie tęsknoty. Ale trzeba iść dalej, no bo cóż...

"Już czas..."
spadam z siódmego piętra
i bezwładnie lecę w dół
pokonałem wszelkie granice
stoczyłem istotny bój
życie mnie przerosło
czasami i tak zdarza się
wszystko co chciałem
zrobiłem
teraz już czas na mnie.
Dobrze jest czasem uchwycić takie ciekawe sytuacje.

Coraz bliżej święta. Chcę coś zmienić. Chcę, żeby w końcu było dobrze. Ale tak naprawdę dobrze, a nie po prostu "okej". 

~~Zbuntowany Anioł

niedziela, 13 grudnia 2015

Trudy przynoszą zaszczyty.

"Boimy się lubić zanadto z obawy, że ktoś nie lubi wcale."

Dzień dobry! Bardzo, bardzo, bardzo dobry. Miło znów to napisać.

Nareszcie znalazłam chwilę na napisanie dla was czegoś odnośnie ostatnich trzech dni. Były szalone! Pozytywne. Po prostu niesamowite. Pod każdym względem.
W czwartek wygraliśmy zawody strzeleckie, a w piątek odbyła się wycieczka do Berlina.
I teraz chciałabym skupić się na niej. To był dobry wyjazd. Inaczej! To był wspaniały pobyt w równie wspaniałym miejscu. Cieszę się, że w końcu miałam okazję przekroczyć granicę naszego kraju. Dlatego kieruję podziękowania, z całego serca, mojemu germaniście, bo to za jego zasługą się tam znalazłam. Jestem szczęśliwa, że miałam możliwość poznania choć skrawka niemieckiej kultury. Chociażby tej osobistej. Mili ludzie! Nawet bardzo. O tak. Porównując naszych rodaków... aż żal nawet porównywać, wiecie? Oczywiście tylko niektórych. Spokojnie. Przypominam sobie sytuację sprzed wyjazdu. Dosłownie na parkingu. Przed autobusem. Polaki cebulaki. Chyba tak się mówi. No… nie ważne. Wyjazd dał mi w ogromnym stopniu do zrozumienia, jak bardzo boimy się odrzucenia. Mam na myśli mówienie w języku obcym. To było skomplikowane, bo w szkole uczymy się teorii, a nie praktyki, czyli rozmów, które są sto razy bardziej istotne.
I to naprawdę jest, cholera, przykre. Bo to pokazuje jak niewiele wynosi się ze szkoły. To znaczy… coś tam się wynosi, ale jednak było trudno. Aż głupio w niektórych momentach. Nie chodzi tu o nieznajomość języka. Bardziej o nieznajomość tego, jak się nim posługiwać. No ale. Najważniejsze, że każdy w jakimś stopniu się dogadał. Bo dogadał, choćby gestykulując, co ma na myśli. Wiecie co jest tak naprawdę, w moim odczuciu, najważniejsze w tego typu wypadach? Ludzie. Ekipa. Ci, z którymi w dane miejsce jedziesz i ci, których na wyjeździe spotykasz. Dlatego jestem taka szczęśliwa. Bo najważniejsze, to mieć wokół siebie kogoś wspaniałego. A takch ludzi tam nie brakowało. Myślę, że humor dopisywał każdemu. To był mój pierwszy wyjazd za granicę i był wspaniały! Nadal do mnie nie dociera, że to wszystko miało miejsce. Właśnie w moim życiu. Szczęśliwe dziecko ze mnie ostatnio. Wybaczcie, że tak ciągle tylko: „ja, ja, ja”, ale… ale to wielka sprawa. Ostatnio dzieje się tak wiele. Mają miejsce takie piękne sytuacje. Pierwsze miejsce w świetnym sporcie. Wyjazd do stolicy Niemiec. I jeszcze… możliwość darmowego wyjazdu do teatru muzycznego w Poznaniu.
I to właśnie za sprawą sukcesu w zawodach. Spektakl naprawdę przecudowny! Świetna atmosfera na scenie. Wszyscy uśmiechnięci. Aż chciało się się na nich patrzeć. A po wyjściu do szatni znowu szara rzeczywistość Polaków, przepychanie się, ani to przepraszam, ani pocałuj mnie w tyłek. Narzekam, wiem, ale strasznie mi głupio na to patrzeć. Starsze osoby wcale nie dają mi przykładu. One mnie niesamowicie irytują. I to jest trochę „niefajne”. A tak poza tym… chyba Bóg mi wynagrodził te ostatnie naprawdę złe tygodnie. Jestem wdzięczna. Jemu. Sobie. Ludziom, dzięki którym spełniam marzenia. Nic, tylko być dumną z takiego życia.
Na początek galeria A10, jeszcze przed Berlinem.

Naprawdę imponujący plac!

Znana zapewne wszystkim, ogromna wieża telewizyjna.

 Zegar czasu światowego Urania.

Weihnachtsmarkt na Alexanderplatz.

To uczucie, gdy prosisz człowieka o zdjęcie i nagle: "O, nasz!"

Słynny sklep, w którym, szczerze powiedziawszy, dane było mi się zgubić.

Bardzo pozytywni panowie do których podeszłam z aparatem, bez słowa.
No może udało mi się wydusić tylko: "Ich nicht verstehen."


Pomink Holocaustu był niezwykły. Bo inny. Naprawdę inny.
Dlatego też cholernie intrygujący. I historia jego powstania również.
Albo fakt, że to właśnie w tym miejscu zrodziły się najgorsze pomysły III Rzeszy.
Mroził krew w żyłach.


Brama Brandenburska zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Zwykle było mi dane
widzieć ją tylko na zdjęciach innych ludzi. A w piątek...


 

Gmach parlamentu Rzeszy.

W końcu przyszedł czas na największy jarmark w Berlinie.
Ogromny i piękny!


Pałac Charlottenburg, który zmieniał kolory... chcę tam wrócić. Zdecydowanie.
 
~~Zbuntowany Anioł

środa, 9 grudnia 2015

W działaniu rozpoznajemy cnoty.

"Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia."
Dobry wieczór wszystkim.

Piszę z naprawdę szczerym uśmiechem na ustach!
Dzisiaj trochę "na luzie", spokojniej, niezbyt filozoficznie i po prostu - pozytywnie.

Po ośmiu miesiącach znów wygraliśmy!!! Niesamowite. Jestem taka szczęśliwa! Absolutnie się tego nie spodziewałam. Kolejny raz zmietliśmy konkurencję. Ponownie MÓJ sukces – pierwsze miejsce, Mateusz - pierwsze miejsce, Łukasz - drugie. I siły połączone wraz z Adrianem dały nam sukces jako drużyna na... pierwsze miejsce! Fantastyczny dzień. Duma mnie rozpiera, bo dostać ten medal to wielkie wyróżnienie i mam takie poczucie, że z niczego wyszło coś. Bo to, że dostałam się do drużyny było spontaniczną decyzją. Cytując moją polonistkę: "Nowe zawsze jest trudne." Otóż to! Ale cóż byśmy osiągnęli bez pierwszego, stresującego, niepewnego kroku? Właśnie. I oto w tym wszystkim chodzi. O brak lęku. Bo on nas paraliżuje zbyt dosadnie, a przecież: "Mamy zadatki do bycia nieśmiertelnymi." Przytaczając słowa ulubionego księdza...

Tak poza tematem zawodów… Justin znowu będzie w Polsce! Kiedy dwa lata temu dowiedziałam się o koncercie, naprawdę mocno płakałam i byłam w ogromnym szoku. A dziś? Uśmiecham się, bo może będzie to okazja na spełnienie marzeń tych, którym nie udało się to wtedy, kiedy mi tak. Więc wielkie brawa dla organizatorów. Osobiście się nie wybiorę, bo… uwielbiam Biebera, ale…ale to jakoś nie dla mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, jak będzie to wyglądało. 3/4 areny
z telefonami, nie chcę na to patrzeć, fuj. Ale gratuluję i tyle.
Wiecie, obił mi się niedawno o uszy taki krótki dialog, coś w stylu:
-Co dostałeś od Mikołaja?
-[...], no i princesse od Boga.
-Jak to?!
-No w Kościele, ksiądz mi podarował.

Nie wiem, dlaczego, ale uważam, że to było naprawdę przepiękne stwierdzenie. Mógł od razu powiedzieć, że to ksiądz dał mu batonika, ale rzekł o nim jako o prezencie od Boga. Nie mogłam tego nie zapisać. Miły dla uszu był fakt, że powiedział to młody człowiek, a wiecie jak to teraz z tymi buntowniczymi okresami bywa. Jestem naprawdę szczęśliwa!


Nie rozumiem tej „mody” na pokazywanie wszystkiego, co z naszą osobą związane. Szczególnie tutaj, w Internecie, do którego naprawdę mają dostęp osoby, które mogą nas zgnoić za nasze zachowanie. Prosty przykład: Palisz fajki? Spoko, nie moja sprawa, każdy ma coś za uszami, ale po jakiego czorta pokazujesz to całemu światu? Kogo to obchodzi? Szczerze? Osobiście to bym się bała za cholerę, że mnie przyłapią osoby, które przyłapać mnie nie powinny. Tzn… nie byłoby to fajne. Trzeba uważać, szczególnie z obnażaniem takich spraw.


Wiele razy przymierzałam się do tego, by pokazać wam, a także polecić, książkę Czesława Mozila. Jest świetna. Nie tylko dla tych, którzy lubią jego twórczość
i przepadają za jego osobą. Myślę, że ta książka idealna jest także dla tych, którzy dopiero chcą poznać tego człowieka. Jest naprawdę interesującym facetem.


Trzymajcie się! Oby w moim życiu więcej takich wspaniałych dni.
A jak u was? Jest dobrze?


~~Zbuntowany Anioł